2018-02-24.
Pisałem już kilka razy, jaką niespodziewaną przyjemność sprawiają mi wykłady z cyklu „Historia w Biblii”. Niespodziewaną, bo czytając tę księgę na ogół nie zwraca się uwagi na to, co ona zawiera w warstwie poza religijnej; a szkoda.
Jeszcze większa, że wielu duchownych uważając ją za „pismo święte” (tzn. jakie?) nerwowo reaguje na każdą uwagę dotyczącą historycznych niezgodności treści w niej zawartych.
Tymczasem Biblia, jak żadna inna księga, w sposób niezwykle drobiazgowy pokazuje mechanizmy zachodzące w procesach historycznych – i choćby z tego powodu powinna być uważnie studiowana przez historyków, socjologów, politologów i in.
Tym bardziej, że te mechanizmy działają stale, niezależnie od epoki i miejsca na mapie, a więc dzięki Biblii można wiele zrozumieć z tego co dzieje się dziś, w świecie współczesnym.
Ostatnio „braliśmy” tzw. drugą niewolę babilońską. Oczywiście, nie odmówiłem sobie puszczenia słuchaczom nagrania z chórem niewolników z „Nabucco” Verdiego, a dla zwolenników lżejszej muzy „By the rivers of Babylon, there we sat down Ye-eah we wept, when we remembered Zion.” W wykonaniu Boney M. Dla niektórych było zaskoczeniem, że ta dyskotekowa piosenka to cytat … z Biblii, a konkretnie z psalmu 137.
Poniżej: Nabucco, chór niewolników
Oczywiście sprawa wymagała wyjaśnienia, które w nieco innym świetle ukazują relacje Nabuchodonozora z Izraelitami i decyzję o przesiedleniu.
Przede wszystkim trzeba było powiedzieć, że popularne ujęcie tematu niewiele ma wspólnego z prawdą. Izraelici w Babilonii nie byli niewolnikami w kajdanach, których jedynym zajęciem było siedzieć nad rzeką i płakać wspominając Syjon.
Nieprawidłowe są także skojarzenia tych wypadków z przesiedleniami ludów stosowanymi przez Stalina w ZSRR. Asyryjczycy, w odróżnieniu od tow. Stalina umieli dobrze liczyć i nawet stosując represje (w tym przypadku jako odwet za udział w koalicjach antyasyryjskich) i na ogół dbali, by to, co robili przynosiło im korzyści. Przesiedlenia były stałym elementem asyryjskiej polityki i o ile można się zorientować, dość skutecznym.
Z jednym zastrzeżeniem. Nikt nie pędził batogami niewolników po drogach Babilonii, a wręcz przeciwnie – osiedlano ich w miejscach, w których mogli oni żyć i… bogacić się, bo to leżało w interesie pobierającego podatki państwa.
Izraelici nie mieli ograniczeń jeśli chodzi o rodzaj zajęcia, jakiemu chcieliby się oddawać, a przed zdolniejszymi nie zamykała drzwi nawet kariera w strukturach asyryjskiej monarchii. Asyryjczycy byli zdecydowanie bardziej pragmatyczni od wielu współczesnych polityków.
Jedna grupa Izraelitów w Babilonii zasługuje na szczególną uwagę. To kapłani. Dlaczego? Ano dlatego, że to właśnie oni, i to właśnie w Babilonii, przepracowali od nowa cały żydowski system religijny, który dotąd jako żywo niewiele miał wspólnego z tym, co dziś nazywamy monoteizmem. To oni. i to tam, przekształcili żydowską religię w tzw. monoteizm etyczny (w odróżnieniu od plemiennego). Nie stało się to przypadkiem. Ostatni król Babilonu, Nabonid nosił się z zamiarem reformy religijnej w swoim państwie i konsultował tę sprawę z kapłanami różnych religii, także z Żydami, których idea jedynobóstwa najbardziej mu odpowiadała. To właśnie na potrzeby tych dyskusji kapłani żydowscy opracowali konsekwentny system, nieznany wcześniej wśród wyznawców Jahwe.
Z jednej strony świadczy to o pozycji, jaką wypracowali sobie Żydzi w Babilonie, a z drugiej – niewykluczone, że upadek wielkiego państwa w czasie najazdu perskiego spowodowany był właśnie tą planowaną reformą. Kapłani innych religii w obliczu potencjalnej utraty wpływów i środków do życia, po prostu zdradzili Nabonida ułatwiając Persom wtargnięcie do Miasta.
Król perski zgodził się na powrót Żydów do poprzedniego miejsca zamieszkania.
I tu zaskoczenie – chęć powrotu wykazywała raptem 1/3 „niewolników”. Zdecydowana większość nie zamierzała nigdzie wracać, w Babilonie podorabiała się majątku, pozycji i znaczenia. Dary jakie pozostający w Babilonie przekazali wracającym świadczą o tym, że co jak co, ale głodni to oni tam raczej nie chodzili.
Dlaczego więc w Biblii Babilon stał się synonimem wszelkiego zła?
Odpowiedź jest prosta jeśli weźmiemy pod uwagę, kto z tej Babilonii wrócił.
Skoro co, którzy się dorobili i zyskali niezłą pozycję w społeczeństwie nie wrócili tzn., że wrócili ci, którzy się nie dorobili i znaczenia nie dopracowali.
Ich stosunek do Babilonii musiał być więc skrajnie różny od tego jaki wykazywali pozostający. A to przecież ci wracający byli autorami biblijnej narracji, którą dziś czytamy. Ot, taka „polityka historyczna”.
Była jeszcze jedna grupa wśród wracających – kapłani. Ci wracali w obawie przed zemstą przedstawicieli religii babilońskich, którzy mieli im za złe wpływy u Nabonida, a teraz po jego upadku mogli chcieć się odegrać na konkurentach.
To tak w wielkim skrócie.
I teraz przechodzimy do najciekawszego momentu.
Żydzi wrócili na terytorium dawnych królestw izraelskich. Kto wrócił?
Po pierwsze, nie wszystkich wysiedlono. Asyryjczycy pozostawili na miejscu ludzi – dziś powiedzielibyśmy – z klas niższych, którzy nie potrafili stać się dla nich politycznym zagrożeniem. Bez przywództwa ci ludzie byli niegroźni. Czyli – politycznie mało wartościowi.
Druga grupa – uciekinierzy z Egiptu. Tak się jakoś zawsze składało, że w chwilach niebezpieczeństwa wielu Żydów ochoczo umykało do kraju faraonów, który w tablicach mojżeszowych nazwany został przecież wprost „domem niewoli”.
Ci stanowili problem, bo byli wyznawcami po pierwsze religii w starej wersji, a po drugie, zwolennikami dawnych stosunków społeczno politycznych, co było w nowej sytuacji nie do utrzymania.
Wrócili – przepraszam za kolokwializm – „nieudacznicy”, którzy przez dwa pokolenia nie potrafili niczego zdziałać w Babilonie.
Na miejscu byli też Samarytanie przesiedleni do Palestyny przez tychże Asyryjczyków. Lud pokrewny etnicznie, ale nie z „pokoleń Izraela”.
No i kapłani.
Nietrudno zauważyć, że w takim składzie tylko oni posiadali wystarczający potencjał intelektualny, który mógł zaważyć na przyszłych losach na nowo sklejanego narodu. Ich przywództwo nie było kwestionowane od początku, bo przez kogo? Nawet „Egipcjanie” dość szybko pogodzili się z ich rolą.
Mieli wszystko – myśl, wpływ na prosty lud i nawet Samarytan – łatwo definiowalnego wroga na użytek swojej polityki gdyby zaszła taka potrzeba.
Dawne elity nieobecne były w nowym życiu narodu. Kto je miał zastąpić? Tylko oni.
W wielu miejscach opisów biblijnych z tego okresu widzimy rosnącą w nieprawdopodobnym tempie pozycję kapłanów, proroków i religii jako takiej.
Dotąd religia była rodzajem spoiwa wiążącego lud o różnym pochodzeniu i ułatwiała jego zrastanie się, teraz była czymś co decydowało o życiu codziennym mieszkańców. A nakazy bywały wyjątkowo brutalne, jak np. polecenie wygnania wszystkich żon i dzieci (!) obcego pochodzenia, które wielu Izraelitów pobrało sobie w czasie „niewoli”. Skala tej „genetycznej” lustracji była naprawdę ogromna i przeprowadzona bezwzględnie, bez oglądania się na cokolwiek. Krzywda, jaką wyrządzono w ten sposób tysiącom ludzi była ceną, jaką trzeba było zapłacić za „nowy porządek”. I tę cenę zapłacono.
Zmiany widać na każdym kroku. Czytając o stosunkach po powrocie z niewoli babilońskiej widzimy, że zarzuty pod adresem jakichś prominentnych „działaczy społecznych” nie dotyczą już ich np. nieposłuszeństwa wobec Jahwe, ale np. „niedostatecznego ukorzenia się przed prorokiem”. To zasadnicza zmiana jakościowa.
Co to nas może dziś obchodzić?
Ano może. Ten mechanizm działa i dziś. Projekt „nowego społeczeństwa” kilkakrotnie wdrażany (z różnym skutkiem) już w naszych czasach i w różnych krajach wymagał podobnego podejścia.
„Nowe społeczeństwo” wymaga pozbycia się starych elit zdolnych pokierować ludźmi. Izraelici mieli łatwiej, elity same oderwały się od nich pozostając nad Eufratem i Tygrysem. Dziś jeśli taka sytuacja nie zachodzi, stare elity trzeba zniszczyć, pozbawić wpływu, czasem skryminalizować. Mieliśmy to w początkach PRL, mamy i dziś w Polsce. Historia dowodzi, że to się na ogół udaje, szczególnie jeśli ludzie wychowani są w ten sposób, że uwierzą we wszystko złe co się powie pod adresem bliźniego. A z taką sytuacją mamy w Polsce do czynienia.
Jacek Fedorowicz w wykładzie wygłoszonym na Uniwersytecie Warszawskim (do wysłuchania w „Studiu” na prawej szpalcie u góry– red.) wskazał na ten mechanizm. Łapiemy się za głowę słysząc bzdury wygadywane przez polityków i zastanawiamy się: kto uwierzy w te banialuki? No i okazuje się, ze zawsze znajdzie się ktoś kto uwierzy. Z różnych powodów.
Mamy dziś w Polsce sytuację jak po powrocie z niewoli babilońskiej. Niszczenie dawnych elit, wskazywanie na Europę, dzięki której nastąpiła jakościowa zmiana warunków życia jako na „siedlisko zła” – wypisz wymaluj – Babilon.
Wobec słabości intelektualnej „nowego społeczeństwa”, a czasem powiedzmy sobie wprost – nieudacznictwa nowych przywódców narodu, siłą wiodącą nieuchronnie stają się ci, którzy wiedzą gdzie chcą prowadzić lud, robią to konsekwentnie i przy coraz mniejszym oporze społecznym.
Kiedy prymas Glemp swego czasu kłamał publicznie twierdząc, że za nauczanie religii katecheci nie będą pobierać wynagrodzenia „bo to jest misja” wiedział, co robi. Kiedy po bodaj roku zmienił zdanie, już nikt nie protestował.
Dziś kiedy katecheci mają otrzymać prawo bycia wychowawcami klas w szkołach publicznych co najmniej połowa rodziców nie widzi w tym nic niestosownego.
Żadna siła polityczna dziś nie przeciwstawi się Kościołowi, mimo że ma do tego podstawy w Konstytucji. Dlaczego?
Siedzimy nad rzekami Babilonu i płaczemy wspominając Syjon…
Jerzy Łukaszewski

>>Dziś kiedy katecheci mają otrzymać prawo bycia wychowawcami klas w szkołach publicznych co najmniej połowa rodziców nie widzi w tym nic niestosownego.<<
Na tym to polega Panie Jerzy.
Mój Kolega Colin Humphreys tłumaczy Biblię- warto poczytać i posłuchać, np.: https://www.youtube.com/watch?v=1zDN6TCm0UU
Mogę się założyć, że ówczesne żydowskie elity tak samo protestowały przeciwko eliminowaniu ich wpływów w prowincjonalnym Izraelu. W końcu Babilon to marny miesiąc drogi od Jerozolimy, stosując odpowiednie proporcje do tempa ówczesnego życia, było to równie blisko jak dziś z Brukseli do Warszawy.
I tak samo niewiele mogły wtedy zrobić, bo niby dlaczego jakiś ciężko pracujący żyd z Judy miałby słuchać odległych pohukiwań jakichś perskich pachołków ? Miał jeszcze coś z nimi wspólnego ?
No więc o tym mowa. Ci urządzający im życie na nowo postarali się, aby mieli z nimi jak najmniej wspólnego. Nigdy więcej nie wspominano np., że kasa na odbudowę Świątyni pochodziła stamtąd. Zdefiniowano na nowo wrogów i przyjaciół (tych ostatnich określała liczba „O”)
A pachołkami perskimi właśnie wtedy dopiero się stali. Cyrus rozgrywał ich jak kukiełki. . Tyle, że tego nie chcieli zauważyć.
Pouczająca historia. Gdyby odnieść ją do współczesnej Polski to pozostaje kilka różnic:
– brak wszystkich komponentów – sami nieudacznicy a na horyzoncie nie widać intelektualistów,
– brak nowego terytorium dla radosnej tówrczości kulturowo-religijnej,
– brak czasu – w końcu stary testament, a więc zręby monoteizmu powstawały ponad 1000 lat od XII w. p.n.e. do I w.p.n.e.,
– brak uniwesralnego kanonu – jednego boga nie ma kim zastąpić a kandydaci na świętych nie są nawet groteskowi, są śmieszni i jako tacy są nikim,
– Babilon, Asyria, Juda to było obok Egiptu centrum świata, a nasz piękny padołek nie jest nawet prowincją; jest zaściankiem i do tego mikroskopijnym;
– ostatnim eksperymentem społecznym, który teoretycznie miał szansę zbudować zręby nowej cywilizacji, był komunizm w Rosji, ale tam z podobnych jak w/w powody kompletnie poległ.
Tutejszy eksperyment z „nowymi elitami” nie będzie nawet zauważony historycznie – nie ma jakichkolwiek podstaw do zaistnienia i nawet nie z powodów w/w. Przede wszystkim dlatego, że jest czystym PR-em bez żadnego pokrycia w rzeczywistości. Ideologia półgłówków ogarniętych żądzą władzy to trochę za mało nawet jak na kieszonkową religię. Owszem groteskowy zakręt historii i nic więcej!
Panie Sławku, no to dokończmy pańską wyliczankę. Kto zostaje, aby zapanować nad ludem i poprowadzić go w przyszłość?
Analogia aż nadto się narzuca.
@J.LUK – wydaje się, że mamy bardzo krótką perspektywę oglądu rzeczywistości, prawie wyłącznie bieżącą. Stąd wybryki historii traktujemy jako zapowiedź lub początek procesów dziejowych. Byliśmy skłonni uznawać, że dwie kadencje PO są czymś nadzwyczajnym, a był to zwykły oportunizm elit społecznych, odreagowujących 2-letnią awanturę pisowską 2005-2007, możliwy dzięki zręczności Tuska podlewanej obficie funduszami europejskimi. Teraz po upływie połowy kadencji wpadamy w przeświadczenie, że rządy hunów niosą zapowiedź nowej cywilizacji. Sprzyjają temu sondaże społeczne, które fałszują realny obraz poparcia społecznego. Warto pamiętać, że z badań socjologicznych wiemy, że ok. 57% wyborców z różnych powodów nie deklaruje prawdziwych preferencji wyborczych. Stąd ostatnie 50,2% poparcia dla rządzących należy pomniejszyć o 28,6% co daje realne poparcie na poziomie 21,6%. Rządzący powinni się skupić, aby spokojnie dotrwać do wyborów parlamentarnych w 2019 i możliwie honorowo je przegrać. (Jeżeli spróbują je sfałszować popełnią społeczne sepuku.)
Odpowiadając wprost na Pańskie pytanie „Kto zostaje, aby zapanować nad ludem i poprowadzić go w przyszłość? ” warto skonstatować kilka obserwacji. Demony rasizmu, ksenofobii, homofobii a ostatnio antysemityzmu „sprytnie” wywoływane przez rządzących (specjalnie nie używam nazwy partii, jako niewymownej) wespół z częścią KRK prowadzą wyłącznie do eksalacji podziałów i frustracji społecznych, na tle zacietrzewienia i narastającej nienawiści. Po stronie hunów nie ma lidera zdolnego z tej destrukcji stworzyć pozytywny projekt polityczny. Ta strona umie wyłącznie burzyć i niszczyć. Próba wykreowania lidera w postaci nowego premiera kończy sie porażką i blamażem zanim jeszcze na dobre się rozkręciła. Podobnie wygląda opozycja parlamentarna, w tym zwłaszcza jej największa reprezentacja – PO. Procesy oligarchizacji tej struktury blokują niezbędne zmiany. Dzisiaj zatem nie widać takiego lidera czy liderów. Jeżeli miałbym intuicyjnie szukać kierunku z którego przyjdzie taki rodzaj przywództwa to będzie to raczej kierunek Biedroń, Owsiak, wybitne postaci samorządowe (prezydenci?, burmistrzowie?) bez wskazywania palcem na któregoś z nich. Zmierzam do tego, że po okresie burzy, desktrukcji i niszczenia potrzebny będzie okres budowania, tworzenia i leczenia ran a nie wojenka wewnętrzna. Jestem spokojny o przyszłość z wielu względów, ale przede wszystkim dlatego, że ta destrukcja była nieunikniona, bo elity po 1989 roku zamiast reformować kraj zamiatały wiele problemów pod dywan. Ilośc problemów jakie dzisiaj spadają na rządzących (reprywatyzacjas, smog, energetyka wegłowa, kopanie surowców, etc.) gwarantuje im pełna porażkę społeczną, tym bardziej, że obiecywali i obiecują złote góry. I nie tylko im.