Zbigniew Szczypiński: Kryzys – próba bilansu

29.03.2020

Photo by Peggy_Marco on Pixabay

Czy to nie jest dobry czas na bilans, na próbę syntezy tego, co działo się w Polsce w czasie „dobrej zmiany”?

Nie ma już sensu analizowanie kolejnych posunięć rządzących, kolejnych coraz bardziej bezczelnych posunięć tej władzy. Dla niej nie ma żadnych granic, nie istnieją żadne hamulce, które mogą powstrzymać tę ekipę w dążeniu do całkowitego podporządkowania sobie wszystkich i wszystkiego.

Tyle o rządzących.

No to może o rządzonych, o „suwerenie” jak ich nazywa prezes wszystkich prezesów – Jarosław Kaczyński. Władza nie jest abstrakcją, ideą taką, jak piękno czy prawda. Władza to zdolność powodowania zachowaniami innych ludzi nawet wbrew ich oporowi – tak to zostało zdefiniowane w klasycznej teorii Maksa Webera. Jeżeli tak — a trudno odrzucić klasyka — to popatrzmy, jak to się stało.

Zaczęło się wyborem Andrzeja Dudy na prezydenta w 2015 roku i stało się początkiem procesów przejęcia władzy przez Zjednoczoną Prawicę a właściwie przez Jarosława Kaczyńskiego.

Andrzej Duda został zgłoszony na kandydata w wyborach prezydenckich przez Prawo i Sprawiedliwość bez wiary w sukces. Był słabo rozpoznawalnym, mało znanym człowiekiem. Nazwisko Duda kojarzone było powszechnie z Piotrem Dudą, przewodniczącym NSZZ „Solidarność”. W wyborach prezydenckich 2015 roku absolutnym faworytem był urzędujący prezydent Komorowski. Jego wygrana miała być oczywista, a reelekcja niczym niezagrożona. Pamiętamy i autora, i hasło o ciężarnej zakonnicy przejechanej na pasach jako warunku przegranej – skala surrealizmu zawartego w tym określeniu miała świadczyć o pewności wygranej urzędującego prezydenta.

Prezydent Komorowski jednak przegrał wybory, przegrał wyraźnie. Prezydentem został Andrzej Duda.

Wygrana w wyborach prezydenckich pomogła Zjednoczonej Prawicy w wygranej w wyborach do Sejmu i Senatu. To, że w wyborach tych uzyskała ona zdolność do samodzielnego rządzenia, było jednak następstwem decyzji lewicy, która poszła do wyborów w koalicji z Januszem Palikotem, co wyznaczało 8% próg wyborczy. Lewicowej koalicji zabrakło mniej niż pół procenta głosów, koalicja nie weszła do Sejmu a jej głosy, zgodnie z przyjętymi rozwiązaniami, przypadły zwycięskiemu ugrupowaniu. Jarosław Kaczyński uzyskał prawo do samodzielnego rządzenia, mając większość (nieznaczną) w Sejmie, większość w Senacie i „swojego” Prezydenta. Więcej już mieć nie można.

Rozpoczął się proces zawłaszczania państwa. Przejęte zostały media, Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa, Sąd Najwyższy, wymieniono prezesów sądów powszechnych i rozpoczęto wojnę przeciwko sędziom, sędziowskiej kaście, o której powołana przez rząd agencja mówiła w akcji billboardowej jako o komunistach i złodziejach.

Przekraczane były kolejne granice łamania prawa, łamania konstytucji. Premier polskiego rządu i pani marszałek sejmu jawnie ignorowali wyroki sądowe, Trybunału Konstytucyjnego, uwagi i zalecenia TSUE i innych międzynarodowych instytucji.

W Polsce liczyła się tylko wola jednego człowieka — prezesa rządzącej partii, niepełniącego żadnej funkcji w aparacie państwa, a nawet w sejmie, człowieka, który podejmując wszystkie najważniejsze decyzje, nie ponosi za nie konstytucyjnej odpowiedzialności. Systematycznie, krok po kroku stawaliśmy się satrapią, państwem autorytarnym, państwem, którym, z zachowaniem zewnętrznych oznak demokracji, rządził nie rząd, nie prezydent, nie sejm stanowił prawo. Wszystko to robił on – prezes wszystkich prezesów.

A co się działo po drugiej stronie, co się działo w społeczeństwie obywatelskim?

W społeczeństwie narastał opór. Jego skala nie była jednak wielka. W Polsce nigdy nie wystąpiły przeciwko działaniom władzy tłumy tak wielkie, jak mogliśmy oglądać to w innych krajach europejskich, choćby takie jak w Czechach czy Francji. Komitet Obrony Demokracji wystartował i dobrze się zapowiadało. Szybko jednak się okazało, że to falstart był, że jego lider to mały człowiek od małych interesów.

To, co po KOD — czyli Obywatele RP — to nie ta skala mimo pełnej determinacji i zaangażowania jej członków.

Pamiętamy Piotra Szczęsnego i jego dramatyczny apel – obudźcie się! Piotr umarł, a ludzie się nie obudzili.

Poparcie dla rządzących prawie nigdy nie spadło poniżej 40%, a w rankingach zaufania urzędującemu prezydentowi nie zagroził żaden inny polityk.

Władza kupowała poparcie pieniędzmi wypłacanymi wprost do ręki, mnożyły się programy wsparcia i bonusy w postaci 13, 14 premii. Podniesiono płacę minimalną, a zapowiedź dalszej jej podwyżki do czterech tysięcy, nierealnej i rujnującej gospodarkę, budowała społeczną świadomość — tak, to jest władza, która o nas dba, a ci, którzy ją krytykują, to są ci, co gdy rządzili, to o nas nie dbali — teraz jesteśmy za!

Nastąpiły znaczące przesunięcia na scenie politycznej, nastąpiły zmiany w świadomości Polek i Polaków. Polityka historyczna rządzących zmierza do wychowania nowego człowieka – członka katolickiego państwa narodu polskiego. Rosną w siłę ruchy narodowe, mamy w obecnym sejmie ich reprezentację.

Najliczniejszą demonstracją był/jest jak dotąd, Marsz Niepodległości organizowany przez jawnie faszyzujące organizacje i siły.

No to jak to będzie, teraz gdy zacznie się kryzys gospodarczy o skali trudnej do oszacowania?

Co będzie się działo, gdy pojawią się rzesze, milionowe rzesze bezrobotnych i pozbawionych szans na szybką poprawę swojego losu ludzi?

Mamy w Polsce do czego się odwołać, mamy w polskiej socjologii znakomite studiom polskiego socjologa „Ludzie zbędni w służbie przemocy”. To nie ma znaczenia, że ta analiza jest sprzed 100 lat, mechanizm wzrostu ruchów totalitarnych jest zawsze ten sam. Zdesperowanym ludziom łatwo jest uwierzyć w wodza, tego, który wszystko wie i wszystko może. Przypomnę – już teraz, na miesięcznicach smoleńskich, tłumy skandowały – „Jarosław – Polskę zbaw”!

Czy jesteśmy skazani na powtórkę z rozrywki?

Tak jak światowy kryzys ekonomiczny spowodowany pandemią jest pewny, ale nie do określenia w szczegółach, tak możemy przypuszczać, że w jego wyniku mogą powstać nowe, dotąd nieznane procesy społeczne i polityczne. Mogą wyłonić nowe, dotąd nieistniejące organizacje i instytucje międzynarodowe, mające moc decyzyjną przeciwstawiania się kataklizmom. Różnym kataklizmom epidemiologicznym, klimatycznym, każdym.

Oby tak się stało — a wtedy zło, jakie wylewa się na świat, stanie się zaczynem czegoś lepszego niż dotychczasowe reguły oparte na nieopanowanej żądzy zysku, zysku za wszelką cenę. Tak jak to jest obecnie.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com