Pospolity czyli vulgaris

Zdanie odrębne

25.02.2020

Od pięciu lat trwa zamęt pojęciowy… W Internecie pojawił się wywiad z nadwornym filozofem dobrej zmiany, platonikiem, platonistą, platończykiem i kim tam jeszcze…, który chwali się nową książką. Wyszła w języku angielskim, a jej polski tytuł brzmi: Tryumf człowieka pospolitego. Podobno „dobrze się sprzedaje” w Ameryce i ma entuzjastyczne recenzje, czemu akurat trudno się dziwić. Wszak prezydent tego kraju, a nasz najważniejszy sojusznik: „Skromność unieważnia narcyzmem. Wiecznie oczekuje poklasku. […] nie przestaje narzekać, że wszyscy są przeciw niemu”. Jego poprzednicy „byli czempionami dyscypliny. On jest impulsywny i chciwy. Oni zdobywali kobiety bez przemocy. On łapie za cipki. I co ważne: umie się tym pochwalić” – podaje jedna z poczytnych gazet.

W Polsce jakiś czas temu było inaczej; to, co pospolite, nie cieszyło się aplauzem, raczej je skrywano, było wstydliwe… Wszak patronował temu dramaturg, „który przejrzał nas na wylot”. Dość przypomnieć słowa Poety z Wesela:

tak by się nam serce śmiało
do ogromnych, wielkich rzeczy,
a tu pospolitość skrzeczy.

Wśród literaturoznawców utarło się przekonanie, że jest to wyraz dekadenckiego rozdźwięku między ideałem (marzeniami) a rzeczywistością, charakterystycznego dla inteligencji przełomu XIX i XX wieku. Tymczasem wymowa tych słów jest szersza – historyczna (nieudane powstania?) czy społeczna (egoizm klasowy?). Z biegiem czasu, może pod wpływem dr. Freuda, albo z powodu nieuctwa nasza mentalność wyparła pospolitość i zastąpiła ją słowem rzeczywistość. Nagminnie tak mówiono w czasach realnego socjalizmu. Rzeczywistość skrzeczy w wypowiedziach ówczesnych polityków, ludzi kultury, publicystów. Była przecież ułomna, zdefektowana, nadająca się do naprawy… Dzisiejsza, nowa elita też tak mówi; jest równie niedouczona, jak PRL-owska, więc nie ma kto prostować drobnego przeinaczenia; choć ono wcale nie jest drobne.

*

Łacińskie słowo vulgaris ma wiele znaczeń; dosłowne to m.in.: grubiański, ordynarny, prostacki, trywialny. Przenośnie znaczy – płytki, powierzchowny, uproszczony, ale też popularny, powszechny. Wszak terminem vulgata określano łaciński przekład Pisma św. z języków hebrajskiego i greckiego, który miał szereg mankamentów, a mimo to przez stulecia był podstawą tłumaczeń Biblii na języki narodowe. Najnowszym przykładem błędu Vulgaty jest fragment modlitwy Ojcze nasz, który brzmi: I nie wódź nas na pokuszenie… I znaczy, że to Bóg nakłania człowieka do grzechu; stąd próba papieża Franciszka zastąpienia go precyzyjnym przekładem.

*

W latach międzywojennych, a także po II wojnie intelektualiści i ludzie pióra mieli poczucie obowiązku wobec niższych warstw społecznych, angażowali się w podnoszenie poziomu życia codziennego; próbowali wpływać na zbiorową świadomość, sposób bycia rodaków, ich myślenie, zachowania itp. Zwykle wiązało się z eliminowaniem albo przynajmniej ograniczaniem tego, co pospolite i prostackie.

W czasach głębokiej komuny syn powstańca styczniowego, więzień Cytadeli, a potem Pawiaka, komediopisarz, publicysta i krytyk literacki Adam Grzymała-Siedlecki napisał książkę pt. Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim (1961). Przedstawił w niej kilkanaście sylwetek – współczesnych sobie – wybitnych postaci, poczynając od Sienkiewicza – na Paderewskim kończąc, które ukazał od strony powszedniości. Ci niepospolici, czyli niezwykli ludzie mieli swoje przywary, słabości, a nawet wady. Jednak przeszli do historii ponad swą zwyczajnością, stając się dla potomnych wzorcami: kultury, odwagi, patriotyzmu, poświecenia, przyzwoitości, roztropności, wyczucia, wrażliwości etc. Listę cech można uzupełniać po przeczytaniu książki… Podobne treści znajdujemy w pracy filozofa Tadeusza Kotarbińskiego pt. Medytacje o życiu godziwym (1966).

Kiedy pospolitość czasów PRL osiągnęła swoje apogeum, a nam wszystkim wydawało się, że to jedyne środowisko człowieka, dane raz na zawsze i niepodlegające zmianom, ukazała się książka Marii Dąbrowskiej: Przygody człowieka myślącego. Wydana pięć lat po jej śmierci (1970), opowiada dzieje polskiej inteligencji w okresie międzywojennym i podczas drugiej wojny. Tytuł książki iście kartezjański; wszak byt przygodny, jakim jest człowiek, to dla pisarki istota myśląca. Książkę Dąbrowskiej przypomniał mi poeta Janusz Szuber.

Mniej więcej w tym samym czasie Henryk Krzeczkowski (Herman Gerner), ojczym piosenkarki Anny German, żołnierz I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki i były oficer polskiego wywiadu we Włoszech wydał tom pt. O miejsce dla roztropności. Związany z warszawskim środowiskiem literackim przekładał literaturę światową: Goethego, Byrona, Conrada, Gravesa, Frazera – z angielskiego, niemieckiego, włoskiego, za co otrzymał nagrodę polskiego PEN Clubu. Pod koniec lat 70. szeroko dyskutowano zbiór jego esejów – Po namyśle (1977). Krzeczkowski był literackim autorytetem, a w latach 80. – „mistrzem prawicowej młodzieży”, z której niektórzy na starość przeszli do obozu dobrej zmiany…

Słowo namysł ma ponad 60 synonimów (jednym z nich jest roztropność) i dobrze wpływa na psychikę zarówno ludzi wykształconych, jak i prostych.

*

Przywołane tu książki łączy chęć, potrzeba, imperatyw podniesienia życia polskiego ponad to, co pospolite, powszednie, zwyczajne – w stronę niezwyczajności. I choć ta nie zdarza się często, trudno jednak odnaleźć się bez niej… Tamto peerelowskie życie było monotonne, estetycznie szare, etycznie czarno-białe, zawłaszczone przez jedną partię, przaśne i zaściankowe. Dzięki takim pisarzom, a przecież było ich więcej (dawno nieżyjący Witkacy, daleki Gombrowicz, bliski Mrożek), ówczesna pospolitość zyskiwała jakiś rodzaj ułomnej samowiedzy, zdobywała się na autorefleksję, a nawet na pewien snobizm, który wedle Stefana Żeromskiego niekiedy rodzi postęp… Siermiężny Polak tamtej epoki był jednak ciekawy tego, co niezwyczajne; miał potrzebę – od czasu do czasu – pooddychać innym powietrzem…

Wyrażało się to na różne sposoby – najczęściej w aspiracji do lepszego ubioru (projekty p. Hoff, kolorowe pończochy, skarpetki Tyrmanda), przyzwoitego buta, nakrycia głowy, wzrostu zużycia mydła i proszków do prania, naśladowanie zachodniego stylu … Widząc to, władza powoli otwierała kraj na świat, zezwalała na przekłady literatury pięknej i filozoficznej, dostrzegała potrzebę wprowadzania nowych technologii, stopniowo urynkowiała gospodarkę, doceniała znajomość języków obcych i tak dalej… Wszystko to w końcu zaowocowało przełomem ustrojowo-mentalnym po roku 1989, który wprawdzie pociągnął za sobą ogromne koszty gospodarcze i społeczne, ale per saldo pozwolił wrócić do normalności.

I oto po trzydziestu latach trudnego uczenia się świata na nowo, zdobywania w nim swego miejsca, a momentami nawet świecenia przykładem dla innych państw regionu – wracamy do siebie, do naszej odwiecznej pospolitości, prostactwa, siermiężności… Zaczyna nas uwierać europejski uniform, sposób bycia, myślenia, wypowiadania się… Inteligenckie pięknoduchy diagnozują, że to wina jednego człowieka, zawiedzionego bezkrwawą rewolucją, który uruchomił w nas złe instynkty. Ale przecież nie mógłby tego zrobić, gdybyśmy ich nie mieli; gdybyśmy nie byli bezrefleksyjni, bezczelni, kłótliwi, małoduszni, mściwi, naiwni, pazerni, zadufani w sobie, zabobonni, zawistni, pełni rzeczywistych i urojonych kompleksów, samozwańczo mesjaniczni, planujący rechrystianizację Europy itp. Można wyliczać, co komu przyjdzie do głowy…

*

Jak się rzekło, łacińskie vulgaris tłumaczy się na polski słowem pospolity. Ale z lenistwa, dla wygody czy innych względów słowa można nie przekładać, tylko je przysposobić, modyfikując fonetycznie – stąd polskie: wulgarny… Ma się wrażenie, że jest ono o stopień, albo dwa wyższe niż pospolity. Na przykład: spieprzaj dziadu (nieżyjący prezydent), maestro świniowatości (partyjny filozof o prezydencie Komorowskim), zdradzieckie mordy (prezes w sejmie o opozycji), bakterie i pasożyty (tenże o uchodźcach), ojczyznę dojną racz nam zwrócić Panie (aktualny prezydent na wiecu), czarne owce (tenże o sędziach), tęczowa zaraza (arcybiskup), zamknij mordę (obecna sędzia TK do zwykłej posłanki), bydło (inna posłanka koalicji rządzącej) itd. Może jakiś odważny językoznawca przygotuje Słownik wulgaryzmów PiS – z powołaniem się na osobę, miejsce, czas, kontekst wypowiedzi, wyrazu twarzy takiego człowieka pospolitego…

Trzeba się spieszyć, ponieważ wulgarne słowa zaczynają szybko zastępować wulgarne gesty, a w kolejce czekają niebezpieczne czyny i działania… Dla tych miarą czy granicą nie będzie już etyka, czy estetyka, ale prawo (jeśli będzie obowiązywać?), pokój społeczny, porządek publiczny, zdrowie i życie ludzi, byt państwa…

Kiedyś inteligencja, której czasem pomagał Kościół, potrafiła trzymać pospolitość w ryzach. Obecnie inteligencja i Kościół, stając się powoli pustymi nazwami, są nie tylko pobłażliwe dla pospolitości i prostactwa, ale je w pełni dowartościowują. Robią to cynicznie i bez żenady, ponieważ to, co pospolite stanowi podglebie większości nowożytnych rewolucji. Nie wymyśliły ich ani nie przeprowadziły masy; robiła to – w ich imieniu – wybrakowana inteligencja, dla której były tylko narzędziem demolowania wszystkiego, co same wcześniej budowały – z mozołem i przez długie lata. W chwilach słabości zbiorowości ludzkie dawały się ponieść hasłom, które w szybkim tempie niweczyły ich własny trud i wysiłek… Świadomość, że tak się działo i nadal dzieje, ma zwykle charakter spóźniony; taka jest prawidłowość dziejów.

*

Właśnie mija trzy lata (22 lutego), kiedy starzejący się zwykły poseł, który w sposób nieformalny, a więc towarzyski i klientystyczny (mafijny?) zarządza Polską, wypowiedział był znamienne słowa: „jesteśmy ludzkimi panami, bo jesteśmy panami”.

Nie wiadomo, czy zrobił to świadomie, naśladując boga Jahwe (Jam jest, który jest), czy ot tak sobie, z poczucia religijnej bezkarności. Jednak bycie „panem” obliguje, przymusza, zobowiązuje… Przede wszystkim do dawania przykładu, do prowadzenia swego rodzaju pedagogii ogólnej, kształtowania poglądów i postaw, o gustach nie wspominając. Tymczasem nasz przywódca i jego otoczenie nobilituje to, co pospolite. Ba, każe mu tryumfować! Efekt jest taki, że niezawisły sędzia, który występuje w obronie niezależności sądów, słyszy od mijanego przechodnia – „że śmierdzi”… Za chwilę zostanie pobity i ma tego świadomość!

„Pospolitość” to pojęcie abstrakcyjne – jak bezbarwność, nieskończoność czy wieczność; trudno określić jej desygnaty. Ale stare pochodne tego pojęcia: pospólstwo, gawiedź, motłoch, tłum – już łatwiej. Podobnie jak zupełnie nowe: bydło, zdrajcy, komuniści i złodzieje, czarne owce, kasta sędziowska etc. Polski zamęt wchodzi w nową fazę…

J S

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com