Jerzy Klechta: Stefan

W roku 1970 ogólna sytuacja w kraju była napięta. Powstała koncepcja gospodarcza „smalec czy garsonka”, czyli koncept, by podnieść ceny żywności i jednocześnie obniżyć ceny produktów przemysłowych, co naturalnie nie mogło dać żadnych rezultatów. Pamiętam, że w kwietniu odbyło się spotkanie dyskusyjne na ten temat, zorganizowane w Jabłonnej chyba przez PAN. Ja na nim powiedziałem, dosłownie, że jeżeli ten plan zostanie wcielony w życie, to późną jesienią dojdzie do krwawych zajść na ulicach miast polskich. Potem mnie pytano, skąd wiedziałem?

Żadnych planów zamieszek nie było. Kto jednak znał ówczesne realia, było to dla niego oczywiste. Ja byłem eksreporterem, znałem kraj od podszewki. Miałem jeszcze mnóstwo przyjaciół w środowisku robotniczym, więc wiadomo było z góry, jaka będzie ich reakcja. Mimo to profesor Józef Pajestka, główny promotor tego programu, przekonywał kierownictwo partii, że wszystko jest pod kontrolą. Jeszcze na trzy dni przed ogłoszeniem tego programu i decyzją o podwyżkach cen Jan Główczyk, ówczesny redaktor naczelny „Życia Gospodarczego”, w którym publikowałem, spotkał Pajestkę, i powiedział mu, że w redakcji są opinie, iż dojdzie do dramatu. Na co ten mu odpowiedział, że wszystko jest przygotowane i wedle ich wiedzy nic złego się nie stanie. Główczyk nam to powtórzył, ale my już i tak wiedzieliśmy, że dojdzie do katastrofy.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

W maju 1970 zacząłem pracować w „Życiu Warszawy”, dzięki pani Kazimierze Muszałównie, która prowadziła tam popularnonaukową kolumnę o nauce i technice, pt. Świat się zmienia. Odchodząc na emeryturę zaproponowała Korotyńskiemu, żeby wziął mnie do siebie na redaktora prowadzącego specjalny dodatek.

Tak powstała idea czwartkowego dodatku „Życie i Nowoczesność”. Nazwę tę wymyślił Stefan Olszowski, szef Biura Prasy KC, postać bardzo skomplikowana. Miał już wtedy na swoim koncie paskudne wystąpienia antysemickie z czasów marca ’68. Sam antysemitą nie był, robił to z całym cynizmem. Wyłącznie dla kariery. Był człowiekiem wybitnie inteligentnym i niemającym najmniejszych złudzeń na temat ustroju. Korotyński uważał go za mojego przyjaciela. Brało się to stąd, że w 1957 roku my, a właściwie mój brat, przeprowadziliśmy na zjeździe ZSP wybranie Olszowskiego prezesem ZSP przeciwko kandydatowi KC, który życzył sobie Stanisława Turbańskiego, szefa wydziału studenckiego Zarządu Głównego ZMP.

Potem moje kontakty z Olszowskim były sporadyczne, odnalazłem go jako sekretarza KW w Poznaniu, u Szydlaka – strasznie głupiego faceta – i złożyłem mu tam wizytę. To była już końcowa faza moich reporterskich doświadczeń, może nawet później. Rozmawialiśmy, jakbyśmy rozmawiali w 1956 roku – otwartym językiem, bez najmniejszych złudzeń na temat ustroju, na temat tego, czy coś da się zrobić, czy w ogóle oni coś zrozumieją i jeśli tak, to od czego to będzie zależało. Doszliśmy wtedy do wniosku, że jeżeli coś może się zmienić, to tylko przy jakimś następnym, masowym zrywie w rodzaju 1956 roku i że bez masowych wystąpień robotniczych nie można sobie robić złudzeń.

Z końcem lat sześćdziesiątych Olszowski objął Biuro Prasy KC, czyli był wszechwładny, jeśli chodzi o media. Korotyńskiemu musiał jednak powiedzieć coś sympatycznego na mój temat, bo ten cały czas traktował mnie jako jego przyjaciela. Trudno było sobie wtedy w Olszowskim wyobrazić jednak późniejszego reprezentanta „betonu” partyjnego.

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Bogdan Miś 2019-11-23
  2. Bogdan Miś 2019-11-23
  3. PIRS 2019-11-24
  4. Obirek 2019-11-24
  5. Margaret P. Bonikowska 2019-11-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com