Marian Marzyński: Żądza konsumpcji

2012-11-24. Urodziłem się w Polsce, w której brakowało towarów. Pisarz Kazimierz Brandys nazwał to “żądzą konfekcji”, mieliśmy wtedy fioła na punkcie ubierania się: garnitur z francuskiej alpaki, koszula, żeby się nie gniotła, sukienka ze sztucznego tworzywa, (która by dziś taką założyła?), Nieprzemakalne, nylonowe płaszcze (dziś trujące środowisko), a ponad wszystko włoskie “szpilki”, bez których dziewczyna nie miała szansy. Posiadanie “zagranicznych ciuchów”, było jednym z elementów szczęścia w miłości.

43 lata temu przeniosłem się do krainy konsumpcji, w której coraz bardziej zażenowany tkwię do dzisiaj

Pisze o w dniu składania podziękowań (dziś ludzie zamiast hi! pozdrawiają się “happy thanksgiving”), jest to dzień oczyszczania duszy i zanieczyszczania ciała, przed którym zarzyna się armie indyków (obliczam ja, na co najmniej 10 milionów sztuk); tylko jedna parka pozostaje przy życiu ułaskawiona w Białym Domu, po raz pierwszy przez JFK, a po nim każdego następnego prezydenta.

W tym dniu społeczeństwo amerykańskie dzieli się nie na tych, co biali albo czarni, bogaci lub biedni, wykształceni lub nie, religijni lub bezwyznaniowi, wysoko lub nisko urodzeni, ci od własnej płci i ci od płci przeciwnej, ale na tych, co indyka mają w piekarniku i tych (na ogół rodzina, którą widziało się ostatnio na poprzednim thanksgivingu), co przysiada się do ich stołu.

Wszystko jest dziś zamknięte, ale w mojej dzielnicy otwarci są Chińczycy udający Japończyków, którzy (gdy to piszę) podają mi “sashimi combo”, żebym tym niskokalorycznym posiłkiem stworzył sobie barierę przed czekającym mnie atakiem zaprzyjaźnionej rodziny. Przy ich oblanym tłuszczem i posypanym cukrem gościnnym stole ja zabawię się w degustatora: po jednym widelcu z każdego dania.

Ilość jedzenia, jaka zmarnuje się w tym dniu, przechodzi wyobrażenia. Armia Zbawienia, która od dzisiaj dzwoni w swoje czerwone puszki, zakupiła pół miliona indyków dla bezdomnych i niedożywionych, a nie ma nic łatwiejszego niż zepsuć sobie żołądek bezpłatnym żarciem,

Inną atrakcją thanksgivingu jest jego klanowość; lubimy od czasu do czasu robić to samo, w tym samym czasie, daje to poczucie bezpieczeństwa i ucieczki od dylematu, „co robić?”, który tak często nas nawiedza w społeczeństwie gdzie duży jest wybór. Około 14: 00 wszyscy właściciele indyków zaczną je wyjmować z piekarników i sprawdzać, czy się dostatecznie zarumieniły, a ci, co się do nich “w gości” wybierają, zejdą do swoich samochodów, każdy z jakimś “pajem” w ręku, owiniętym srebrną folią, na ogół dyniowym z bita śmietaną, na drugim miejscu szarlotka, do której gospodarze dodadzą później pajdę lodów.

Nie później niż o 16: 00 gospodyni postawi na stole indyka (-czkę), gospodarz będzie go nożem dziobał, a przy stole zacznie się ta sama rozmowa co rok temu: ile miał (a) funtów, koszerny czy nie? Pani dom będzie narzekać, że albo prze – albo niedopieczony, albo nie dość soczysty, goście będą protestować, że jak w sam raz, a z czego jest nadziewka? A jak już ptaka podzieli się na części – jednocześnie otworzy się ćwierć miliarda amerykańskich ust i otyłemu narodowi zacznie przybywać miliardów dodatkowych kalorii.

Ale to tylko pierwszy akt święta dziękczynienia, drugi zacznie się przed północą, o tej samej porze, gdy w noc Bożego Narodzenia dobrzy chrześcijanie udają się na pasterkę. Miliony Amerykanów odejdą od swoich wypasionych stołów i popędzą pod wielkie sklepy, a tam zatrzymają ich policyjne bariery, chroniące wielkie szyby przed naporem tłumu.

W tym miejscu przypomina mi się zatrzymana klatka z mojego krótkiego filmu “Licytacja” nakręconego w Warszawie, w roku 1965. W zajezdni tramwajowej ma się zacząć licytacja towarów zostawionych w tramwajach i autobusach: najwięcej jest parasolek, ale są też torby i walizki z ubraniami, damskie torebki, a nawet zegarki. Licytator (wiekowy, z czasów przedwojennych, bo w socjalizmie ich nie było, taką walkę o posiadanie towarów nazywano “podziemiem gospodarczym”,) wchodzi na stół i daje znak na otworzenie podwójnych drzwi. Wtedy rusza klatka mojego filmu i na salę wlewa się tłum, wszyscy chcą zająć miejsce w pierwszych rzędach, kilka osób pada na kolana pod ich stopami.

Wracam do: „czarnego piątku”, w czasie którego przez 24 godziny sprzeda się w Ameryce przecenionych towarów za ćwierć miliarda dolarów. Będą to pierwsze zakupione prezenty na święta Bożego Narodzenia, które w tym kraju ani z bogiem ani z jego narodzeniem nic wspólnego nie mają. Świętować będzie żądza konsumpcji.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com