Agnieszka Wróblewska: Reżim umiera powoli (3)11 min czytania

()

urban2016-05-23.

Do dziś zdarza się słyszeć, że prawdziwa wolność gospodarcza była w Polsce w latach 80. Jeśli ktoś uważa, że wolny rynek to jest sztuka pływania między przepisami, bałagan, brak stabilnych reguł – to faktycznie był wtedy dobry czas, żeby się dorabiać. W czasie okupacji też byli Polacy którzy zbijali majątki.

Ta wolność rynkowa lat osiemdziesiątych ub. wieku wzięła się z bezradności schyłkowego życia tzw. komuny. PZPR wiedziała, że to jest ostatnia szansa, a raczej ostatnie podrygi, ale jeszcze łapali się jak tonący wzorów z kapitalizmu. Uznali, że można, bo trzeba, pogodzić się z niektórymi starymi jak świat zasadami produkowania i handlowania. Wolny rynek był dla komunistów synonimem wszelkiego zła, ale jak się okazało, ekonomia sterowana przez urzędników okazała się jeszcze gorsza i splajtowała na całej linii. Dlatego zrobili jeszcze jedną próbę – uratować partyjną hegemonię dopuszczając nieco mechanizmów rynkowych. Sztuka polegała na wpuszczaniu przez szparkę praw rynku, ale tak, żeby partia nie straciła nad nim kontroli.

Pisałam w tamtych latach dużo o gospodarce do „Przeglądu Technicznego”, jeździłam do fabryk, odwiedzałam biura projektów i instytuty. Widziałam, jak to „uchylone okno” kiepsko działa i rodzi więcej patologii niż przy zwykłej gospodarce. Wszędzie słyszałam opinie fachowców – jazda na hamulcu daleko nas nie zaprowadzi. Ale było sporo sprytnych graczy, którzy znakomicie pływali między sprzecznymi przepisami w kraju głodnym usług i towarów. Rośli w siłę, żyli dostatniej i do dziś mówią, że to była prawdziwa wolność.

W połowie lat 80. nie wiedzieliśmy jeszcze jak długo ten mix ustrojowy może pociągnąć.

7 czerwca 1984

Wróciłam z Tułowic za Wrocławiem, z fabryki porcelitu. Ciekawa sprawa – na plenum partii wymieniono ich w referacie jako przykład nieuzasadnionego windowania t.zw. cen umownych. Bo ceny artykułów przemysłowych, zgodnie z uchwałą PZPR, wolno podnosić jedynie o 10 procent, a zakłady porcelany stołowej w Tułowicach, jak wynika z referatu, podniosły średnio w wielu wyrobach aż o 25 procent. Partia chce dobrze dla ludzi, a tu proszę, przykład szkodników, którzy wpędzają kraj w inflację.

Dyrektor zakładu nie chciał najpierw ze mną rozmawiać – zostawmy ten temat, nie wypada krytykować referatu na plenum. Ale powiedziałam mu, że skoro przykład Tułowic padł z wysokiej trybuny, będzie teraz żył własnym życiem – gdziekolwiek pójdą coś załatwiać, napotkają nieufność. Wiec warto się bronić.

Poniemiecki zakład porcelany dostał w latach 70. drugie życie – inwestycje, nowoczesność. Ale teraz, po kilkunastu latach nieprzerwanej produkcji ponad normę, znacznie przekroczyli zdolność projektową. Nie dają rady robić więcej talerzy, a rynek jest ciągle głodny. Żeby więcej produkować, musieliby inwestować, a nie ma z czego. Pieniądze na inwestycje dzieli Warszawa, ale że oni uchodzą za nowoczesnych, więc nie dostaną. W dodatku dookoła nich wyrosły małe prywatne wytwórnie i tłuką komplety z porcelitu, bo widzą jaki to szmal. Prosperują z powodzeniem i odbierają kombinatowi fachowców, bo płacą tam trzy razy więcej. Na państwowym nie wolno więcej zapłacić, więc wyszkolona przez nich kadra ucieka i nic na to nie można poradzić. Co by człowiek wymyślił — trafia na przepisy. Pecha mieli – zwiększyli ceny chwilę przed partyjną uchwałą o zakazie podwyższania cen. Wyższe ceny na talerze obowiązywały ledwie parę dni, ale zdążyli trafić jako przykład do referatu o walce z inflacją. Teraz mają przechlapane, na pewno nie dostaną forsy ani na płace, ani na inwestycje.

Siedzą partyjne urzędasy i kombinują – co zrobić, żeby fabryki tak tańczyły jak oni grają. A jak fabryka robi co każą, to ledwie zipie, bo te pomysły zza biurka nie pasują do życia. Taka to jest ta „trochę rynkowa” reforma gospodarcza. Ludziom nie starcza do pierwszego, to oczekują od partii, że obniży ceny na talerze, a producenci talerzy nie chcą ich robić za niską płacę, bo nie starcza im na to co na talerzu.

Wracając z Tułowic wstąpiłam do Wrocławia. Mam tam dwie kuzynki z rodzinami, jedna z tych rodzin buduje dom. Będzie z tego drugi tekst, bo to jest dzisiaj droga przez mękę – załatwianie działki, zdobywanie ludzi do pracy, materiałów na wszystko. No i pieniędzy, których trzeba więcej niż myśleli, bo wszystko się załatwia na boku – ceny niekontrolowane. W miejscu pracy złożyli podanie o pożyczkę – tam opłaca się zawyżać cenę budowy, bo można dostać najwyżej 15 proc. planowanej wartości. A znów w banku warto dom pomniejszyć, wtedy przysługuje większy kredyt o mniejszej stopie procentowej. Żeby sobie radzić z załatwianiem materiałów, transportu i tysiąca innych spraw właściciele siedmiu działek zjednoczyli się w nieformalnej jakby spółdzielni. Ale i tak ciężko idzie, minął rok, setki godzin poświęcili i ledwie siedem dziur w ziemi mają i tylko trzy z wylanym fundamentem.

Przeszłam się też po ulicach, którymi chodziłam do liceum – sentymentalna wycieczka. Ale Wrocław wygląda okropnie – brudny, odrapany, pustych miejsc po domach, które kiedyś tu stały, znacznie więcej niż w Warszawie.

3 lipca 1984

W „Polityce” wydrukowali polemikę Andrzeja z Danielem Passentem. Ucieszyło nas, że mógł się prześlizgnąć przez cenzurę inny punkt widzenia. Andrzej chciał powiedzieć, zwłaszcza swoim dawnym czytelnikom w „Polityce”, dlaczego w obecnej Polsce intelektualista wybiera poglądy uważane za prawicowe. Sprowokowała go polemika Daniela z prof. Kozieleckim. Profesor krytykował w „Odrze” lewicowych naukowców amerykańskich za to, że nie rozumieją Wschodu. A Daniel napisał w polemice, że nasi intelektualiści nie są obiektywni, faworyzują Zachód, niczego dobrego u nas nie widzą. Andrzej odpowiedział na to, że nie ma co oczekiwać prawa symetrii w naszych warunkach, kiedy jedna strona ma zamknięte usta. Nie napisał tak wprost, i tak dobrze, że puścili, bo wyszło niedwuznacznie jego stanowisko – jeżeli nie wolno mówić co się naprawdę myśli, to lepiej milczeć. Puścili mu tę polemikę, ale pod warunkiem, że będzie odpowiedź Daniela. Oni są ciągle bliskimi przyjaciółmi i taka polemika na pewno przyjaźni nie zaszkodzi. Teraz Daniele z dziećmi będą przez tydzień odpoczywać w naszym domu na Mazurach.

„Zarządzanie” – miesięcznik którym Andrzej kieruje — zrobiło ranking 500 zakładów, które mają w Polsce największą produkcję i sprzedaż. Pierwszy raz w PRL pozwolili na coś takiego, zresztą po długich negocjacjach. Pismo nabrało dzięki temu trochę rozgłosu, bo wychodzą ciekawe rzeczy – np. ogromny deficyt hut – socjalistyczna duma, a wysoka dochodowość, np. przemysłu farmaceutycznego, chociaż lekarstwa są podobno tanie.

4 sierpnia 1984

Przeczytałam fajną powieść o carycy Katarzynie Drugiej. Widać jakie podobne mechanizmy działały i działają we wszystkich autorytarnych systemach. Katarzyna obejmowała władzę z postępowymi jak na tamte czasy hasłami, chciała przeprowadzić reformy, nawet dać chłopom ziemię, stworzyć coś w rodzaju parlamentu, rozwijać oświatę itp. Ale szlachta – po naszemu czytaj aparat – szybko to storpedowała, bo nie było w jej interesie, i Katarzyna musiała zmieniać zdanie w miarę jak szlachta naciskała.

Przeczytałam też esej Kundery po angielsku – uważa, że nasza część Europy nie należy już do Zachodu, bo te kultury stopiły się z kulturą rosyjską, nie istniejemy oddzielnie. W Czechosłowacji pół miliona ludzi, głównie inteligencji, musiało odejść z pracy, 200 pisarzy ma zakaz publikacji. U nas przecież też mnóstwo zdolnych ludzi odeszło w cień, albo wyjechali. A w telewizji lecą takie głupoty, że np. czerwonym Khmerom przy tej krwawej rewolucji przyświecała burżuazyjna demokracja!

1 września 1984

Telewizja stawała na głowie przed końcem sierpnia, żeby udowodnić narodowi, że porozumienia z „Solidarnością” są realizowane, że wszystko idzie ku lepszemu a obecne związki zawodowe są naprawdę niezależne. Demonstracji już nie było, widać ludzie jakoś przywykli a poza tym opozycja nie ma nic przekonującego do zaproponowania. Co nie znaczy, że władza ma – kręcą się ciągle dookoła tych samych ogólników.

A jak nie wiedzą za co się złapać, to podsycają nuty patriotyczne. Ostatnio niepokojąco często wraca martyrologia, opowieści o bohaterach. I przy tym histeria antyniemiecka, antyamerykańska, pomniki, defilady, brrr… To wyprężone wojsko w pochodzie, te ataki na wymyślonego wroga. Nasza propaganda gra na najniższych instynktach, a jednocześnie nadają z RFN, że są tam manifestacje antyfaszystowskie. Uważają, że głupi naród nie zada sobie pytania – skoro tamci manifestują przeciwko faszyzmowi, to może nie są takimi rewanżystami jak u nas się mówi?

6 września 1984

W redakcji rozróba w kierownictwie, w wyniku której zwolnili dotychczasowego zastępcę naczelnego, a na jego miejsce powołali Ewę Mankiewicz–Cudny. Przyjemnie mnie to zaskoczyło, mogli przecież sięgnąć po kogoś innego nasłanego z wydziału prasy. A jednak ważniejsze dla niego były dobre układy z zespołem niż z KC.

Wczoraj byli u nas na kolacji Passentowie. Trochę więcej niż zwykle mówiliśmy o sprawach zasadniczych. Np. rozmowa zeszła na Krystynę Zielińską; to dziennikarka radiowa, robi tu zaangażowane prorządowe programy. Joasia pisała, że ona tam (do Bostonu) przyjeżdża do córki, ale może być draka, bo świeża emigracja Polaków nie będzie chciała podać jej ręki. Na to Daniel się oburzył, powiedział, że nie przepada za Zielińską, ale ona przecież niczego szkodliwego nie robi. Andrzej na to, że takie głupie dziennikarstwo, interwencje w sprawie zaopatrzenia w skarpetki w Zielonej Górze czy pomoc w jednym remoncie to jakby filantropią chciało się zlikwidować biedę. A ta Krysia nigdy nie sięga do źródeł obecnej sytuacji w kraju.

Dużo czasu zajmuje mi teraz tłumaczenie dla biuletynu PAP „Megatrendów” Johna Naisbitta, amerykańskiego futurologa. Ciekawe to, ale świat się może zmieniać zupełnie inaczej niż on myśli.

10 października 1984

Podjęliśmy dziś decyzję, żeby po raz pierwszy nie urządzać „andrzejków”. Żal tradycji, ale kiedy zaczęliśmy się przymierzać do listy gości których normalnie zapraszamy, to zobaczyliśmy, że nasze dawne towarzystwo już nie istnieje. Trzeba by je kleić i sztucznie ożywiać. Po tym widać jak wiele się w kraju zmieniło. Już w zeszłym roku było sztucznie, goście podzielili się na grupki, a myśmy biegali między nimi z talerzami i kieliszkami. Ale to było po naszym rocznym pobycie w Stanach, powiesiliśmy hasło – nic nie było, gramy dalej, myśleliśmy że się uda. Teraz widzimy, że nie ma co udawać – znajomi rozeszli się w różne strony. Głównie dotyczy to „Polityki”, stare układy się skończyły. Trzeba by dwa przyjęcia robić, zresztą i wtedy by się ludzie obrazili. Z wieloma starymi znajomymi widujemy się już tylko u cudzoziemców. Ale i to się kończy. Parę dni temu był bal pożegnalny u Szwedów – nasz piękny ambasador Szwecji wyjeżdża.

To z nimi mieliśmy przygodę na początku stanu wojennego. Przyszli do nas któregoś dnia oboje, bo u nich ambasada była obstawiona i nikt tam nie mógł wchodzić, nie było telefonów, a chcieli się dowiedzieć jak żyjemy bez pracy. I nagle dzwonek do drzwi – Urban. Przyszedł, ni z tego ni z owego spytać Andrzeja, czy nie chciałby wyjechać gdzieś na korespondenta zagranicznego. Oni się spłoszyli, zaraz pożegnali i wyszli.

Wyjeżdżają też Kanajasu, nasi Japończycy, którzy co miesiąc urządzali u siebie integracyjne kolacje. U nich też było pożegnanie. Ale tam, w przeciwieństwie do Szwedów, nie spotyka się twardej opozycji w osobach Onyszkiewicza, Mazowieckiego czy Holoubka. Był za to Urban, nawet się nie przywitaliśmy. Jest coś odpychającego w tym jak głęboko on się zaangażował w tę wredną obecną politykę. Przecież trudno uwierzyć, żeby wierzył w tę propagandę, którą uprawia. A jednak służy diabłu najgorliwiej jak umie.

Kiedy wyjedzie ten garnitur cudzoziemców, który był tu w czasach „Solidarności” i z którym się przyjaźniliśmy, to już w ogóle nie będzie życia towarzyskiego.

Agnieszka Wróblewska

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.