2018-04-29.
Kilkanaście lat temu przeczytałam w „Rzeczypospolitej” jeden z ostatnich felietonów Stefana Bratkowskiego o tym, jak to minister spraw zagranicznych Rosji (czy może jeszcze Związku Radzieckiego?) Jewgienij Primakow uczestniczył w posiedzeniu ważnego gremium, które zastanawiało się, w jaki sposób uspokoić i podporządkować sobie Polskę?
Ten inteligentny polityk nie brał pod uwagę wariantu siłowego, ale właśnie polityczny. Powiedział wtedy – a mój obecny Redaktor Naczelny może to poprawić, doprecyzować, skorygować… (w najśmielszych wyobrażeniach nie przewidywałem, że na starość trafię pod jego skrzydła!) – że Polskę trzeba zwasalizować poprzez człowieka/ludzi Kościoła. Nie bardzo wiedziałem, jak to się da zrobić; wszak nasz Kościół dość przyzwoicie zachowywał się w czasach ‘komuny’, w latach okupacji; trochę gorzej podczas narodowych powstań… Nie bardzo też rozumiałem, na czym miałaby polegać strategia Primakowa i Rosjan w ówczesnej sytuacji. Z pomocą nieoczekiwanie przyszedł mi… Cyprian Kamil Norwid – przedstawiciel trzeciego pokolenia romantyków, najmniej zainfekowany wirusem mesjanizmu; do bólu krytyczny wobec ‘narodu’ i optujący za tym, byśmy stali się kiedyś ‘społeczeństwem’.
Wśród esejów/traktatów poety jest jeden, niewielki, prawie zapomniany pod tytułem Znicestwienie narodu (Pisma wszystkie, t. 7, cz. 2; Proza, Warszawa 1973). Do lektury tego tekstu zniechęca już sam tytuł, zwłaszcza że nikt dzisiaj nie chce ‘znicestwienia’, czyli unicestwienia narodu, który ostatnio został wydobyty na powierzchnię dyskursu patriotycznego i umieszczony w nazwach (imionach) własnych, na sztandarach, wśród haseł; stał się elementem historycznej, politycznej i religijnej narracji. Unicestwienie to inaczej zniszczenie, przeprowadzenie ze stanu bytu do nicości, która – jak wiadomo – jest zaprzeczeniem bycia, skoro jest ‘niebyciem’.
Narody są dla Norwida „dziełem miłości (naprzód natchnionej, a potem uświadomionej)”. Zauważmy, że poeta nie podaje definicji pojęcia, lecz jego genezę. Przypomina to niedawną sytuację, w której o definicję narodu zapytano prof. Adama Strzembosza; odpowiedział bez wahania, i właściwie po Norwidowsku, że ‘naród to byt emocjonalny’. Wszak ‘miłość’ to kwintesencja emocji…
Skoro u genezy narodu leży miłość – zapewne boska; „w zasadzie jest to (…) niepodobieństwem, ażeby miłość, będąca siłą pogłównie zachowawczą, zaaplikowaną być mogła do zniszczenia, praktyka jednakże okazuje fenomena temu przeciwne i mnogie” – tyle poeta w swoim archaicznym i niedzisiejszym, jednakowoż pięknym, języku.
Pytajmy więc dalej – w jaki sposób to, co ma korzenie religijne (w poprzednim felietonie wyjaśniłem, co znaczy łacińskie słowo religio) może być przyczyną unicestwienia, czyli zniszczenia? Norwid odwołuje się do wydarzenia, które miało miejsce bardzo dawno temu i dotyczyło starożytnego Egiptu. Otóż w roku 525 przed Chrystusem rozegrała się słynna bitwa pod Peluzjum, w której znacznie słabszy król perski Kambyzes II pokonał faraona (nie pamiętam którego? Psametycha III – przyp. red.) i podbił Egipt. Dzisiejsi historycy podają, że przyczyną klęski Egipcjan była zdrada ich wysokich dowódców. Poeta jednak koncentruje się na pomijanym przez naukę epizodzie bitwy, podczas którego najeźdźcy posłużyli się świętym dla Egipcjan zwierzęciem, czyli kotem. Persowie wyłapali wszystkie koty w okolicy i przywiązali je do swoich tarcz, uniemożliwiając Egipcjanom walkę. Wszak ci w obronie przed wrogiem musieli wpierw zabić swoje święte zwierzęta… „Wielka mądrość egipska – kontynuuje Norwid – symbolicznie szanując zwierzę, oddawała cześć stworzycielowi’, natomiast błędem Egipcjan było to, że „ubóstwianego kota obrazę całe miasta mścić gotowe były”; to znaczy, że szacunek dla symbolu uniemożliwił im walkę.
Do znicestwienia (zniszczenia) narodu może więc doprowadzić „jednozgodnie uwielbiany błąd” – dodaje poeta. Ten ‘błąd’ to wiara w fantomy, osoby, idee – nie mające z religią nic wspólnego, jednak angażujące sferę uczuciową, wyobraźnię i pamięć, które nie dopuszczają do siebie, że mają do czynienia z „błędem”. Ten bowiem ustępuje tylko przed chłodnym osądem ludzkiego rozumu.
Czy Norwid ma rację? Za jego przenikliwą diagnozą przemawiają – nie tylko incydent z kotami, ale też rozmaite późniejsze wojny religijne, zwłaszcza te, które toczyły się w Europie w XVII i XVIII wieku, a także współczesny fanatyzm niektórych (bo nie wszystkich!) wyznawców islamu, hasła i banery rodzimych narodowców i faszyzującej młodzieży, na których Bóg miesza się z nienawiścią do jego stworzeń, jeśli nie są białe… Powtórzmy więc raz jeszcze to, co napisał, ale w dzisiejszym języku: poeta nie uważa, aby miłość do bóstwa/Boga służyła niszczeniu; wszak podtrzymuje ona istnienie – jest ‘siłą zachowawczą’. Jednak praktyka ‘okazuje fenomena’, a więc zjawiska temu ‘przeciwne i mnogie’, czyli liczne…
Norwid nie zajmował się historią Egiptu, lecz dziejami ludzkimi w ogóle. Ciekawiły go mechanizmy procesów historycznych z pogranicza polityki (wojna) i religii (święte zwierzę). Zagadkowe natomiast pozostaje, primo – dlaczego w epoce romantyzmu wydobył epizod z tak odległej przeszłości; secundo – jakie przesłanie kryje się za tym zdarzeniem dla przyszłych pokoleń Polaków?
Dziś zwierzęta nie pełnią już funkcji religijnych (może poza Indiami), a kot czy pies to nasi pupile. Jednak zawsze można je czymś, albo kimś zastąpić i uczynić ‘jednozgodnie (czyli: jednomyślnie) uwielbianym błędem’, szkodliwym dla zbiorowości czy społeczności, albo dla narodu, bo z myślą o nim napisał Norwid ten krótki traktat.
J S


Czy religia może zniszczyć naród? A czy pistolet może zniszczyć czy uratować człowieka?
Wszystko zależy w jakim momencie i do czego użyje się obu narzędzi.
Czytając Stary Testament widzimy jak religia zbudowała naród (nawiasem mówiąc nie było i nie ma drugiej tak „politycznej” religii jak mojżeszowa) i przez te parę tysięcy lat go nie zniszczyła.
A czym jest naród? Historycznie rzecz biorąc to mechanizm obronny grupy na pewnym etapie jej rozwoju. Kiedy jego rola się kończy, a przynajmniej znacznie zmniejsza, może stać się z tym pojęciem wszystko. Można nim karmić sentymenty w całkiem pozytywnym sensie, ale można i doprowadzić je do zwyrodnienia groźnego dla wszystkich z ową grupą włącznie.
To tylko narzędzie.
Rozpatrzyliście obaj dwa pojęcia : religia i naród. Pozostaje trzecie : zniszczyć. Czy Buddyzm zniszczył Mongołów? Bo zaprzestali swoich podbojów ? Czy Islam niszczy Arabów, Turków, Persów i Kurdów, a Indonezyjczyków już nie ? Bo oni się chwilowo nie wyrzynają nawzajem ? Czy religia może więzi religijne i „narodowe”przekształcić w związki mafijne ? To nie jest tak całkiem z dala, weźcie pod uwagę zwyrodniałe pojęcia „honoru” i „szacunku”. (Nasz narodowy Kościół kat. dodał do tego jeszcze „godność”).
Norwid pisał, że „fenomena” służące niszczeniu narodu przez religię są „mnogie”, chociaż religie jak i narody wywodzą się z miłości. Obraz przedstawiający wrzeszczące koty, przywiązane do tarcz Persów jest bardzo sugestywny i jednoznaczny.Dla Egipcjan koty były święte, wrogowie wykorzystali ową świętość i walkę wygrali. Był to jednak wypadek jednorazowy.
Religia w służbie organizacji nacjonalistycznych, fanatycznych, w służbie pochodów pierwszo-/św. Józef patron rzemieślników/i trzeciomajowych. To mocne narzędzie walki. Ale czy może unicestwić naród? Może nim zachwiać, wstrząsnąć, ale nie zniszczyć. Łuski na oczach mają to do siebie, że spadają. Po pewnym czasie, a on, jak wiadomo, jest względny.
A koty?
Z kotami nie wolno – jak powiedziała pewna konduktorka z Moskwy.
Z Norwidem mam kłopot, zapewne dlatego, że mój profesor na polonistyce UJ Marian Tatara wyrażał się o nim z przekąsem i zestawiał jego ciemną prozę z jasnym wywodem Mickiewicza i Słowackiego. Ale przecież tylko krowa nie zmienia zdania, więc pod wpływem wnikliwej analizy „Znicestwienie narodu” zaproponowanej przez JS gotów jestem zrewidować swoje stanowisko, zwłaszcza jeśli zważyć iż stawka jest wysoka. Z jednej strony jasna i błyskotliwa myśl mesjanistyczna Mickiewicz święci triumfy (inna sprawa czy są one zgodne z intencją wieszcza), a z drugiej Nowrid popadł w kolejną już niełaskę (bo przecież nie tylko wspomniany prof. Tatara wybrzydzał nad jego „andronami”) i jego trzeźwa acz trudna myśl nie działa orzeźwiająco. A szkoda. Bowiem zgadzam się z wykładnią Norwida, że właśnie religia (i jeśli chwytam dobrze również w zgodzie z interpretacją JS) nie tylko może, ale wręcz dokonuje na naszych oczach unicestwienia substancji narodowej. Wypłukuje z niej to wszystko, co było onegdaj powodem do dumy (rola w czasie zaborów, okupacji, komuny itd) staje się dzisiaj przedmiotem wcale nie iluzorycznego przerażenia. Na naszych bowiem oczach katolicyzm polski związał się (i wiąże się coraz ściślej) z najciemniejszymi stronami nacjonalizmu, ksenofobii i megalomanii strasząc świat wzrastającym polskim faszyzmem. Tak, tu już nie można uciekać w metafory i ostrożne wskazywanie, że brunatnieje nam scena polityczna. Symbole narodowego (kościoły z Częstochowskim sanktuarium na czele) obudzenia stają się źródłem siły dla faszystowskich bojówek. To powtórka z historii niestety, oby nie do końca udana.