Jerzy Klechta: Stefan

Cały ten pierwszy okres do 56 roku, robiliśmy tę rewolucję własnymi rękami i wiedzieliśmy, że niektórych rzeczy nie wolno ująć w słowa. Być może też dzięki temu nie zostaliśmy aresztowani. Mówię o tym, bo właśnie temu bezpieczniakowi zawdzięczamy, że mogliśmy w ogóle funkcjonować. To było o tyle ważne, że jesienią 1956 rozwiązałem jako pierwszy w kraju na Uniwersytecie ZMP i założyliśmy, zgodnie z wezwaniem „Po prostu”, Rewolucyjny Związek Młodzieży. Potem zaraz to zrobiła Politechnika. W październiku, przed przełomowym VIII Plenum KC, założyliśmy z kolegami Studencki Komitet Rewolucyjny, który całą tę naszą rewolucję w Krakowie prowadził. Obaliliśmy Komitet Wojewódzki. Październik ’56 w Krakowie miał dosyć szczególny przebieg, ponieważ to my, Studencki Komitet Rewolucyjny, praktycznie rządziliśmy. Przydała nam się wówczas teoria rewolucji, która uczyła, że inteligencja musi sprzymierzyć się z robotnikami. I moi chłopcy, studenci, nawiązali kontakty z robotnikami. Ja sam miałem kontakt z przedstawicielem zrewolucjonizowanych robotników, Jasiem Szewczykiem, późniejszym mężem dziennikarki, Irki Tetelowskiej. To był bardzo inteligentny chłopak, który po studiach zrobił nawet doktorat. Nawiązaliśmy też kontakt ze zrewolucjonizowanym Komitetem Zakładowym Nowej Huty, na którego czele stał Zbigniew Jakus. Dzięki temu sojuszowi z robotnikami mogliśmy decydować.

W Studenckim Komitecie Rewolucyjnym byłem głównie tym od roboty. Mieliśmy znakomitego przywódcę, a jednocześnie świetnego mówcę, jakim był Benek Tejkowski. Miał zresztą piękny, znakomicie brzmiący głos i wiadomo było, że jeżeli Benek wystąpi, sala będzie nasza. Na jego przykładzie zobaczyłem, czym jest talent przywódczy, którego ja raczej nie miałem. Wyczuwał to, co publiczność chciała usłyszeć. Umiał jednocześnie zachować umiar. Gdyby chciał salę poprowadzić na barykady, to by poprowadził. Pamiętam taką najbardziej dramatyczną sytuację, kiedy bardzo radykalne elementy zorganizowały w kinie „Świt” swój wiec. Benek tam poszedł i doprowadził wszystko do ładu. Ja natomiast byłem raczej organizatorem. Nigdy nie pchałem się do przodu. Uważano mnie w rezultacie za machera, który stoi z tyłu i wszystkim zawiaduje. Przesadnie mnie oceniano. Ale pamiętam jak na dzień przed posiedzeniem plenum Komitetu Wojewódzkiego, na którym przeprowadziliśmy całkowitą wymianę egzekutywy KW, przyjechała do nas z KC towarzyszka Zemankowa z towarzyszem Jarosińskim (był jednak też szef wydziału administracyjnego KC, towarzysz Ochs). Pół nocy nas maglowali, żebyśmy poparli towarzysza Gabarę. W tym ogólnym zamieszaniu ja w pewnym momencie wyszedłem do drugiego pokoju, gdzie było tak zwane wecze. Oni tego nie zauważyli.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

Zadzwoniłem stamtąd do Zbyszka Jakusa i mówię: „Słuchaj, trzeba, żeby rano wiec robotników potępił towarzysza Gabarę”. I rano wiec w Nowej Hucie wezwał do usunięcia Gabary, potem ta Zemankowa strasznie się dziwiła: „Skąd oni wiedzieli, że mają potępić Gabarę?” A ja na to: „Teraz widać, jaką miał opinię”. Myśmy jeszcze wtedy nie wiedzieli, że to on żądał wcześniej naszego aresztowania, ale i tak nie był to człowiek, którego warto było popierać. Wybraliśmy chyba dobrą, jak na tamte czasy osobę – pierwszym sekretarzem KW został stary socjalista Bolesław Drobner, a sekretarzem propagandy zrobiliśmy Marka Waldenberga. Do egzekutywy wprowadziliśmy też Benka Tejkowskiego, mimomimo że ten nie miał do tego dostatecznego stażu partyjnego. Ale w końcu od tego jest rewolucja! Zresztą to ja zajmowałem się tym, żeby ją przeprowadzić. Od tego momentu przez dwa tygodnie Studencki Komitet Rewolucyjny miał władzę absolutną w Krakowie. Daliśmy lekcję tego, co można zrobić. Stefan Kisielewski powiedział kiedyś później, że trzeba się rozpychać. Rozpychaliśmy się.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com