Jerzy Klechta: Stefan

Zacząłem działać w Kolegium Towarzystwa Wolnej Wszechnicy Polskiej. Na czele tego Towarzystwa stał Adam Uziembło, były logik i generał więziony przez bezpiekę. W 1956 roku odegrał swoją ważną rolę, bo wyniesiony po tych wszystkich torturach na estradę, powiedział: „Żadnej zemsty, żadnej rozprawy, bo to się nigdy nie skończy!” Mieliśmy tam różne zajęcia, między innymi o samorządzie – chyba nawet z mojej inicjatywy.

Seminarium na ten temat prowadził nie kto inny jak Sylwester Zawadzki. Mówiliśmy o potrzebach i szansach samorządu w Polsce. W 1973 roku podczas tych właśnie zajęć, pod pretekstem rozbicia wielkich województw i zwalczania ówczesnych baronów wojewódzkich, jakimi byli pierwsi sekretarze KW, przemyciłem ideę mniejszych województw. Argumentem było to, że za czasów Polski przedrozbiorowej na Wielkopolskę składały się aż cztery województwa, co wcale nie przeszkodziło poczuciu tożsamości całej Wielkopolski. Biorąc pod uwagę doświadczenia francuskich departamentów, małe województwa były rozwiązaniem naturalnym. Tak narodziła się idea, z którą Sylwester Zawadzki poszedł do Gierka – już bez powoływania się na ludzi z „Życia i Nowoczesności” – i przekonał go, że bardziej efektywnie da się zarządzać państwem, złożonym z mniejszych województw mających bliższy kontakt z obywatelami. A przy okazji – rozbić potęgę „baronów” wojewódzkich, sekretarzy Komitetów Wojewódzkich partii. I taką reformę systemu administracyjnego przeprowadzono. Nie żadną „gierkowską”. Jeśli już, to Zawadzkiego. Oczywiście nie wiedzieli, że to był projekt Józefa Buzka, największego w historii administratywisty polskiego.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

W ramach Kolegium miało się odbywać kilka czy nawet kilkanaście seminariów. W 1977 roku zgadaliśmy się z Bogdanem Gotowskim, kiedyś wspaniałym redaktorem „Przeglądu Kulturalnego” i „Życia Warszawy”, moim przyjacielem, że byłoby dobrze, gdyby polska elita intelektualna zabierała głos nie tylko poprzez podpisy składane pod protestami i opiniami natury politycznej. Chcieliśmy ją trochę ożywić. Myśleliśmy o tym, żeby najzwyczajniej w świecie wykorzystać te wszystkie mózgi, jakie mieliśmy w swoim bliższym lub dalszym zasięgu, do merytorycznej oceny rzeczywistości i sytuacji w kraju.

Tak zrodziła się idea Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. Rok trwały rozmowy, które prowadził też trzeci inicjator, Andrzej Wielowieyski. Pamiętam takie spotkanie organizacyjne Kolegium, na którym byliśmy wraz z Bogdanem. Wszyscy mieli na nim zadeklarować, ilu na których zajęciach mają samodzielnych pracowników naukowych prowadzących zajęcia lub chętnych do udziału w tym przedsięwzięciu. Zgłaszano, że dwóch, trzech, wtedy myśmy powiedzieli, że mamy 61 (czy też 63). W tym momencie wybuchł najpierw huraganowy śmiech niedowierzania, a potem entuzjazm, że – Jak to? Co to znaczy? My też chcemy! Co oczywiście jeszcze rozszerzyło ideę Kolegium. To byli ludzie ze środowiska uniwersyteckiego, najzwyczajniej w świecie chodziło o to, żeby można było prowadzić seminaria na tematy pozapaństwowe. Nie pamiętam już całego programu zajęć w Kolegium. W każdym razie nasze Konwersatorium było po prostu jednym z wielu.

Bez Bogdana i Andrzeja Wielowieyskiego, który szybko do nas dołączył, DiP nigdy by nie powstał. Szczególne zasługi położył jednak Bogdan – uosobienie spokoju, taktu i kultury. W wieku lat 16 był w czasie wojny wykonawcą egzekucji z wyroków sądów podziemnych, czego nikt by w nim nie podejrzewał. Bezpieka, rzecz jasna, także nie. W rzeczywistości to Bogdan Gotowski odegrał decydującą rolę w uformowaniu DiPu, dzięki swoim osobistym kontaktom, delikatności i umiejętności rozmowy. Negocjacje były w tym przypadku niezwykle trudne, bo mieliśmy skupić samych indywidualistów, ludzi nawykłych do samodzielnej pracy lub też obracających się tylko w towarzystwie swoich wyznawców. Innymi słowy, wspólna praca i działalność na rzecz zrobienia czegoś istotnego, nie wchodziła, zdaniem naszego otoczenia, w rachubę. To, że ci ludzie zdecydowali się jednak razem pracować i coś robić, było swoistym fenomenem społecznym. Sprzyjał temu oczywiście nacisk sytuacji. Komitet Obrony Robotników potraktował nas wprawdzie jak rywali, ale motywem integracji środowiska DiPu było to, że trzeba robić coś, czego już KOR zrobić nie może, podbudować go wsparciem intelektualnym.

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Bogdan Miś 2019-11-23
  2. Bogdan Miś 2019-11-23
  3. PIRS 2019-11-24
  4. Obirek 2019-11-24
  5. Margaret P. Bonikowska 2019-11-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com