Andrzej Żor: „Ulica Krokodyli“

2012-11-23. Do końca grudnia w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie czynna będzie wystawa fotografii Krzysztofa Miszułowicza – „Ulica Krokodyli” – inspirowana fragmentem „Sklepów cynamonowych” Brunona Szulca – rozdziałem pod tym właśnie tytułem.

Krzysztof Miszułowicz to nobliwy starszy pan z włosami przyprószonymi siwizną. Psycholog z wykształcenia, od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zajmuje się fotografią, choć w pełni poświęca jej czas dopiero w ostatnim dziesięcioleciu. Zafascynowany religią prawosławia (choć sam  nie jest jej wyznawcą), odwiedził wszystkie klasztory prawosławne w Polsce, uczestniczył w procesjach i pielgrzymkach, prowadził długie dysputy z mnichami. Wszystko po to, by uchwycić niepowtarzalny klimat religijnej ekstazy, widocznej na ludzkich twarzach, w zbiorowych obrzędach, w obrazach budowli sakralnych oraz cerkiewnych wnętrzach. A także po to, by – jak piszą autorzy katalogu z wystawy – „uchwycić te drobne chwile, w których materia dotyka transcendencji, gdy gest, grymas czy cień powodują, że zdjęcie wyrywa rzeczywistości odprysk prawdy”. Wędrował też po żydowskim cmentarzu na warszawskiej Woli i stworzył równie niepowtarzalny fotograficzny wizerunek zmagania  wytworów ludzkiej pamięci z przemijaniem i zapomnieniem.

Nic dziwnego, że zainteresowała go również twórczość Bruno Szulca, w której owo  stykanie się materii i transcendencji stanowi „ideową” dominantę. Podjął więc próbę przeniesienia rekwizytów i klimatu Ulicy Krokodyli do współczesnej rzeczywistości i oddania, za pomocą fotografii, tego co prezentował –  jawnie i między wierszami, ukrycie, pozostawiając pole refleksji czytelniczej, autor „Sklepów cynamonowych”. Wybrał ulicę Chmielną jako współczesny odpowiednik drohobyckiej ulicy Krokodyli (w rzeczywistości była to najprawdopodobniej ulica Stryjska), przemierzając cały szlak – odcinek między Nowym Światem a Marszałkowską (w latach słusznie minionych ten fragment nosił nazwę ulicy Rutkowskiego) i zapuszczając się na „Dziki Zachód”, za Pałacem Kultury i Nauki, aż w okolice dawnego Dworca Głównego  i rupieciarni kolejowej między stacjami Główną i Zachodnią (spora część  Ulicy Krokodyli poświęcona jest rozważaniom o kolei żelaznej i jej pasażerach).

Wystawę trzeba odczytywać poprzez pryzmat prozy Szulca i dobrze się stało, że jej autorzy przeplatają fotografie fragmentami interesującego nas rozdziału. Zaryzykuję jednak przewrotną tezę – warto czytać Ulicę Krokodyli, zdanie po zdaniu, ilustrując je fotografiami Miszułowicza, choć pozornie nie dotyczą one tej samej rzeczywistości, ale pozornie tylko, bo wszak esencja obu narracji pozostaje taka sama.

Otwarcie wystawy w Domu Literatury miało miejsce 19 listopada, dokładnie w rocznicę tragicznej śmierci Szulca. O tym, jak zginął, krążą różne relacje. Bodaj najbardziej zgodną z rzeczywistością jest ta, że wyszedł z Judenratu w Drohobyczu po chleb i został przypadkowo zastrzelony podczas akcji gestapo  mordujących Żydów w odwecie za postrzelenie Niemca. Nie znane jest miejsce pochówku, być może spoczywa w zbiorowej mogile; taki był los wielu Wielkich.

Jeden z egzegetów jego twórczości Jerzy Ficowski twierdził, że przełożenie prozy Szulca na język filmu lub teatru jest niemożliwe. Miszułowicz  uważa, że autor „Sanatorium pod Klepsydrą” przemawia obrazami i chodzi teraz o to, by odszukać, podpatrzyć i uchwycić na czarnobiałej fotografii obrazy, jakimi operował. I zrobić coś więcej – znaleźć symboliczny wymiar  rekwizytów i scen i utrwalić ten wizerunek w sekwencjach zdjęć, nieważne  z jakiego czasu i miejsca pochodzą. Chyba się udało.

Wcześniej wystawa prac Krzysztofa Miszułowicza prezentowana była w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, gdzie towarzyszyła ekspozycji „Rzeczywistość przesunięta” poświęconej prezentacji biografii i dorobku twórczego Brunona Szulca – w  120 rocznicę jego urodzin i 70 rocznicę śmierci przypadające w tym roku.

Andrzej Żor

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com