Jerzy Łukaszewski: Młodzież naszą przyszłością (?)

2017-04-07.

Batalia o Muzeum II wojny światowej dzięki wyrokowi NSA została wygrana przez Ministerstwo Niszczenia Kultury. Wprawdzie jest jeszcze inna ścieżka sądowa pozwalająca kwestionować decyzję, która zapadła, ale znając czasochłonność takich spraw nie ma już ona większego sensu praktycznego.

Muzeum, co do otwarcia którego siałem niejakie wątpliwości (Jerzy Łukaszewski: Póki my żyjemy…) zostało na szczęście otwarte, a tłumy zwiedzających i chętnych do zwiedzania były takie, że trzeba było wyznaczyć dzienny limit zwiedzających, co w placówkach muzealnych nieczęsto się zdarza.

Kilkoro moich słuchaczy zdążyło ją zwiedzić i z ich relacji wiem, że nie byli zawiedzeni moją rekomendacją, wręcz przeciwnie – uznali ją za zbyt skromną, co bardzo mnie ucieszyło.

Pozwolę sobie więc powtórzyć to co już pisałem: takiego muzeum jeszcze w Polsce nie było, a zwiedzający je goście zagraniczni stwierdzili, że i w Europie trudno znaleźć podobne.

Teoretycznie nasza światła władza powinna chwalić się nim na każdym kroku i wypinać piersi po medale, jak to ma w zwyczaju.

Teoretycznie.

Sęk w tym, że (co przyznał obywatel Gliński) pomysł powstania muzeum, a także jego obsada były autorstwa nie tej ekipy politycznej co trzeba. I to w zasadzie wystarczy obecnie do tego, by zlikwidować wszystko, bez różnicy – dobre czy złe.

Pierwszą decyzją pana ministra była oczywiście zmiana na stanowisku dyrektora, co nie powinno dziwić nikogo, kto nie chciał wierzyć, że u źródeł sporu były względy merytoryczne.

Nowym dyrektorem  został młody pan doktor, pracownik gdańskiego IPN, zasłużony w walkach o „żołnierzy wyklętych”.

To też jakoś nie dziwi, przywykliśmy już.

Gdyby sprawa na tym się zakończyła, może dałoby się to jakoś przeżyć.

Dziwiłoby wciąż wprawdzie uparte „łączenie dwóch muzeów”, z których jednego fizycznie NIE MA, ale co tam, nie takie rzeczy państwowa teologia potrafiłaby wyjaśnić.

Mogłyby dziwić także słowa nowego szefa, który twierdzi, że „Nie ma chyba na świecie muzeum, które nie zmieniło swego kształtu”, bo nie wierzę by potrafił wskazać takie, które go zmieniło niespełna trzy tygodnie od otwarcia.

Ale co tam – młody człowiek, niecierpliwy – powiedzielibyśmy.

To co mnie jednak zaszokowało, to pierwsza decyzja nowego kierownictwa – wstrzymanie sprzedaży internetowej biletów dla chętnych do zwiedzania.

Ponieważ moi słuchacze życzyli sobie wspólnej wycieczki, wiem, że sprawa nie była prosta, a na najbliższy termin wszystkie bilety były sprzedane (pokażcie mi drugie takie muzeum). Kolejka chętnych wydłużała się, co samo w sobie powinno zostać zgłoszone do Księgi Guinessa.

Sprzedaż internetowa była szansą na zakup biletów dla wielu osób z Polski, które wybierając się do Gdańska miały gwarancję, ze muzeum obejrzą. Przed Muzeum stoją kolejki chętnych do zwiedzania tak długie, że nikt raczej z Bytomia się tu nie wybierze nie mając pewności, że wejdzie do środka.

Prof. Machcewicz jeszcze niedawno zachwycał się frekwencją i wysokością wpływów, która nieomal dawała nadzieję na usamodzielnienie się placówki pod względem finansowym, co wobec obcięcia jej funduszy przez Ministerstwo Niszczenia Kultury było czynnikiem dość istotnym.

Co stało za taką decyzją?

Idiotyczne tłumaczenie szefowej działu informacji i promocji (!!!), że stało się tak ze względu na „połączenie Muzeum II Wojny Światowej z Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 i reorganizację placówki i zmianę kierownictwa” trafi do przekonania chyba tylko przedszkolakowi, bo już uczeń podstawówki będzie miał trudności ze zrozumieniem co ma zmiana dyrekcji do sprzedaży biletów.

Natomiast zachwycone będzie Ministerstwo, ponieważ odcięcie mnóstwa ludzi w Polsce od możliwości nabycia biletów spowoduje mniejszą ich sprzedaż, mniejszą liczbę odwiedzających, co ostatecznie da się podsumować stwierdzeniem, że „nie cieszy się ono zbytnią popularnością”.

Czyli – mieliśmy rację, wyszło na nasze, teraz my to wszystko zmienimy zgodnie z „polskim punktem widzenia”.

To co mnie najbardziej martwi w całej tej historii to ten młody człowiek na stanowisku dyrektora.

Jarosławy, Antki, Glińskie  i inne tego typu egzemplarze prędzej czy później znikną z powierzchni ziemi, jak my wszyscy.

Ale ci młodzi zostaną i to oni będą nadawali kształt i sznyt naszemu krajowi.

A to już jest naprawdę mało optymistyczne.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

15 komentarzy

  1. PIRS 07.04.2017
  2. Mlody 07.04.2017
  3. slawek 08.04.2017
    • Zaciekawiony 08.04.2017
      • wdrw 09.04.2017
        • j.Luk 09.04.2017
  4. Magog 08.04.2017
  5. wejszyc 08.04.2017
  6. kolarz 08.04.2017
    • Sir Jarek 08.04.2017
  7. Sir Jarek 08.04.2017
    • Magog 08.04.2017
  8. j.Luk 09.04.2017
    • Sir Jarek 10.04.2017
  9. J.S. 09.04.2017