Andrzej Lubowski: Jak dużo to za dużo?

Gdy część milionerów domaga się, żeby ich wyżej opodatkować, inni płacą sobie więcej niż wynoszą podatki ich firm. Pod względem nierówności dochodów Stany Zjednoczone plasują się za Kamerunem i Wybrzeżem Kości Słoniowej, a tuż przed Ugandą i Jamajką.

Kilkudziesięciu miliarderów obiecuje zostawić społeczeństwu większość swego majątku. Kilkudziesięciu milionerów apeluje do Kongresu, aby ich wyżej opodatkować. Te wspaniałomyślne gesty póki co ani nie zmieniają prawa, ani systemu wartości i zasad moralnych. Można by je co najwyżej potraktować jako symptom pożądanej refleksji nad stanem gospodarki i sposobem dzielenia się bólem kryzysu. Ale i taki wniosek może być przedwczesny.

Demokraci i Republikanie coraz rzadziej znajdują wspólny język, ale co do jednego zdają się ze sobą zgadzać. I jedni i drudzy wierzą, że trzeba obniżyć stopę podatków, jak płacą amerykańskie korporacje. A tu nagle okazuje się, że w przypadku wielu ogromnych firm, podatki jakie trafiają do skarbu państwa bledną w zestawieniu z tym, co trafia do kieszeni szefów tychże przedsiębiorstw.

Z ogłoszonego właśnie raportu, przygotowanego przez Institute of Policy Studies, a opublikowanego 31 sierpnia 2011 w „The Washington Post” wynika, że z setki najlepiej w zeszłym roku opłaconych prezesów, co czwarty, czyli dwudziestu pięciu, zarobiło więcej, niż wyniosły podatki całej firmy.  Średnia zysków tych 25 firm wyniosła w 2010 roku 1.9 miliarda dolarów. Znalazły się wśród nich General Electric, Boeing, eBay, Bank of New York Mellon.

Prezesi tych firm, powiedział jeden z autorów raportu, są szczodrze nagradzani za unikanie podatków. Osiemnaście z tych 25 korporacji prowadzi działalność gospodarczą w krajach uznanych za władze USA za raje podatkowe. Na przykład prezes Bank of New York Mellon, Robert Kelly, zarobił w zeszłym roku 19.4 miliona dolarów, podczas gdy jego firma uzyskała 670 milionów faktycznej refundacji podatkowej, ze względu na file zagraniczne. W czasie zgromadzeń akcjonariuszy prezes Kelly narzeka notorycznie na wysokie podatki w USA.
W 1970 roku przeciętna zarobków szefa w największych amerykańskich korporacjach była 28 razy wyższa niż przeciętna zarobków wszystkich pracowników. W 2005 roku skoczyła do 158 razy i dalej się wspina. Cytowany wcześniej raport Institute of Policy Studies szacuje, że w 2010 proporcja ta wyniosła 325 do 1..

Egalitaryzm nigdy nie był w Ameryce modny. Mało kto pomstował tu na rozpiętości dochodów, które gdzie indziej uchodzą za nieprzyzwoite. Lecz to się szybko zmienia, gdy miliony ludzi traci pracę, a współautorzy tej klapy wypłacają sobie i swym adiutantom gigantyczne premie.

Badania opinii publicznej wskazują już od ćwierćwiecza, że zdaniem przeszło 60% ankietowanych rozpiętości dochodów w Ameryce przekroczyły zdrowe granice. Stany Zjednoczone nie są jedynym krajem, w którym rozpiętości rosną – dzieje się tak w Wielkiej Brytanii, w Chinach i Indiach, ale trend ten widać najwyraźniej własnie w USA.

Po Wielkim Kryzysie, po trosze za sprawą Nowego Ładu, po części za sprawą silnych związków zawodowych, i ekspansji wysoko opłacanych przemysłów, takich jak stal czy samochody, a także w wyniku progresywnych podatków, luki w dochodach skurczyły się. Boom powojenny był dobry dla wszystkich. W latach 1947 – 1973 płace realne wrosły o ponad 80 procent, a dochody najbogatszych o prawie 40 procent. Do urawniłowki było wciąż daleko, lecz Ameryka stała się prawdziwym rajem klasy średniej.

Zaczęło się to zmieniać, dość nieoczekiwanie i początkowo niezauważalnie, w połowie dekady lat 1970. Przemysł, silna baza związków zawodowych, które wymuszały wysokie płace, zaczął tracić grunt. Stal przegrała konkurencję z Azją, potem przemysł samochodowy, pod presją Japonii, zaczął ostro ciąć koszty, także płacowe. Ewolucja od przemysłu do usług nie sprzyjała ruchowi związkowemu, który znalazł się w odwrocie, i nigdy się już nie odrodził.

Rozwarstwienie dochodów wzrosło, i to znacznie. Cięcia podatkowe administracji Busha spotęgowały przepaść między najbogatszymi i resztą Ameryki, choćby dlatego, że dywidendy i zyski kapitałowe są opdatkowany w sposób preferencyjny. Jak ostatnio przypomniał Warren Buffett, efektywna stopa podatkowa dla ludzi o skromnych dochodach jest często wyższa, niż dla milionerów.

Według badań ekonomistów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, w 1975 roku, na najbogatszą jedną dziesiatą procenta przypadało około 2.5% całości dochodów kraju. W 2008 roku udział ten wyniósł 10.4%. Dotychczas brakowało informacji na temat tego, kim są ci ludzie. Gwiazdy estrady? Słynni sportowcy? Przedsiębiorcy? Finansiści z Wall Street?  Okazuje się, że największą część tego towarzystwa stanowią prezesi firm, często z dość banalnych sektorów, takich choćby jak mleczarnie. Wśród ludzi tej najwyższej półki dochodowej, reprezentującej  jedną dziesiąta procenta, a są to osoby o rocznych dochodach powyżej 1.7 miliona dolarów, 41% pracuje poza sferą finansów, 18% w sektorze finansowym, 6.2% to prawnicy, 4.7% zajmuje się handlem nieruchmościami, a zaledwie 3% stanowią gwiazdy show-biznesu i sportu.

Z badań wynika także że zarobki szefów największych firm wzrosły w wyrażeniu realnym czterokrotnie w ciągu minionych 40 lat, podczas gdy zarobki 90% Amerykanów nie uległy w tym czasie żadnej zmianie, lub nieco spadły.

Według danych CIA, która posługuje się tzw. współczynnikiem Ginni, jako miarką nierówności, w USA nierówności dochodów są znacznie wyższe niż w Unii Europejskiej i W, Brytanii, i stawiaja Amerykę w towarzystwie ubogich krajów tradycyjnie znanych z gigantycznych rozpiętosci dochodowych – tuż za Kamerunem i Wybrzeżem Kości Słoniowej i tylko nieznacznie przed Ugandą i Jamajką.

W środku lata „The Washington Post” próbował zilustrować to zjawisko na konkretnym przykładzie. Prezes Dean Foods, dużej firmy mleczarskiej, Kenneth J. Douglas zarabiał, w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze 1 milion dolarów rocznie. Mieszkał w domu z czterema sypialniami na bogatych przedmieściach Chicago. Firma dała mu Cadillaca, płaciła składki za luksusowy klub golfowy. Prezes uważał, że żyje mu się świetnie i czasem nie godził się na podwyżki, jakie oferowała rada nadzorcza, twierdząc, że zbyt wysokie zarobki na świeczniku źle wpływaja na atmosferę w firmie.

Obecny szef tejże firmy zarabia 10 razy tyle (przypominam, zarobki dawnego prezesa podałem w formie zrewaloryzowanej – niminalnie zarabiał znacznie mniej niż milion), mieszka w willi za 6 milionów w pobliżu Dallas, ma 64 akrów ziemi w kuksusowym Vail w Kolorado, należy do czterech klubów, i ma do swej wyłącznej dyspozycji firmowy samolot Challenger 604, za 10 milionów dolarów.

Z analiz wynika, że to właśnie ewolucja przepychu w jakim opływają dzis szefowie firm jest jednym z podstawowych powodów rosnących rozpiętości w dochodach. ontrola nad zarządzaniem w wielu korporacjach zaczęła przechodzić w ręce charyzmatycznych wizjonerów. Ich cała uwaga skupiła się na tym, aby jak najszybciej i za wszelką cenę wywindować cenę akcji. Po to ich zatrudniano, z tego ich rozliczano.Rekrutacja na szefa zaczęła przypominać werbunek sławnego pilkarza czy koszykarza. Atleta miał przyciągnąć tłumy na areny. Szef firmy miał oczarować inwestorów.  Skoro słynny tenisista, bejsbolista czy koszykarz mógł zarobić kilkadziesiąt milionów rocznie, dlaczego nie należy się to komuś, kto napełnia kieszenie akcjonariuszy?
Obrońcy wysokich pensji korporacyjnych szefów twierdzą, że zarobki są dziś znacznie wyższe, bo firmy są większe. Tymczasem z badań przeprowadzonych w Massachussets Institute of Technology i w banku centralnym USA na danych sięgających wstecz do 1936 roku wynika, że w latach 1950 i 1960, kiedy firmy rozwijały się szczególnie szybko, zarobki na świeczniku pozostawały dość stabilne. Szalony wzrost zarobków zaczął się w latach 1970. A wówczas firmy rosły nie dlatego, że się rozwijały, ale dlatego że się ze sobą łaczyły. Był to początek masowej fali fuzji. I wówczas, powiada część ekonomistów, rozmyły się normy społeczne, które hamowały chciwość.

W systemie wynagrodzeń zmalało znaczenia płacy podstawowej a nabrały go premie i opcje: prawo zakupu akcji w określonym przedziale czasowym po z góry ustalonej cenie.  Rady nadzorcze mniej czasu poświęcały w ostanich latach funkcjom nadzoru, i stały sie bardziej towarzystwem wzajemnej adoracji, które wspólnie grywa w golfa, potakuje prezesowi, i rodziela hojne premie.

Zdaniem Johna C. Bogle, twórcy największego w Ameryce funduszu inwestycyjnego Vanguard, ważnym źródłem problemu jest fakt, że klasa menedżerska przejęła kontrolę nad gigantycznymi przedsiębiorstwami, w których ma nikłe udziały własne, zaś obowiązujący kiedyś moralny absolutyzm  – “są rzeczy, których po prostu się nie robi”-  zastąpił  moralny relatywizm -„skoro wszyscy to robią, to czemu ja miałbym być inny?”
Harold Geneen, prezes ITT, jednej z największych korporacji Ameryki, w wywiadzie dla Forbesa w 1975 roku powiedział, że nie zabiega o podwyżkę, choć być może jego wartość dla firmy jest sześć razy wyższa, niż jego zarobki. Nikt nie dostałtakiej podwyżki i nie ośmieliłbym się tego zrobić. A później ludzie nabrali śmiałości.
Niektóre firmy są skłonne hamować rozpiętości. Whole Foods, popularna sieć drogich w sumie sklepów spożywczych, stawia sobie za cel ograniczyć rozpiętość płac do 1:19. W 2010 roku średnie roczne zarobki wyniosły 37 tys. dolarów, co oznacza 705 tys. jako pułap płac. Ale pułap ten dotyczy płacy zasadniczej. Nie obejmuje premii ani akcji i opcji. Gdy się je doda, to okazuje się, że prezydent Whole Foods zarobił 4.6 miliona.
Dziś wielkie korporacje Ameryki niczym ogromną tajemnicę traktują dane obrazujące jak zarobki szefa maja się do przeciętnych w firmie. 81 znanych firm, w tym takie jak McDonald’s, IBM, General Dynamics czu American Airlines, lobbuje przeciwko propozycji obowiązkowego przedstawiania takich danych. W ubiegłym tygodniu propozycja takich zasad poległa w komisji Izby Reprezentantów.

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się 05.09.2011 w „Gazecie Wyborczej”

Andrzej Lubowski

Enhanced by Zemanta
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com