Jerzy Klechta: Stefan

Nie miałem zamiaru być dziennikarzem, ale mieszkając już w Warszawie pojechałem w styczniu 1957 r. do Krakowa, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Zauważyłem, że po euforii związanej ze zwycięstwem tej naszej rewolucji, po wezwaniu uwolnionego kardynała Wyszyńskiego do głosowania w nadchodzących wyborach bez skreśleń, dla poparcia Gomułki, nastąpiło to, co nazywa się „odpływem fali rewolucyjnej”. Po powrocie napisałem o tym reportaż i dałem w redakcji Hance Bratkowskiej. Hanka siadła ze mną nad tym moim tekstem i udzieliła mi jedynej lekcji dziennikarstwa, jaką w życiu dostałem i która wystarcza mi zresztą do dziś. Zaczęliśmy najpierw skreślać zbędne przymiotniki, potem zbędne przysłówki, a na końcu skracaliśmy zdania tak, żeby nie było w nich za dużo „które”, „albowiem” czy „bowiem” itd. I żeby nie było za dużo słów na jedno orzeczenie. Po dwóch godzinach pracy tekst był gotowy – i poszedł na czołówkę numeru najważniejszej gazety kraju, z tytułem: „Odpływ”. I tak, z dnia na dzień, zostałem dziennikarzem. Mogę się pochwalić, że w dwa tygodnie później pojechałem w proszowickie do Łętkowic i nadałem tekst już dalekopisem z Krakowa – poszedł bez jednego skreślenia. Takie były moje początki w zawodzie.

Zaprzyjaźniałem się z warszawskimi kolegami z redakcji. „Po prostu” miało wspaniały skład ludzi. Oficjalnym szefem był Eligiusz, Lilek Lasota, ale decydujące role odgrywali Hanka Bratkowska (z domu Karczewska, żona reżysera teatralnego, Jana Bratkowskiego) i Ryszard Turski. Oraz – sekretarz redakcji, Stanisław Chełstowski.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

Wkrótce zaczęliśmy z Włodzimierzem Godkiem, apostołem naszej rewolucji, organizować ruch na rzecz samorządu. Zaczęło się właśnie od Proszowic, gdzie trafiłem na sekretarza Komitetu Powiatowego, Reguckiego, z którym zaczęliśmy myśleć o Towarzystwie Przyjaciół Proszowic i o samorządzie. Z tego narodziła się idea odbudowy, a na dobrą sprawę budowy samorządu, bo nawet przed wojną nie mieliśmy rozwiniętej takiej tradycji, wręcz przeciwnie. Moi przedwojenni profesorowie na Wydziale Prawa – administratywiści – nie byli zwolennikami samorządu. Obawiali się przed wojną, że wobec licznych mniejszości narodowych to najzwyczajniej w świecie wydrze młodemu państwu część władzy na ich korzyść. Chodziło zarówno o mniejszość ukraińską, jak i niemiecką, białoruską czy żydowską. Dlatego próbowano wmontować samorząd w administrację państwową. Natomiast naszą ideą było jednak uruchomienie samorządu, w miarę możliwości, niezależnego od władzy, takiego jak w Anglii (bez powoływania się na nią). Przez lata studiów czytałem co się dało, zwłaszcza warszawskie tłumaczenia Anglików.

Wtedy Włodek, olbrzymie chłopisko, wspaniały mówca i ujmujący człowiek, ojciec ogólnopolskiego ruchu Klubów Młodej Inteligencji, pojechał do swojego rodzinnego Nowego Sącza i porozumiał się z miejscowym sekretarzem Komitetu Powiatowego, Adamuszkiem. Z tego powstał tak zwany eksperyment nowosądecki, który poskutkował tym, że przez cały okres tak zwanego socjalizmu to miasto funkcjonowało jako rzeczywisty samorząd. Zapewne swojego poparcia i ochrony udzielał mu cichcem ktoś z najwyższego szczebla partii, pochodzący z tego regionu. W każdym razie Nowy Sącz rozwijał się całkowicie własnymi drogami. Doświadczenia tego samorządu nie znali już nawet nasi późniejsi ojcowie przełomowej reformy samorządowej roku 1990.

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Bogdan Miś 2019-11-23
  2. Bogdan Miś 2019-11-23
  3. PIRS 2019-11-24
  4. Obirek 2019-11-24
  5. Margaret P. Bonikowska 2019-11-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com