Jerzy Klechta: Stefan

3.KLAN PŁONĄCEGO POMIDORA.

Nazwaliśmy się Klanem Płonącego Pomidora, w skrócie Pomidor. Już sam skrót nazwy – KPP, był wyzywający, bo to była wówczas partia rozstrzelanych. Myśmy się wtedy dowiadywali rzeczy zupełnie koszmarnych. Takich, które dzisiaj – co dziwne – nie wracają w ogóle w rozmowach. Otóż była taka wystawa „Oto Ameryka”, która rzekomo została zmontowana z materiałów przywiezionych przez amerykańskich zrzutków. I odbył się ich proces.

A to byli dwaj oficerowie bezpieki, którzy po prostu odegrali ich rolę, także podczas procesu, który był relacjonowany dosyć dokładnie. Wydano wyrok, po czym tych własnych ludzi powieszono. Stopień perfidii i okrucieństwa niewyobrażalny. Krzysztof Kąkolewski odwiedził parę lat później w więzieniu słynnego „krwawego Franka” – reemigranta z tzw. Związku Młodzieży Polskiej Grunwald we Francji – który miał łapy jak bochen chleba. Kładli więźnia na ławę plecami do góry, potem kładli mu deskę na barki, a on walił w nią z całej siły, wywołując efekt zawału. Zwracano rodzinie ciało więźnia jako zmarłego na zawał, co w tych warunkach mogło być naturalne i wcale nie dziwne. „Krwawy Franek” opowiadał, jak szkolono go do walki z „wrogiem wewnętrznym”; wyuczono go takiej nienawiści, że musiał, jak mówił, „siłą się powstrzymywać”, by nie rzucić się na pierwszego podejrzanego towarzysza.

Dość szybko spostrzegłem, że jestem obserwowany. Wiedziałem, że ktoś mi się przygląda, sprawdza, gdzie chodzę itd. I wtedy właśnie – to klasyczny przykład tamtej epoki – zacząłem prowadzić fikcyjny dziennik. Snułem tam bardzo szerokie rozważania nad teorią rewolucji itd. itd. Poglądy miałem zdecydowanie pużakowskie – od Pużaka (Kazimierz Pużak – działacz socjalistyczny, poseł na Sejm II Rzeczpospolitej). Przeczytałem program radomski PPS z 1934 roku, który z dzisiejszego punktu widzenia, przykro powiedzieć, był stekiem idiotyzmów, i zauważyłem, że to była reakcja na Wielki Kryzys, który był całkowitą kompromitacją wolnego rynku, o czym dzisiaj się nie mówi. To nie było żadne „heglowskie ukąszenie”, a jedynie dedukcja z tego, co się działo, z katastrofy ustrojowej. To były czasy, kiedy gospodarka planowa, nie licząc oczywiście drobnej wytwórczości i drobnego handlu, była uważana przez starszych ludzi za jedyne praktyczne rozwiązanie dla tej części Europy. I te wszystkie moje przemyślenia opisywałem w tym dzienniku.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

W naszym klanie rozmawialiśmy o ówczesnej sytuacji, obserwowaliśmy, analizowaliśmy kolejne posunięcia partii i tak w pewnym momencie doszliśmy do koncepcji obalenia czerwonej burżuazji. Zastanawialiśmy się tylko, jak to zrobić? To, co miałem wbite do głowy, to kwestia pracy dla wspólnego dobra, a nie sam bunt, który nie był rzeczą wystarczającą. Ale nie prowadziliśmy żadnej działalności. Mało tego, nie prowadziliśmy i żadnej agitacji, broń Panie Boże. Wszystko ograniczało się tylko do kręgu Pomidora. Dość długo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to się może źle skończyć. Nie powiem, żebyśmy się też specjalnie ukrywali, bo to przecież była impreza czysto towarzyska. Spotykaliśmy się w różnych mieszkaniach. Benek i Sławek byli członkami egzekutywy podstawowej organizacji Politechniki, więc byli solidnie partyjnie ustawieni. Wydawało się, że dzięki temu nic nie może im się stać, że to jest jakaś osłona, więc i te nasze dyskusje nie powinny być groźne. W tamtym czasie wstąpiłem też do partii. Właściwie nie miałem najmniejszych wątpliwości, że trzeba. Po prostu po tym, co usłyszałem od Szpinalskiego, nie było żadnych innych szans na zmianę rzeczywistości, a my chcieliśmy na nią wpływać. Zostaliśmy sprzedani na następne sto lat – tak sądziłem- i trzeba było robić, co możliwe, w warunkach, jakie są.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com