Stefan Bratkowski: Po co tu komu lewica

Drawing showing three new MPs, William Cobbett...

Image via Wikipedia

Przydałaby się jakaś lewica. Ale Sojusz Lewicy Demokratycznej nie jest nią na pewno i w tym przekonaniu sam się likwiduje – mając wyborców za mało inteligentnych. Już kiedyś Ryszard Bugaj uczynił jedną partię autentycznej, przyzwoitej lewicy partią jednoosobową. Napieralskiemu to się uda zapewne tym łatwiej, że odchodzą od niego najprzyzwoitsi ludzie klasy Arłukowicza, Rosatiego czy Gintowt-Dziewałtowskiego i pozbywa się on ludzi o doświadczeniu Olejniczaka czy wykształciuchów z „Ordynackiej”. Marek Goliszewski, prowadzący Business Center Club, aż takim cwaniakiem nie jest.

 

[dropcap]Lewica, a mówi to praktyk, nie potrzebuje w rzeczywistości żadnej partii, a już najmniej – ideologicznej. Mogą być lewicą odłamy różnych wręcz ugrupowań politycznych, bo tu nie chodzi o władzę, lecz o praktyczną działalność. Ci najwcześniejsi, zainteresowani losem warstw niższych, wcale nie tworzyli partii. Jedni byli szczerymi liberałami, inni chrześcijańskimi demokratami, lub Fabianami. Dopiero potem część Fabianów założyła Labour Party, Partię Pracy – żeby zyskać dla swojej działalności wsparcie polityczne. Nie odwrotnie. Robili wspólnie, albo i każdy osobno, rzeczy pożyteczne. Skutecznie. Decydujące reformy na rzecz pracowników przeprowadził w Wielkiej Brytanii – liberał.[/dropcap]

Dziś nikt nie pyta, po co właściwie normalnemu społeczeństwu rozwiniętej gospodarki rynkowej i demokracji – lewica. Ani skąd się wzięła. Nie będę tłumaczył, że to nomenklatura z podziału miejsc w Zgromadzeniu Narodowym Francji Wielkiej Rewolucji, gdzie „stan trzeci” siedział po lewej stronie króla. Tradycyjnie z prawicą w następnych wiekach identyfikowano warstwy wyższe, zainteresowane w utrzymaniu status quo, swojej pozycji społecznej, wpływów, zatem i rządów. Lewica wiązała się tradycyjnie z warstwami niższymi.

Innymi słowy, „lewica” oznacza, że ma się jakieś poczucie obowiązku wobec warstw niższych społeczeństwa, słabszych ekonomicznie, gorzej przygotowanych do życia publicznego i mających mniej w tym doświadczenia, albo wręcz na statusie społecznego marginesu. Nie w samych deklaracjach i hasłach. To się robiło. Nie koniecznie w partii zorganizowanej na sposób wojskowy, leninowski, dzieci byłych „właścicieli Polski Ludowej”, czy innej, populistycznej, opartej na jeszcze gorszych wzorach.

Człowiek lewicy może być w Platformie Obywatelskiej bądź w PSL czy PJN, być działaczem samorządu lub jakiejś organizacji „pozarządowej”, jak wedle biurokratycznej terminologii zwiemy organizacje obywatelskie. A nawet i dyrektorem – „wszystkim-po-trosze” – Wróblem. Ani PiS nie jest partią prawicy, ani SLD – lewicy. Odpływ przyzwoitych ludzi i z PiS-u, i z SLD, nie jest żadnym przesunięciem do centrum, lecz właśnie odpływem przyzwoitych, i to akurat najinteligentniejszych ludzi.

Któż tu zna prawdziwą historię

Nie wykluczone, że przypominać trzeba wszystko. Od zera. Stąd i pierwsze pytanie – o rodowód intelektualny. Tym samym – polityczny. Bo, niestety, wszystko było inaczej, niż moje pokolenie uczono. Marksizm wiele podstawowych pojęć skaził tak bardzo, że dzisiaj trzeba je odkłamywać, włącznie z historią ich narodzin. Próbowałem to już raz kiedyś opowiedzieć. Dziś przypomnę znowu – nie licząc się z niebezpieczeństwem, że Grzegorz Napieralski i jego zwolennicy dowiedzą się, o czym mówią. Jeśli nawet, nic się nie stanie. A losem warstw niższych można się zająć bez nich. Zająć się, między innymi, także tymi, którzy podpalali Londyn, niszczą stadiony i robią piekło z okolic Paryża.

Ideologia nie pozwalała dostrzegać prostych, oczywistych faktów. Wedle Marksa klasa robotnicza miała ubożeć (Marks był przeciw nawet kasom oszczędności; nigdy nie zawitał do żadnego robotniczego mieszkania!). Tymczasem za jego życia robotnicy angielscy nie tylko nie zubożeli, a wręcz przeciwnie. Ich spółdzielczość – którą sami wynaleźli! – stworzyła najpotężniejszą hurtownię Anglii. W życiu politycznym odgrywali coraz większą rolę i zamiast ulegać rosnącemu uciskowi, rojąc o dyktaturze proletariatu, wywalczyli, oni właśnie, równe prawa wyborcze dla ogółu obywateli (nie objęły one kobiet, stąd potem sufrażystki).

I to nie marksizm obudził robotników. Budził ich z początkiem XIX wieku, trzydzieści parę lat – zapomniany angielski geniusz polityczny, William Cobbett. Wielki historyk, George Macaulay Trevelyan, oddał mu, że „odegrał wielką i dobroczynną rolę w historii Anglii”. Trevelyan w tym tłustym byłym bokserze, zawadiace w ringu i poza ringiem, człowieku staroświeckim, przywiązanym do tradycji, uznał „genialnego dziennikarza owych czasów”. „Political Register” Cobbetta odczytywano niepiśmiennym „pod płotem i w warsztacie”. Popularna wersja gazety była tania, bo nie zawierała „wiadomości”, „news”, obciążonych wówczas opłatami stemplowymi, tylko artykuły i felietony. Cobbett nauczył robotników dyskusji i organizacji, uczył też – poczucia humoru w atakach na możnych przeciwników (warstwom wyższym odkrywał nędzę i cierpienia warstw niższych).

Po śmierci Cobbeta, kiedy zaznał porażki ruch czartystów, ruch żądań, przeważyło hasło Roberta Peela, konserwatysty, którego wrażliwość na krzywdę ludzką uczyniła reformatorem i liberałem – „trzeba swoje sprawy brać w swoje ręce”.
Dlatego trzeba – także w dzisiejszej Anglii – interesować się starą Anglią.

Od czego poszło słowo „socjalizm”

Pojęcie „socjalizmu” nie miało nic wspólnego z „socjalizmem naukowym” Marksa i Engelsa. Poszło – od „question sociale”, angielskiej „social question”, „kwestii socjalnej”, czyli społecznej. „Socjalistami” zaczęto nazywać ludzi z warstw wyższych, przejętych „kwestią społeczną”.

Spośród myślicieli, mianowanych „socjalistami utopijnymi”, Saint-Simon zmarł, nim pojawił się termin „socjalizm”, Fourier też nie znał samego terminu – był ojcem bardzo praktycznego w gospodarce rynkowej, wcześniejszego „furieryzmu”, programu reform, czyniących pracownika „współkapitalistą”. Wymyślił także – „hordy” miejskie, grupujące pozbawionych opieki nastolatków, a pierwsze przedszkole założył w 1836 r. jego uczeń, Fryderyk Froebl, stąd zwano je „freblówkami”. „Socjalistą” tytułował się tylko Robert Owen w Anglii, ale jego zwolenników nazywano „owenistami” – został utopistą, kiedy jął zakładać rzeczywiście utopijne kolonie w Ameryce. Ale przedtem dokonał przełomowych reform w prowadzeniu swego przedsiębiorstwa w New Lanark w Szkocji. Utopistami okazali się Marks i Engels.

Co tych „socjalistów” motywowało? To, co demaskował Cobbett. Lord Byron, wielki poeta George Byron, bronił luddystów, kiedy posłano przeciw nim wojsko. Broszura Fryderyka Engelsa o położeniu klasy robotniczej w Anglii opierała się na wcześniejszych materiałach, które sam czytałem – filantropi, owi „socjaliści”, demaskowali stan rzeczy już i dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej.

Przemysł nie obdarował szczęściem pierwszych swoich robotników. Zaznaczmy, że ojciec ekonomii politycznej, pionier gospodarki wolnorynkowej, Adam Smith, domagał się wyższych płac dla robotników i prawa do zrzeszania się – czego im zakazano. Pracowali po 14, 16, a nawet 17 godzin. Bez niedziel, ani świąt. Przy dwóch zmianach 12-godzinnnych, dziennej i nocnej, ci, co kończyli dwa tygodnie pracy nocnej, w dniu przejścia do dwóch tygodni pracy dziennej musieli pracować 24 godziny bez przerwy! I tak co pół miesiąca.

Chłopaczki ośmioletnie, a nawet sześcioletnie, pracowały tysiącami w przędzalniach jako „szpulkarze” i w kopalniach jako „trappers” przy otwieraniu drzwi dla przejazdu wagoników z węglem; trappers zjeżdżali na dół w nocy i wyjeżdżali na górę po zmroku, nie oglądając światła dziennego. W szwajcarskim Zurychu pracowali – w roku 1813 – po 15 i pół godziny, w Anglii 16 godzin, pod strażą nadzorców, których batogi zaliczano nieraz w inwentarzu fabrycznym do „narzędzi pracy”. Rządcy angielskich „domów ubogich” wypożyczali fabrykantom dzieci, które, żeby nie uciekły, na wszelki wypadek zakuwano w kajdanki. Samobójstwa chłopców i dziewczynek szły w setki, rzadko te dzieci dożywały dwudziestki, zżerały je nagminne zapalenia płuc, pylica i gruźlica.

Nowe miasta fabryczne ziały koszmarem, po kilka osób gnieździło się na paru metrach kwadratowych, wynajmowano „miejsca w łóżku” na czas, kiedy właściciel szedł do pracy. W okręgach fabrycznych 40 % nowourodzonych dzieci umierało przed ukończeniem pierwszego roku życia.

Proponowanie tym biedakom „dyktatury proletariatu” było niewczesnym żartem. Autentyczni „socjaliści” wymuszali reformy, później pomagali warstwom niższym stać się pełnymi partnerami warstw wyższych w życiu społecznym i politycznym.

Tam, gdzie nie było „walki klas”

Engels, sam – przedsiębiorca, nie opisał owego New Lanark. Nie było tam „walki klas”. Owen, pierwszy reformator zarządzania przedsiębiorstwami, prawie pół wieku wcześniej zrobił pracowników swoimi partnerami i osiągał dzięki temu dla swej spółki zyski nieporównywalnie większe niż konkurenci. Zniósł kary cielesne, skrócił dzień pracy do 9 godzin, zorganizował stołówki, tanie kuchnie, kasy oszczędności, zalecane przez Adama Smitha, płacił więcej i zamiast kar wprowadził nagrody za sumienność; pobudował dla swych pracowników kolonie domków z ogródkami. I to wszystko opłaciło się bardziej niż system, w którym górnicy szkoccy do 1787 r. nosili obroże z wyrytym nazwiskiem właściciela kopalni.

W roku 1935 Trevelyan, autorytet dostatecznie konserwatywny, by mu wierzyć, pisał, że gdyby współcześni zainteresowali się tym, co zdziałał Owen w New Lanark, „żylibyśmy dzisiaj w innym świecie”. To prawda. Owen rozumiał, że „walka klas”, przeciwstawiająca pracowników przedsiębiorcy, jest absurdem w świecie konkurencji między przedsiębiorstwami. Niestety, do dziś wielu przedsiębiorców akceptujei „walkę klas” i sprzeczność interesów między pracownikami a przedsiębiorcami.

Człowiek, w którym uznajemy jednego z klasyków ekonomii, współczesny Engelsowi John Stuart Mill, uważany za ojca liberalizmu, cenił bardzo doświadczenie zespołów roboczych w kopalniach kornwalijskich jako mini-przedsiębiorstw małych spółek. Popierał zresztą – spółdzielnie pracy i żałował, kiedy padały z braku kapitału i dobrych, a drogich menedżerów. Liberał!

W latach 30. wieku XIX francuski dziennikarz epoki romantyzmu, Piotr Leroux, podobno uszczypliwie mianował pierwotnie „socjalistami” swoich przyjaciół, saint-simonistów, rzekomo przeciwników indywidualizmu. To nieporozumienie. „Industrializm”, jak zwał swoją intelektualną religię rozwoju sam Saint-Simon, nie był „socjalizmem”. Lata spędziłem w prasie francuskiej tego okresu, było wręcz przeciwnie – saint-simoniści to pionierzy francuskiej przedsiębiorczości, rozwoju przemysłu i kolejnictwa, wielkich systemów kredytowych, pozwalających finansować budowę kolei. Pereirowie wynaleźli spółkę lokacyjną (inwestycyjną), by lud mógł wykupywać poprzez giełdowe interesy – koleje i przemysł.

„Socjalistami” i we Francji byli ci, którzy przejmowali się „kwestią socjalną”. Leroux natomiast – o czym warto pamiętać – dał nowe życie pojęciu „solidarności”. Znano rzymską, prawniczą, „solidarną” odpowiedzialność dłużników za jakieś zobowiązanie. Leroux za św. Pawłem wniósł do „solidarności” braterstwo i pomoc wzajemną. Ów zapomniany dziennikarz też sobie tym zasłużył na nieśmiertelność.

Rewolucyjne chrześcijaństwo

Patronowało narodzinom takiego „socjalizmu”, o paradoksie – chrześcijaństwo. Ale jakże inne! Filip Buchez, lekarz z zawodu, wśród czarnej nocy politycznej za „Restauracji” jeden z przywódców międzynarodowej siatki spiskowej karbonariuszy, został potem – saint-simonistą. „Industrialiści” zwalczali zacofanie i Buchez wziął się za studiowanie Ewangelii, by udowodnić nieuchronny upadek chrześcijaństwa, które w wersji katolickiej od paruset lat blokowało postęp. Tymczasem odkrył, że pierwszy głosił równość ludzi Jezus. I sam głosił od tej pory, że „ludzki cel chrześcijaństwa jest zupełnie taki sam, jak rewolucji; rewolucja czerpała natchnienie z chrześcijaństwa”.

Samo to chrześcijaństwo Bucheza było na one czasy rewolucją. Aż po drugą połowę XX wieku ani on, ani przyjaciel Mickiewicza, ksiądz Lamennais, „apostoł biednych”, nie znajdowali miejsca w historii katolickiej myśli społecznej – wyklinał ich obu straszny papież pierwszej połowy XIX wieku, Grzegorz XVI. To on potępił Powstanie Listopadowe, nie pozwolił zainstalować w swoim Państwie Kościelnym ani kolei, ani oświetlenia gazowego, skazywał na śmierć rebeliantów przez rozstrzelanie salwą w plecy w fosie twierdzy św. Anioła. Do przełomowej encykliki Leona XIII (1891) miało upłynąć jeszcze ponad 50 lat…

Dlatego w XX wieku jedni autorzy nie chcieli chrześcijaństwa przy socjalizmie, inni – socjalizmu w pobliżu chrześcijaństwa. Ale XIX-wieczny ekonomista belgijski, Emil de Laveleye, historyk własności prywatnej, pisał o rozprzestrzeniania się socjalizmu tak: „Ile razy lud usłyszy słowa Biblii i przejmie się do gruntu jej duchem, bucha zeń swoisty płomień reform i równości (…) Chcąc wykorzenić socjalizm, trzeba by go dotknąć w samym zarodku i środkach propagandy, a więc skazać na banicję chrześcijaństwo, spalić Biblię, za starymi filozofami usprawiedliwiać niewolnictwo przyrodzoną nierównością, a nade wszystko – zakazać nauczania elementarnego i wydawania gazet”…

Pierwsi komuniści, których imię zawłaszczyli później marksiści, też byli gorącymi chrześcijanami. W 1848 r. ich przywódca, Stefan Cabet, autor słynnej podówczas „Podróży do Ikarii”, pojechał ze swymi zwolennikami za Ocean, do Teksasu, zakładać swoją wyśnioną wspólnotę komunistyczną, „Ikarię”. Jego zastępca, Polak, Ludwik Królikowski, pisał:
„Komunista jest to najbardziej oddany przyjaciel wszystkich ludzi, który nie potępiając ich ani nie ganiąc, nie próbując nawet osądzać, przyjmuje w swym sercu za braci wszystkich dążących do swego szczęścia, i który wierzy wraz z Jezusem Chrystusem, że wszyscy ludzie mogą być zbawieni, jeśli tylko okażą dobrą po temu wolę”.

Pewność, że do zbawienia wystarczy wola przyzwoitości w człowieku, głosił przed wiekami heretyk Pelagiusz, ale dopuściłby takie chrześcijaństwo nasz nie żyjący zwolennik ekumenizmu, ale już pancerny kardynał, dzisiejsza głowa Kościoła katolickiego, raczej nie.

Tych pierwszych prawdziwych komunistów też wymazano z pamięci historycznej. Ich koncepty zrealizowały izraelskie kibuce, też z nie badanymi doświadczeniami. Wspólna własność w „komunach” Owena i Cabeta nie wytrzymała w gospodarce rynkowej bez różnic w zarobkach; funkcjonowała, póki żyli pionierzy z ich ideałami. Ich dzieci w otoczeniu gospodarki rynkowej – już nie. Jak wytrzymują kibuce gospodarkę rynkową – nie wiemy.

Wiele socjalizmów

Nie było i później żadnego jednolitego ruchu „socjalistycznego”. Prudonizm, dominujący we francuskim ruchu robotniczym, w encyklopediach mianowany „anarchizmem”, trudno kojarzyć z późniejszym, wojującym anarchizmem, który podejmował „akcję bezpośrednią”, czyli zamachy, by zabijać królów, cesarzy i prezydentów. Później zaś Piotr Kropotkin, uważany za „anarchistę”, dał ujmujący wykład pomocy wzajemnej, przydatny do dzisiaj bez absurdów społecznej dezorganizacji. Mało miał wspólnego z Proudhonem, więcej z „solidarnością” Piotra Leroux.

Kooperatyści znów marzyli o budowie wszechświatowej cywilizacji spółdzielczej (sam w nią wierzyłem) i stworzyli ruch z szerokim praktycznym oparciem, jakiego nigdy nie udało się pozyskać jakiejkolwiek innej partii „socjalistów”. Kooperatyzm odnosił wielkie sukcesy w Anglii i Skandynawii. I nie umarł. Dziś panuje niepodzielnie w handlu… Szwajcarii, gdzie dwie największe sieci, „Migros” i „Co-op”, są olbrzymimi przedsiębiorstwami spółdzielczymi. Jedno z nich o pasjonującej wręcz historii – twórca „Migrosu”, Gottlieb Duttweiler, zrobił swe przedsiębiorstwo handlowe potęgą dzięki skoncentrowaniu się na klienteli masowej i po latach obrócił swą firmę w spółdzielnię tych klientów, uznawszy, że będzie to najpewniejsza podstawa trwałości firmy, kiedy jego nie stanie…

„Furieryzm” stworzyli uczniowie Fouriera, kiedy zmarł i nie przeszkadzał im w porządkowaniu jego genialnych myśli. To on zapisał pewnego dnia – „dzisiaj, w Wielki Piątek, odkryłem tajemnicę zrzeszania się”. Znał się na interesach; nie proponował zniesienia zysku, ani własności prywatnej. Wręcz przeciwnie. Zdanie: „jako najważniejsze zagadnienie ekonomii politycznej należałoby zbadać sprawę przekształcenia najemników we współzainteresowanych właścicieli” okazało się trwałym programem. Opowiedzieli się za nim Pius XI i Ronald Reagan, a dziś niemało największych firm świata realizuje założenia Fouriera. Wygoniły walkę klas ze swoich przedsiębiorstw.

Syndykaliści (od francuskiego „syndicat”, związek zawodowy) koncentrowali się na doraźnym podnoszeniu dobrobytu warstw niższych, zwłaszcza proletariatu, upatrywali przyszłości we własności związkowej, opartej na dojrzałych, rozwiniętych do angielskiego poziomu związkach zawodowych.

Brytyjscy „Fabianie”, z przełomu XIX i XX wieku, imię przybrali od wodza Rzymian, Fabiusza Kunktatora, który unikając frontalnych starć z Hannibalem, wyczerpał jego siły. Nie dążyli do rewolucji. Chcieli nasycać życie społeczne sensownymi elementami socjalizmu. Byli praktycznymi ludźmi czynu: kiedy wznowiono pracę Ebenezera Howarda o miastach-ogrodach, potrafili zbudować takie miasto w Letchworth niedaleko Londynu – dosłownie w dwa lata! Fabiańską filozofię działania przejęła potem angielska Partia Pracy, Labour Party, która nigdy nie zamierzała budować „socjalistycznego” społeczeństwa i nie uznawała „walki klas”. Wiedziała że bez przedsiębiorców gospodarka stanie.
Polska Partia Socjalistyczna, która powstała w roku 1893, miała w swych nadziejach przemiany społeczne, zarazem walcząc – pierwsza! – o niepodległość Polski. Jej późniejszą Frakcję Rewolucyjną stworzył Józef Piłsudski, genialny konspirator, wydawca, drukarz i publicysta tajnego „Robotnika”. Wzięła swą nazwę nie od „rewolucji”, lecz od „środków rewolucyjnych” w walce z caratem, czyli po prostu – od środków terroru, dla walki o Polskę niepodległą – w przeciwieństwie do PPS-Lewicy, bliskiej rosyjskim „komunistom”, odżegnującej się od idei samodzielnej, wolnej Polski. Z PPS-Lewicy wyrosła pół-zdradziecka Komunistyczna Partia Polski, z naiwnym, by nie rzec – głupim marksizmem. Prawie całą wymordował Stalin, nie za to. PPS wprawdzie też nie była przed wojną mądrzejsza – Wielki Kryzys nauczył ją wiary w koniec kapitalizmu i w powszechną nacjonalizację jako ratunek, ale była przynajmniej partią powszechnej edukacji i dobrej wiary.

To tylko lapidarny skrót. Wybierając dzisiaj socjalizm, warto zapoznać się z jego przeszłością i wybrać którąś drogę. Lub jakieś wątki z różnych dróg. O wiele bogatszych niż to, co powyżej w skrócie zarysowałem.

Kolegia ludzi pracujących

Za „socjalistów chrześcijańskich” uznało się w połowie XIX wieku trzech Anglików, jeden – wybitny pisarz, Charles Kingsley, oraz dwóch anglikańskich pastorów. Jeden z nich mówił z ambony, że kto jest chrześcijaninem, musi być socjalistą! Najpierw organizowali spółdzielnie pracy, ale menedżerowie nie radzili sobie z rzemieślnikami i ruch „asocjacji” pracy wygasł, więc nasi pionierzy uruchomili w 1854 r. pierwsze wieczorowe „kolegium ludzi pracujących”, Working Men’s College.

Ta inicjatywa następnymi laty uczyniła związki zawodowe brytyjskich robotników partnerami władz kraju i pracodawców. Robotnicy uczyli się wszystkiego, włącznie z wiedzą o obrocie pieniężnym. Niektórzy tak skutecznie, że sami zajęli się interesami!

Ludowy pisarz angielski, dziś też całkowicie zapomniany, były lekarz-społecznik, Samuel Smiles, napisał książkę „Self-help” (1859), dosłownie – „Samo-pomoc”, co na polski należałoby tłumaczyć – „Pomóż sobie sam”. Wznawiano ją przez całą drugą połowę tego stulecia. Zmieniła również Amerykę. Opowiadała o tych, którzy osiągnęli wielkość, sławę bądź fortunę własnym wysiłkiem, inteligencją i obrotnością, oraz o tych, którzy potrafili zrobić coś mądrego i pożytecznego razem z innymi. Tą książką, popularnymi biografiami, innymi podobnymi książeczkami, o tytułach „Charakter”, „Przezorność”, „Obowiązek”, wychował Smiles całe generacje angielskich robotników, pełnych ambicji, fantazji i wiary w siebie.

Uczyli się – wszystkiego, co warto, by wiedział świadomy obywatel demokracji. Dzięki temu w następnym pokoleniu syn walijskiego robotnika, samouk, został najwybitniejszym przywódcą politycznym Wielkiej Brytanii, poprowadził ją do zwycięstwa w pierwszej wojnie światowej. David Lloyd-George nie był członkiem Partii Pracy. Liberał z poglądów i przynależności partyjnej, on właśnie przeforsował ustawy o ubezpieczeniu chorobowym i ubezpieczeniu od bezrobocia…

Intelektualiści brytyjscy oraz uczeni Oksfordu i Cambridge z oddaniem rozwijali oświatę ludową przez dziesiątki lat, stworzyli „university extension”, uniwersytet rozszerzony, na jego zajęcia z końcem stulecia uczęszczało rocznie dziesięć tysięcy robotników! Uczony z Oksfordu, Arnold Toynbee, którego często pomijają encyklopedie na korzyść jego bratanka, wielkiego historyka tegoż imienia i nazwiska, w swoich wykładach lansował budowę osiedli z należytym standardem higieny, z parkami, boiskami sportowymi, lokalnymi bibliotekami i centrami kultury. Pierwsze takie centrum kultury, „social settlement”, „siedlisko społeczne”, we wschodniej części Londynu, na ubogim East Endzie, ochrzczono po przedwczesnej śmierci pioniera Toynbee Hall. Po różnych punktach Anglii stanęły później następne.
Smiles dożył 92 lat i oglądał sukcesy swoich idei. Nie mają dlań miejsca współczesne encyklopedie, ale wybitny historyk literatury angielskiej, George Sampson, bronił Smilesa przed XX-wiecznym lekceważeniem, zaś wielki nasz historyk kultury brytyjskiej, Wojciech Lipoński, w swoim dziele sporo miejsca mu poświęcił.

Smilesa poglądy i poczucie obowiązków przejmowali zarówno brytyjscy przywódcy związkowi, jak działacze Labour Party. Jednym z głównych zadań związku zawodowego, obowiązków lewicy, stała się pomoc w zdobywaniu wiedzy, oświata wieczorowa tudzież popularyzacja samokształcenia i czytelnictwa (każda spółdzielnia spożywców obowiązkowo utrzymywała bibliotekę dla swoich członków). Warstwy niższe powinny być wykształcone tudzież inteligentne. Jeśli nie zechcą, mogą ulegać wszelakim zwyrodnieniom, których uczy zawiść wobec „tych lepszych”.

Naśladując myśl Toynbee’go, w Ameryce wspaniała sufrażystka, niezmordowana Jane Addams, założyła w Chicago w 1899 r. podobny Dom Hulla, coś więcej niż pierwszy „dom opieki społecznej”, jak to podają encyklopedie. Dostała pokojowego Nobla w roku 1931, ale dziś idei Fouriera, Kingsleya i Toynbee’go zapomniano, Londyn już zapłacił koszty.
Pomoc wzajemna
Robotnicy brytyjscy razem z rzemieślnikami, sklepikarzami, dzierżawcami i chłopami jeszcze w XVIII wieku tworzyli swoje na pół masońskie, tajne wobec zakazu zrzeszania się, organizacje „oddfellows”, szczególnego braterstwa. Były to pionierskie organizacje pomocy wzajemnej, oszczędności i zdrowotnych ubezpieczeń wzajemnych. Potem, w najgorszych czasach początku przemysłu, rodziły się ich – „friendly societies”, towarzystwa przyjacielskie, czyli towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Mądrzy filantropi przeforsowali w parlamencie ich legalizację. Członkowie friendly societies mogli ubezpieczać się na wypadek choroby lub kalectwa, na wypadek śmierci kogoś z rodziny, lub jak mówiła ustawa – ubezpieczyć się od wszelkich „podobnych klęsk, które dzięki rachunkowi prawdopodobieństwa da się przewidzieć i obliczyć”.

Były owe „towarzystwa przyjacielskie” również kasami pomocy wzajemnej – upoważnionymi do pożyczania członkom pieniędzy. Mogli członkowie składać się na tańszy, bo hurtowy zakup opału, odzieży, żywności, narzędzi do pracy, a także – organizować się do wzajemnej pomocy w wychowywaniu dzieci! Na czym polegał główny walor finansowy tych organizacji? Na ubezpieczeniach wzajemnych – zebrane ich pieniądze pozostawały ich pieniędzmi (ubezpieczeń komercyjnych wtedy jeszcze nie było). Towarzystwa „certyfikowane”, które mogły przedstawić Biuru Długu Państwowego, wraz ze statutem, swoje tablice obliczeniowe, miały prawo lokować swe środki w Banku Anglii. Na odpowiedni, gwarantowany procent.

Gdzie się podziały związki zawodowe

Nasze dzisiejsze partie lewicowe i związki zawodowe nie zabiegają nawet o kontrolę nad środkami ubezpieczeń społecznych, które przed drugą wojną światową podlegały w Polsce nadzorowi ze strony reprezentacji ubezpieczycieli i – ubezpieczonych…

Nie badają warunków życia i pracy polskich robotników, ani – tym bardziej – ogółu pracowników najemnych. Tym bardziej – nie tworzą organizacji, które mogłyby np. zapewniać tanie mieszkania czynszowe o współczesnych standardach cywilizacyjnych. Nie organizują, innymi słowy, spółdzielni budownictwa mieszkaniowego, które oparłyby się na środkach z długoterminowego kredytu hipotecznego, spłacanych przez 20 lat procentem czynszu.

Nasze związki zawodowe nie starają się przygotować swoich członków do roli członków spółek pracowniczych. Fourierowska współwłasność to nie tylko ewentualne dochody z udziałów, to współodpowiedzialność i duch gospodarności. Spółka pracownicza ma być zbiorowym partnerem-współgospodarzem, akcjonariuszem najlepiej zorientowanym w interesie i najbardziej czujnym. Oczywiście, nie ma wtedy mowy o kilkunastu etatach na koszt przedsiębiorstwa dla aktywistów związkowych…

Możemy zasięgnąć rad ze strony takich spółek Ameryki, gdzie w drugiej co do wielkości światowej sieci supermarketów „Publix” czy też w amerykańskich liniach lotniczych spółki pracownicze to 30 % udziałów, zdolne zablokować (zgodnie z amerykańskimi przepisami) „wrogie przejęcie” firmy.

Jednakże nikt nie stara się dowiedzieć niczego, co dawniej wiedziano i umiano. Ani co wiadomo i co poza Polską umie się dzisiaj. Polskie związki zawodowe są raczej quasi-partiami politycznymi, partyjnie powiązanymi, partia „lewicowa” zaleca się w mediach idiotycznymi obietnicami i apetytem na rządowe posady.

Nie czytaliśmy o żadnej w tych związkach czy partii dyskusji programowej. Bo niby po co im to? Co mają wspólnego z lewicą?

Lewica nowych standardów

Stefan Bratkowski

Enhanced by Zemanta
Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. Saba 2011-08-30
  2. Piotr Chmielarz 2011-08-30
  3. Benfranklin 2011-08-30
  4. jasny gwint 2011-08-31
  5. up72156 2011-09-03
  6. Romskey 2011-09-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com