Andrzej Lewandowski: Lewandowscy…?

18.06.2019

ECHA WYDARZEŃ: Bardzo się cieszę z udanego memoriału Janusza Kusocińskiego. Na „ŚLĄSKIM”, drzewiej twierdzy piłkarskiej… 

Przypomnę tradycję — jeśli tam grali piłkarze, a w TVP zapowiadała pani Krystyna Loska — sukces był w zasięgu ręki… Teraz miejsce futbolu pomaleńku, ale w błyszczącym stylu przejmuje lekka atletyka. I bardzo dobrze, niech się wstydzi np. Stolica, z jej władzami samorządowymi oraz sportowymi, że się rozstała z tytularną królową sportów… Ministerstwo też jakoś za łatwo przyzwoliło…

A że materialnie pewnie „Śląski” — modernizacją doprowadzony do nowoczesności — może nie mieć tak dobrze, jak współżyjąc z piłką (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów; pękające w szwach trybuny, lawina reklamodawców) — też pewnie prawda. Ale z czasem, gdy np. zacznie wpadać Diamentowa Liga ze swoim dobrobytem, to i kasa spęcznieje… Zapewne, jeśli bowiem innym się opłaci…

Bardzo dobrze wypadła sztandarowo-pomnikowa impreza pod względem wyników sportowych. Komentatorzy już się pozachwycali, więc jestem oszczędny we wtrącaniu swoich trzech groszy. 

Było świetnie, po prostu. Odbija się TO w światowych rejestrach oraz powiewa optymizmem w roku mistrzostw globu i rok przed Igrzyskami. To nie turniej mający sławić pamięć o Papie Felu — dawniej światowy, dziś sportowo prowincjonalny…

Poziom więc świetny, obsada jak należy, do tego nasza czołówka wykazała się ładnym otwarciem ważnego sezonu. Frontem — jak się sloganowo mówi — szerokim. 

Płotkarka panna Karolina pokonała mistrzynię olimpijską, sprinterka panna Ewa dała dowody, że bariera 11 sekund na 100 metrów pewnie będzie atakowana, dwaj młociarze znów podyktowali styl oraz tempo, tyczkarze – niezmiennie blisko 6 metrów i tak dalej. Przegrała mistrzyni mistrzyń i rekordzistka zwycięstw — pani Anita, jej młot nie chciał polecieć „na zwycięstwo”, ale starała się atakować… A co działo się na rzutni kulą — to niebywałe. Jeśli wynik prawie 21,6 metra daje ledwie czwarte miejsce…

Ciekawie oraz obiecująco. Z tym że aspiracje — aspiracjami, ale wołanie o rozsądek też się przyda. Trochę rozpuściły nas mistrzostwa Europy i kibic żądny tylko zwycięstw mógł zapomnieć, że Europa to ledwie kawałek świata. Mistrzostwa globu oraz olimpijskie — poprzeczkę podnoszą w sposób naturalny, Memoriał parę razy tę prawdę oczywistą przypomniał. I bardzo dobrze, nic w tym z demobilizacji… Może raczej coś jeszcze wspomagającego nastrój ofensywny…

Ostatnie dwa słowa niech będą nitką nawiązania do Marcina Lewandowskiego. Oslo szykowało się do pewnego zwycięstwa rodaka w biegu na milę, wygrał Pan Marcin, dając na ostatniej prostej rywalom taką szkołę ataku, że pewnie długo nie mogli zapomnieć, co przeżyli.

Wynikiem 3:52,34 poprawił jeden z najstarszych rekordów Polski (3:55,40) należący do legendarnego Bronisława Malinowskiego. Od roku 1976!! 

GÓRĄ LEWANDOWSCY — nie tylko Robert w futbolu, który z niechcianego w rodzimych klubach stał się światową gwiazdą; także Marcin — średniodystansowiec (urodzony w 1987; temat pracy magisterskiej: „Roczny cykl przygotowań Marcina Lewandowskiego na dystansie 800 metrów”  Tomasz — brat oraz trener… 

Mila na bieżni to w ogóle ciekawy temat. Trudna to dla zawodników, choć niby bez powodu, bo jakże podobne do biegania na 1500 metrów. A jednak owo „prawie” czyni różnicę, bo ludzie przygotowani do dania z siebie maksimum – do metra i sekundy muszą szablon zmienić. 1 mila odpowiada 1 609,34 m. 

Dalej — konkurencja nieolimpijska, a latami jeden z najbardziej fascynujących świat sportu punktów lekkoatletycznego programu. Kiedyś w ogóle okazja do zdobycia światowej sławy, a nawet… wejścia do stanu szlacheckiego. Jak w przypadku Anglika Rogera Bannistera, który pierwszy w świecie uporał się w maju 1954 z barierą czterech minut, a potem jeszcze pomnożył sławę innymi sukcesami — tak, że został nagrodzony szlachectwem, a brytyjska mennica wypuściła w 2004 roku specjalną monetę 50-pensową z okazji 50 rocznicy rekordowego biegu.

Polscy biegacze bywali zapraszani do startu na milę. Zbigniew Orywał zapisał na koncie czas poniżej 4 minut, „łatający doktor” (Bannister też był lekarzem) – Stefan Lewandowski ( ma w Szczecinie ulice swego imienia) — ciut ponad tę barierę… 

Jest też … anegdota. Kiedyś na zaproszenie organizatorów podobno pojechał … Antoni Miller, kiedyś biegacz, potem trener, dyrektor departamentu sportu; człowiek dowcipny i błyskotliwy… Żartował podobno tak: „Chcieli milera, zapraszali, to mają… Millera”…

Czas finiszu. Żeby nie było tyle o Lewandowskich, choć nie ma to związku z nitkami rodzinnymi, więc o kumoterstwo proszę nie posądzać. A że miło, jeśli bliźni tak nobilitują nazwisko — prawda. Każdy „L” dzięki nim jakoś się może lepiej kojarzy?…

Co jeszcze? Siatkarki i siatkarze grają. Ze zmiennym — jak mawiają komentatorzy, szczęściem — ale w stawce najwyższej, i to się liczy. Pani Klepacka wciąż „ma wzięcie”, ale teraz nie za sprawą sportu, lecz prezentowanych poglądów. Są zwolennicy, są przeciwnicy – i niech sobie będą. Jedyne, co proponuję, by w dysputach światopoglądowych odpuścić sobie nutę sportową. Jako ciekawostka — zgoda, ale nie inaczej. Toż dla orkiestry mało ważne, czy wiolonczelista jest rudy, a druga skrzypaczka — blondynka… 

I jeszcze jedno. Nie trawię już opowieści Pana Roberta o Formule 1. Nie chodzi o to, że przegrywa. Ktoś musi przegrać, żeby ktoś wygrał; samo zaliczenie do stawki już jest czymś ważnym. Ale to biadolenie bez przerwy — na sprzęt, pecha, ludzi jakoś mi zaczyna bokiem wychodzić…

avatar

Andrzej Lewandowski


Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com