Kołtun nasz polski

Zdanie odrębne

15.03.2019

Jednym z ciekawszych eksponatów  Muzeum Wydziału Lekarskiego UJ jest kołtun (łac. plica polonica), czyli splot albo pęk włosów „sklejony łojem lub wydzieliną wysiękową  (z powodu wszawicy)”, który powstawał „na skutek braku higieny lub niekorzystania ze szczotki, lub grzebienia”. Sprzyjało mu „powszechne wśród chłopstwa noszenie czapki” oraz przesądy, według których posiadanie kołtuna „miało chronić przed chorobami i diabłem”, a jego obcięcie groziło zaburzeniami psychicznymi i ślepotą… Muzealny kołtun polski pochodzi z XIX wieku; jest okazały, długi na 1,5 metra i zapewne nie ma sobie równego w Europie, choć wcześniej był znany Germanom (Niemcy!). W Polsce rozpowszechnił się od końca XVI wieku, ale dotarł tu podobno ze wschodu (Rosja!). Musiał się jednak porządnie zadomowić, skoro Prusacy określali go mianem Weichselzopf (warkocz nadwiślański).

Walkę z nim rozpoczął krakowski lekarz Józef Dietl (1804-1878), który nie tylko wyjaśniał szkodliwość noszenia kołtuna, ale jego posiadaczom zakazywał wstępu do szkół, urzędów, korzystania z akcji dobroczynnych… Kiedy został prezydentem miasta, mówiło się, że opodatkuje kołtun (kołtuna?). Pomnik Dietla stoi dziś naprzeciw wejścia do krakowskiego magistratu. W tym samym czasie warszawski lekarz Aleksander Le Brun nakazał obcinać kołtun pacjentom przewidzianym do zabiegów chirurgicznych. Ci natychmiast zareagowali narracją, że doktor obcina fałszywe kołtuny, a obcięcie prawdziwego jest nieszkodliwe… Polak (zawsze!) potrafi wyjść z opresji.    

Niedługo po tym, kiedy lekarze wypowiedzieli wojnę owemu curiosum (łac. osobliwość, dziwoląg), w sukurs im przyszła dramatopisarka Gabriela Zapolska (1857-1921), która wpierw musiała podnieść kołtuna na wyższy poziom, czyli wprowadzić do literatury. Rozprawiła się z nim w dramacie Moralność pani Dulskiej, w której uwagę zwraca podtytuł – Tragifarsa kołtuńska. Ileż w nim treści; jest tragedia – gatunek nad wyraz poważny, jest  też farsa, czyli coś, co stoi niżej od komedii. Tragifarsa to odrębny byt sceniczny, który łączy światy leżące na przeciwstawnych biegunach. Może to polska specjalność, a może nie; Rosjanie też mają porzekadło: i straszno, i smieszno, a więc tak jak w naszej tragifarsie.

Zapolska oparła się na obserwacji ówczesnego mieszczaństwa, pogardliwie nazywanego także drobnomieszczaństwem. W języku tamtej epoki i później pojęcia: kołtun, kołtuneria czy kołtuństwo – funkcjonowały już w  znaczeniu społecznym. W dobie realnego socjalizmu zastąpiono je ‘wrogiem klasowym’, a dziś, w ‘wolnej Polsce’ prawie wyszły z użycia. Na marginesie; dystynkcja pojęciowa: kołtuneria (jak cyganeria, kawaleria, koteria itp.) to pewna zbiorowość, rodzaj towarzystwa; natomiast kołtuństwo to zbiór cech charakterystycznych dla ludzkiej postawy, typ charakterologiczny czy rodzaj zachowań. W czasach Zapolskiej odnoszono je do moralności prywatnej, a właściwie do jej braku. Oto służąca zatrudniona w mieszczańskim domu nie tylko wykonuje ciężkie prace fizyczne, ale świadczy seksualne usługi młodemu paniczowi. Kiedy zachodzi z nim w ciążę, natychmiast zostaje uznana za niemoralną i pozbawiona zajęcia. W jej obronie staje ciotka, która wmusza na państwu Dulskich pewną sumę pieniędzy, które przydadzą się przyszłej samotnej matce. Kołtuńska moralność prywatna przekłada się w dramacie na moralność publiczną, ponieważ jedna klasa (warstwa) społeczna krzywdzi drugą, demoralizując ją zarazem.

Istotę kołtunerii vel kołtuństwa, które w języku polskim mają ponad 140 (!) synonimów, oddaje następujące zdanie sztuki: „na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział”. Od napisania tych słów minęło sto lat, ale dla polskiej mentalności nie ma to znaczenia. Najświeższy przykład: były dziennikarz TVP, nie mogąc zainteresować nikogo patologiami, jakie dzieją się telewizji narodowej, przewrotnie zwanej publiczną, wysłał petycje do Komisji Weneckiej, Komisji Europejskiej i PE. Natychmiast spotkał się z atakami i zarzutem, że ‘pierze swoje brudy w europarlamencie’, czyli na zewnątrz. Od trzech lat to samo władza zarzuca sędziom, posłom opozycji, ludziom pióra, artystom, całej liberalno-lewackiej elicie – wszystkim, którzy mają odwagę mówić, że w Polsce demontuje się ustrój demokratyczny. Mówienie o tym jako o praniu brudów pokazuje dobitnie, jaki jest stosunek władzy do wartości, zasad i ludzi, występujących w ich obronie. Jest to klasyczny przykład obłudy, którą Stary Testament określa słowem faryzeizm; w Nowym – Chrystus zastąpił je metaforą groby pobielane… Grecy i Rzymianie nazywali to hipokryzją.

A oto kilka – powszechnie znanych – najnowszych przykładów kołtunerii czy kołtuństwa; są to tylko wybrane synonimy tych pojęć. Moralność i religijność na pokaz – politycy „dobrej zmiany” przedstawiają się jako ludzie „czystych rąk”, choć mają je ubabrane po łokcie… Rząd i część sejmu, regularnie ustawiają się w kolejce do komunii, by  potem szczuć na nie-swoich; chciwość i zachłanność – „te pieniądze nam się po prostu należały”; cynizm i gra pozorów – „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”; bezwzględność – „nikt nam nie powie że czarne jest czarne, a białe – białe”; ograniczenie intelektualne – kiedy na komisji śledczej jest mowa o carycy Katarzynie, ważny poseł-polityk pyta o jej nazwisko; pogarda – drugi sort, bakterie, insekty, komuniści, pasożyty, pierwotniaki, złodzieje, zomo, nieustępliwość – bezskuteczny protest niepełnosprawnych w sejmie; pycha – „tak, jesteśmy dobrymi panami”; szyderstwo – ‘nauczyciele zarabiają prawie tyle, co posłowie’, ‘nie muszą żyć w celibacie, mogą dostać pieniądze’; insynuacja – „Polska jest dziś chora (…) chore są elity i chory jest cały naród” (to ważny arcybiskup przed wyborami w 2015 r.); przewrotność (łac. perversio) – „dziecko lgnie (…) zgubi siebie samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” (ten sam arcybiskup) …     

Synonimy kołtuna, kołtunerii czy kołtuństwa można wyliczać do znudzenia. W tym zakresie jest to felieton interaktywny, ponieważ zachęca łaskawego Czytelnika do współpracy z autorem. Dla elegancji tudzież w ramach łagodzenia języka wypowiedzi możemy się zgodzić na zastąpienie słowa kołtun polski odpowiednikiem polski splot (pukiel). Jego trwałe właściwości, które na każdym kroku demonstrują rządzący państwem i Kościołem, mają przemożny wpływ zarówno na politykę, jak i moralność. Jednak tym razem moralność publiczna przekłada się na moralność prywatną. Odwieczne „przymioty” naszego splotu narodowego – jak nigdy dotąd – stały się udziałem zwykłego obywatela, który bierze przykład z ludzi władzy – świeckiej i duchownej; wszak przykład idzie z góry

We współczesnej demokracji medialnej demoralizacja dokonuje się błyskawicznie i na niespotykaną dotąd skalę. Wystarczy, że najważniejszy człowiek w państwie wypowie jedno nienawistne słowo: kanalie, a ono – zmultiplikowane – w momencie staje się własnością milionów… Te natychmiast dają wyraz – dotąd skrywanym – ciemnym stronom własnych osobowości w postaci hejtu. W ten sposób polityk osiąga swe krótkowzroczne cele, a ludzie – często po raz pierwszy w życiu – czują się dowartościowani. Wreszcie mogą: podnieść głowy, wstać z kolan, uczestniczyć w podziale dochodu narodowego etc., wszak dostąpili godności pierwszego sortu; poza tym stoją za nimi dwie potężne siły – państwo i Kościół.   

Jak się rzekło, polski splot (kołtun) nie jest już przypadkiem medycznym. W I połowie XXI wieku trzeba go rozważać w kategoriach społeczno-kulturowych, tudzież historycznych. Mija bowiem sto lat od momentu, kiedy udało nam się wybić na niepodległość. Teraz przyszedł czas, kiedy jako społeczeństwo powinniśmy wypracować w sobie obywatelskość. W przeciwnym razie będziemy skazani na partyjność – jedną z narodowych wad.

                                                                                                      J S

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com