Tadeusz Kwiatkowski: Ukrzyżujcie go wreszcie prawidłowo

15.04.2019

Krucyfiks to uniwersalny symbol zniewolenia umysłu. Widomy znak żywej obecności panoszącego się w świecie od bez mała 1500 lat bękarta dogmatu, spłodzonego przez strach o zachowanie władzy, któremu matkuje rozleniwiona suka, ignorancja. Choć w rozpowszechnianej przez chrześcijan opinii obraz ukrzyżowanego ma odzwierciedlać przejście na wyższy poziom egzystencji, w istocie stanowi obelgę rzuconą wszystkiemu, co rzekomo przyświecało ziemskiej wędrówce żydowskiego cieśli. Już sama forma wizerunku zmusza krytycznie rozumującego człowieka do stawiania pytań, o ile oczywiście jego uwarunkowane religijną tresurą „bezpieczniki” przedwcześnie nie wyłączą procesu dociekania istoty rzeczy.

Sam sposób uśmiercania powstał prawdopodobnie w Persji, na długo przed tym, nim Rzym począł pretendować do miana mocarstwa. Żydzi znali (Księga Powtórzonego Prawa 21, 22-23) i przeprowadzali egzekucje przez wieszanie na palu, ale na pewno nie było to źródło inspiracji dla pomysłodawców krzyżowania. W późniejszym okresie według prawa żydowskiego zbrodniarze byli uśmiercani przez ukamienowanie. To o tyle istotne, że śmierć na krzyżu będzie jednym z głównych motywów przewijających się w antyżydowskiej (jeszcze nie antysemickiej, pozbawionej bowiem wątków rasowych) retoryce okresu ekspansji chrześcijaństwa (już pod postacią dominującej religii państwowej) rugującego konkurencję.

Procedura krzyżowania pozostawiała katom spore pole dla wyobraźni. Śmierć mogła nadejść w ciągu kilkudziesięciu minut lub dopiero po dwóch, a nawet (o ile skazaniec był naprawdę wytrzymały) trzech dniach. Krzyżowano na niskiej (około 2,0-2,5 m) konstrukcji w kształcie litery T. Choć Palestyna za czasów Jezusa pokryta była jeszcze częściowo lasami, drewno stanowiło już wtedy materiał deficytowy, dlatego zarówno poprzeczna belka (doraźnie wykorzystywano w jej zastępstwie grube konary lub wiązki kilku splecionych ze sobą gałęzi), którą ofiara zazwyczaj przenosiła w miejsce kaźni na własnych barkach, jak i wkopany uprzednio na miejscu egzekucji kwadratowy pal, były wykorzystywane wielokrotnie. Podobnie kute, grube gwoździe o kanciastych, bądź płaskich główkach. Ich wytworzenie pochłaniało zbyt wiele czasu i cennego surowca, aby siać nimi beztrosko nawet na potrzeby wymiaru sprawiedliwości. Zatem Jezus w drodze na Golgotę nie targał ze sobą całego krzyża, jak też nie bujał w obłokach. Nogi ofiary nierzadko znajdowały się w tak niewielkiej odległości od ziemi, że aby je przybić, trzeba było zmusić skazańca do ich podwinięcia. Choć Rzymianie zwykli wystawiać straże przy ukrzyżowanych, to bywało, iż w pobliżu uwijały się wygłodniałe psy zainteresowane dostępem do stóp i łydek, co konającym zapewniało dodatkowe atrakcje. Na miejscu wcześniej czy później pojawiały się też padlinożerne ptaki. Fetor przywabiał zapewne roje owadów.

Zgodne z relacjami historycznymi są również informacje o poprzedzających właściwą egzekucję torturach w postaci bicia i chłosty. Rzymianie stosowali w tym celu rzemienie zakończone ołowianymi kulkami, w których zastępstwie używano też czasem ostrych kawałków kości.

Aby utrzymać na krzyżu kilkudziesięciokilogramowe ciało, skazaniec był przywiązywany. Prócz nadgarstków i kostek pętano też czasami biodra oraz przeciągano powrozy pod pachami. Czyniono tak, zwłaszcza gdy nie stosowano drewnianej podpórki dla stóp bądź pośladków (co w istocie przedłużało mękę). Najczęściej przebijano nadgarstki, nie dłonie. Jeśli idzie o stopy, to dziurawiono je w ułożeniu bocznym, tuż poniżej kostek. Przybijanie stóp od przodu (w ikonicznym ustawieniu jedna na drugiej) wygląda „ładnie” i nie jest niemożliwe z technicznego punktu widzenia, niemniej mało praktyczne (choć wymagało tylko jednego, to jednak bardzo długiego gwoździa, zaś utrzymanie spodniej stopy skazańca pod przebijaną w pierwszej kolejności musiałoby nastręczać nie lada kłopotu).

To wszystko rzecz jasna mało istotne szczegóły, mimo to warto o nich pamiętać, patrząc na wyidealizowany obraz śmierci na krzyżu (pomijam infantylne, ludowe mutacje wizerunku Chrystusa, przedstawiające go jako zniewieściałego, niebieskookiego blondyna o pokrytych różem policzkach i karminowych usteczkach). Jezusa nie spotkało nic, czego nie posmakowali przed nim inni. Gdy w 4 roku p.n.e. umarł Herod Wielki, wybuchło powstanie stłumione przez legiony Warusa, który wokół Jerozolimy kazał ukrzyżować dwa tysiące buntowników. W roku 71 p.n.e. wzdłuż Via Appia ukrzyżowano sześć tysięcy ocalałych członków armii Spartakusa. W rządzonej twardą ręką rzymskich prefektów Judei krzyżowano często, choć na ogół nie tak licznie jak w przytoczonych przykładach.

W tym punkcie warto się zastanowić nad kontekstem historycznym wydarzeń przedstawionych na kartach ewangelii.

Po pierwsze, mówiąc np. Ewangelia Marka, Łukasza czy Mateusza, mówimy nie o historii Jezusa, spisanej przez jego domniemanych uczniów, a o tekstach przypisanych imionom ludzi z jego otoczenia w II w. n.e przez chrześcijańskich propagandystów, dla których Jezus był już jedynie konceptem, osią teologicznych spekulacji i sporów. Wśród biblistów panuje zgoda co do tego, iż pierwsza spośród tzw. ewangelii synoptycznych była Ewangelia Marka, spisana prawdopodobnie około roku 70 n.e., a zatem blisko czterdzieści lat po śmierci Jezusa. Ze źródeł niezależnych, spoza kręgu powoli wyodrębniającego się z tradycji judaistycznej chrześcijaństwa I w., znane są jedynie dwa źródła wspominające Chrystusa. Pierwsze to zapis z „Dziejów dawnego Izraela” Józefa Flawiusza (co istotne, dzieło zachowało się jedynie w chrześcijańskich odpisach). Drugie to wzmianka w „Rocznikach” Tacyta. Niewykluczone, iż tekst przypisywany Flawiuszowi to fałszywka, mająca wypełnić uderzającą faktograficzną pustkę po Zbawicielu. Oba fragmenty są nader lakoniczne i wiedza, jaką przynoszą, to nic ponad to, że żył człowiek zwany Jezusem, zginął skazany przez Poncjusza Piłata, zaś po jego śmierci wyznawcy kontynuowali działalność, powołując się na przypisywane mu nauki. Już ten fakt powinien dać do myślenia.

Po drugie, okres rzymskiej okupacji przełomu tysiącleci, to dla Judei gorący czas sporów politycznych, spisków, wielu pomniejszych lokalnych buntów, oczekiwania na wypełnienie starotestamentowych proroctw. Po całej prowincji krążyli rozmaici rabbi, samozwańczy mesjasze, głosiciele proroczych wizji, etc. Do grona podobnych postaci zaliczyć wypada Jana Chrzciciela. W kraju roiło się od często skonfliktowanych, nierzadko uciekających się do przemocy sekt, mniej lub bardziej formalnych związków powstańczych itp. Grupy te nawzajem na siebie oddziaływały. Częścią tego procesu musiały być fluktuacje członków  pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami (istnieją hipotezy, że Judasz Iskariota był zelotą krążącym wśród ludzi otaczających Jezusa, być może sondującym możliwość pozyskania nowych członków dla swego bractwa). Na tym tle działalność Jezusa nie była niczym wyjątkowym.

Po trzecie wreszcie, wszystkie ewangelie zawierają stosunkowo łatwe do wyłuskania starotestamentowe paralele, mające powiązać postać Jezusa z zapowiedziami dawnych proroków. Np.: „Podałem grzbiet mój bijącym i policzki rwącym Mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem” (Księga Izajasza 50,6). Brzmi znajomo? Jezus pochodził z zacofanej, konserwatywnej Galilei. Znał dobrze starotestamentowy kanon. Czy jego wjazd na osiołku do Jerozolimy nie jest inscenizacją zapowiedzi Zachariasza (9,9)? Czyż Ostatnia Wieczerza to nie nawiązanie do Księgi Izajasza (25,6-9)? Piłat nie dostrzega w osobie Jezusa zagrożenia dla Rzymu, uznając go za niegroźnego fanatyka. Wobec takiego obrotu sprawy pada stwierdzenie: „Jestem królem Izraela”. Tego Piłat mimo uszu już puścić nie może. Gdyby zwolnił Jezusa, naraziłby się na zarzuty ze strony członków sanhedrynu, zaniepokojonych możliwością wybuchu kolejnej krwawej rewolty. Odpowiedni donos do władz w Rzymie mógłby prefektowi bardzo zaszkodzić. Wkraczając do stolicy podczas Święta Paschy i wygłaszając mowy o bliski nadejściu królestwa bożego, Jezus wyraźnie igra z ogniem, zaś postawa na obu procesach to już jawne poszukiwanie męczeństwa. Istnieją dwa (zresztą niewykluczające się) tłumaczenia takiego przebiegu wypadków: Jezus działał według z góry założonego planu, dążąc do śmierci lub opis jego działalności to historyzacja starotestamentowych proroctw, dokonana dziesiątki lat po opisywanych wydarzeniach na potrzeby raczkującej, walczącej o przetrwanie sekty, niemająca zbyt wiele wspólnego z faktami. Za tym ostatnim przemawia sposób przedstawiania postaci Odkupiciela. W Ewangelii Marka to jeszcze targany wątpliwościami człowiek, u Mateusza i Łukasza stopniowo przybywa opisów zjawisk nadprzyrodzonych, by swe apogeum osiągnąć w Ewangelii Jana, gdzie Jezus to właściwie byt całkowicie autonomiczny, transcendentny.

Jezus historyczny był nie tylko Żydem, ale przede wszystkim żydem, pisanym małą literą, czyli pełnoprawnym spadkobiercą tradycji religijnej Izraela. Obrzezanym, kultywującym wszelkie judaistyczne obrzędy, przestrzegającym praw i obowiązków zrodzonych na gruncie starotestamentowego monoteizmu. Żydzi przez wieki byli prześladowani przez ludzi co niedziela klęczących przed wizerunkiem żydowskiego rewolucjonisty i mistyka. To zaiste niebywała ironia losu, że dystansujące się od swych żydowskich korzeni chrześcijaństwo, ostatecznie wydało owoce w postaci krematoryjnych pieców.

Odrywanie ewangelicznych historyzacji od kontekstu czasów, w których powstały, to tak, jakby motywacje i działania np. Mahometa przekładać na kategorie myślenia współczesnych. Można, tyle że zawsze przynosi to opłakane rezultaty, jak wydanie wyroku śmierci na Salmana Rushdiego lub ludzie dyndający na latarniach Kabulu, których winą było słuchanie zachodniej muzyki.

Abstrahując od historycznych spekulacji, ciekawe jaka część prawosławnej, katolickiej lub protestanckiej klienteli zadaje sobie na serio pytanie o sens ofiary składanej przez istotę „nie z tego świata”, mogącej wedle własnego uznania kształtować rzeczywistość, posiadającej władzę nad śmiercią, kierującej się nie wiarą, lecz pewnością swego metafizycznego pochodzenia i posłannictwa? Według mnie taka „ofiara” byłaby pozbawiona jakiejkolwiek wartości. Wierzyć prawdziwie, to wystawiać się na dożywotnie męki zwątpienia. Nie ma wiary bez wątpliwości. Nieobecność zwątpienia to dowód obezwładniającej umysł i ducha ignorancji. Może dlatego „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Nikosa Kazantzakisa zostało wciągnięte na Indeks Ksiąg Zakazanych, zaś ekranizacja Martina Scorsese wywołała ogólnoświatowe protesty, podczas których wyjące tłumy skandowały: „Spalić ten film! Spalić tego reżysera!”.

Tak, Chrystus wątpiący to marny sprzymierzeniec religijnych geszefciarzy i akurat pod tym względem w ciągu ostatnich dwóch tysiącleci niewiele się zmieniło.

avatar

Tadeusz Kwiatkowski

Pedagog, publicysta

Rocznik 1977. Absolwent Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Jednostka głęboko aspołeczna. Przejawia objawy organicznego uczulenia na polski patriotyzm, pojmowany jako przekonanie o nadrzędnej roli Polski w historii, oraz tzw. polskiej racji stanu w stosunku do interesów Europy w dobie postępujących procesów globalizacji. Z przekonania i zamiłowania antyklerykał. Na razie, od blisko dwudziestu lat szczęśliwy mąż, od kilku również ojciec; od ponad dekady aktywny entuzjasta biegów długodystansowych.

Literatura:

  • Lesław Żukowski, „Największe kłamstwa i mistyfikacje w dziejach Kościoła”, FORUM SZTUK Dom Wydawniczy, Katowice 2001
  • John Dominic Crossan, „Kto zabił Jezusa. Korzenie antysemityzmu w ewangelicznych relacjach o śmierci Jezusa”, Książka i Wiedza, Warszawa 1998
  • Karlheinz Deschner, „Opus diaboli. Piętnaście bezkompromisowych esejów o pracy w winnicy pańskiej”, Agencja Wydawnicza URAEUS, Gdynia 1995
  • Biblia Tysiąclecia, wydanie trzecie, Poznań-Warszawa 1990
Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com