Jerzy Klechta: Stefan

Moje wczesne dzieciństwo było o tyle ważne, że w gruncie rzeczy ustawiło, ukształtowało mnie życiowo, zwłaszcza okupacyjne lata dzieciństwa. Na początku wojny mieszkaliśmy na Górnośląskiej, ale Niemcy zrobili tam dzielnicę niemiecką i dwa domy – numer 18, pod którym mieszkaliśmy, i 20 – zostały wysiedlone do kwartału wydzielonego z getta na Muranowie. Pod 20. mieszkali państwo Kaczyńscy z synkiem, moim wieloletnim przyjacielem, kolegą z kompletów, Adasiem Kaczyńskim, o niezwykłych talentach muzycznych, który pierwszego swego mazurka skomponował, mając 6 lat. Jego matka, piękna ciocia Lila (Alicja), uczyła mnie muzyki, ale wiedziałem, że Adasiowi nie mogę dorównać, co mnie nauczyło raz na zawsze skromności. Ciocia Lila na Muranowskiej prowadziła lekcje rytmiki, pisała sztuki dla teatrzyku dziecięcego i reżyserowała jego przedstawienia w naszym mieszkaniu. Mieszkali tam ponadto państwo Połtorzyccy, niesłychanie ciekawa rodzina, pan Ali, wyznania muzułmańskiego, znakomity bankowiec, dał córkom tatarskie imiona Zaira i Jeanette (z Jeanette przyjaźnimy się do dzisiaj). Trafili razem z nami na Muranowską 6; przez środek ulicy – jak w filmie „Ulica graniczna” – był mur, z tym że linia tramwajowa była po stronie aryjskiej, a po drugiej stronie getto.

Z naszych okien można było więc widzieć Plac Muranowski. Państwo Połtorzyccy przechowywali u siebie dziewczynkę, nazywaną „Gienia”, na szczęście nie miała semickiego wyglądu i kazano jej udawać głuchoniemą. To, że nie rozwalili wszystkich, to jakiś cud, bo naprzeciw naszego mieszkania na IV piętrze odkryli skład broni.

Nasze mieszkanie było ogromne, znacznie większe niż to, które mieliśmy na Górnośląskiej. Było tak duże, że 80-metrowy pokój frontowy był naszym pokojem przeznaczonym do zabaw. Ciocia Lila inscenizowała spektakle swoich Krasnych Babek. Obok mieliśmy z bratem swoją sypialnię. Był jeszcze salon, pokoje mamy i pokoje naszych ciotek Bratkowskich, sióstr ojca.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

Starsza z nich – ciocia Maniusia, która przed wojną założyła pierwszą żeńską szkołę rękodzielniczą w Polsce, tę na Kazimierzowskiej – prowadziła w czasie okupacji jedenaście szkół podziemnych. Obie ciotki całkowicie poświęciły swoje życie nauczycielstwu i nawet wyrzekły się małżeństwa dla tego powołania. Stykaliśmy się oczywiście z przyjaciółmi ciotek. W naszym mieszkaniu spotykała się też grupa, pracująca nad przyszłym nazewnictwem Ziem Zachodnich. Pamiętam dobrze salon, w którym to było. Należeli do niej ZET-owcy, którzy – jak się dowiedziałem później – już w czasie wojny założyli Polski Instytut Zachodni.

Mając lat niecałe dziesięć lat, wiedziałem co to był ZET, jaką rolę odgrywał; byłem wprowadzony w to bardzo dokładnie. To oczywiście oznaczało lekcję konspiracji. Wiadomo mi było, że przy mojej otwartości i gadulstwie mam pewnych rzeczy po prostu nie mówić. To była żelazna zasada, którą wpojono mojemu bratu i mnie na całe życie. To nam nigdy nie przeszkadzało i wszystkie nasze późniejsze konspiracje bardzo na tym korzystały. Co charakterystyczne, ja, który mam dobrą pamięć do cyfr, jednocześnie zupełnie nie pamiętam adresów. Oczywiście nikt mnie w tamtym czasie tego nie uczył, ale słyszałem w rozmowach dorosłych, że lepiej nie pamiętać adresów. To były dosyć istotne szczegóły edukacji okupacyjnej. Plus – zimna krew. Do dziś trudno mnie zdenerwować. Ludzkie trupy nosiłem później bez jakiegoś wahania.

Moje ciotki były zaprzyjaźnione z Pużakami. Sam Kazimierz Pużak, przywódca PPS, tropiony przez Niemców, pokazywał się od czasu do czasu w swoim domu, a ja w czasie powstania w getcie zostałem umieszczony na Grochowie u Pużaków, żebym nie oglądał piekła po drugiej stronie muru. Miałem już wówczas fioła na punkcie historii, dostałem od pana Kazimierza Historię starożytną Tadeusza Korzona, którą się w ich domu zaczytywałem.

Powiedział mi wtedy dosyć charakterystyczne zdanie: Stefanku, to jest początek historii Polski. Po dobrych paru latach zorientowałem się, co miał na myśli, o co chodziło. Korzon opisywał przede wszystkim republikę ateńską i republikę rzymską. Pamiętam też inne moje lektury tamtego czasu. W dużych pakach leżały w domu starodruki skupowane przez ojca w okresie międzywojennym w Niemczech, skąd wygrzebałem Żywoty sławnych mężów Plutarcha w tłumaczeniu Krasickiego z 1797 roku. Przeczytałem to z niesłychanym zapałem – mimo starej ortografii. Od cioci Lili dostałem książkę Syn wyzwoleńca, o Horacym, który – jak zawsze przeczytałem – zwiał spod Filippi. I przez lata nie mogłem nauczyć się czytać Horacego, bo pamiętałem, że to był ten tchórz, który uciekł z pola bitwy. Musiałem być już całkowicie dorosły, żeby docenić jego poezję. To były te elementy edukacji.

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Bogdan Miś 2019-11-23
  2. Bogdan Miś 2019-11-23
  3. PIRS 2019-11-24
  4. Obirek 2019-11-24
  5. Margaret P. Bonikowska 2019-11-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com