Marian Marzyński: Ja panu powiem lepiej

2012-11-01. Wiatry znad Atlantyku odleciały na północ. Grażyna zabiera mnie na zakupy żywności do mega-hurtowni BJ, gdzie – żeby było taniej – wszystko trzeba kupować w mega-ilościach. Odkrywam tam sposób na odzwyczajanie się od obżarstwa: gdy ona prowadzi mega-wózek, przypominając sobie, co ma, a czego jej brakuje, ja szybkim krokiem robię slalom pomiędzy szerokimi alejkami, wzdłuż chłodni z pizzami i innymi dopychaczami, jak zamrożone ścierwa, kręgi tłustych serów, góry pieczywa, tortów i ciast, wory maki, ryżu i cukru, skrzynie kartofli, bananów, winogron, ale także butle z koktajlami odchudzającymi. Idę coraz szybciej, aż wszystkie te rekwizyty amerykańskiego przejadania się tanim jedzeniem, stają się nieostre, a wtedy wracają wspomnienia z Cetniewa.

Tam był długi stół z napisami: „Dieta warzywno-owocowa” i “Dieta 1200 kalorii”; ta pierwsza, którą ja wybrałem, miała mieć 750 kalorii dziennie, ale z pewnymi wyjątkami była niejadalna, bo uroczym skądinąd kaszubskim gospodyniom nieznane jest wyprawianie cudów z jarzynami i owocami, tak żeby smakowały często lepiej od „normalnego jedzenia”. Druga dieta polegała na malutkich ilościach tego samego, czym objadali się sportowcy, problem polegał na tym, że na stole były koszyki z chlebem, o który prosiły się podawane masełka i bardzo szybko 1,200 kalorii stawało się fikcją.

„Proszę ciebie, (jako cześć terapii, wszyscy mówimy sobie na ty), zależy, jaki chleb, bo jak czarny, wieloziarnisty to jest bardzo zdrowy”, na co ja: „mała kromka tego zdrowego ma 125 kalorii, a tego białego, niezdrowego – 65, nam chodzi o kalorie”, ktoś inny dodaje: „jest dieta, w której mięsa nie wolno dotknąć, ale za to chleba do bólu”. „Do bólu” jest dla mnie nowym polskim powiedzeniem, które często słyszę w telewizji, tu używane jest w celu obrony prawa człowieka do jedzenia. Inna dieta, ktoś wyjaśnia, pozwala akurat mięso jeść „do bólu”, a wtedy ja nie wytrzymuje: „po co wam ten ból? Liczcie kalorie, tak jak wytrawni gracze w kasynach – liczą karty”.

Przed wyjściem do mega-hurtowni dowiedziałem się z telewizji o nowej histerii smoleńskiej: ktoś miał wykryć ślady trotylu na metalowych szczątkach samolotu, potem było sprostowanie tej informacji, a jeszcze potem sprostowanie sprostowania. Przy dietetycznym stole w Cetniewie też roi się od dezinformacji. Odnosi się wrażenie, ze Polacy lubią wierzyć tylko w to, co powie im szwagier, sąsiadka, koleżanka z pracy, która wróciła z zagranicy, albo ojciec Rydzyk; to, co precyzyjnie opisane w naukowych analizach, co potwierdzone badaniami, wydaje się nudne i niewiarygodne, szczególnie, gdy pochodzi ze źródeł rządowych: a wiec używanie kuchenki mikrofalowej wciąż prowadzi do raka, szczepionki dla niemowląt do autyzmu, przylepiane do uszu telefony komórkowe – do raka mózgu, zapinanie pasa w samochodzie może być gorsze w zderzeniu, bo nie pozwala ciału na manewr, każdy minister w rządzie jest złodziejem, dopóki nie udowodni swojej niewinności i wreszcie ten słynny dziadek wszystkich Polaków, który cale życie pił, palił i używał sobie na kobietach, a dziś ma sto lat i nie ma zamiaru umierać, wiec „z tym piciem i paleniem, to nie do końca (tez nowe dla mnie powiedzenie) – wiadomo”.

Na koniec dwa króciutkie wspomnienia z Cetniewa, jedno koszmarne, drugie urocze. Przed urzędem pocztowym, babcia do kilkuletniej wnuczki: „jak nie przestaniesz, to cię tak wyrżnę w papę, że się nie podniesiesz”; na basenie, siedmioletni chłopiec do swojej rówieśnicy: „ja cię lubię, ale nie mów tego dziewczynkom!”, po czym, zażenowany, skacze do wody…

Marian Marzyński

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com