Zdanie odrębne
09.04.2020

Niechęć do Oświecenia
Można ją obserwować od kilkunastu lat, kiedy na dwu polskich uniwersytetach w Krakowie i Warszawie dało się wyczuć mesjaniczne wzmożenie. Uległo mu najmłodsze pokolenie humanistów, głównie filozofów, których średnia wieku nie przekraczała czterdziestki. Podczas rządów koalicji liberalno-lewackiej zachowywali się trochę jak konspiratorzy, ale takie nasze historyczne dziedzictwo, albo obciążenie… Potem przeszli do ofensywy, czego wyrazem okazały się pisma młodych, afiliowane przy instytutach filozofii, takie jak: „Teologia Polityczna”, „Pressje”, „Czterdzieści i Cztery”, „Rzeczy Wspólne” i in.
Poza propagowaniem myśli mesjanicznej i jej aktualnych mutacji – na przykład dorobku polskiego papieża – można było w nich wyczytać niechęć do Oświecenia i powszechnego dziedzictwa tej epoki – np. ciepłej wody w kranie, która była solą w oku ich krakowskiego guru. Wszak Oświecenie, poza rozjaśnieniem umysłów zaczęło upowszechniać higienę osobistą, nieznaną ani trzem budrysom, ani zbójcom na drodze, nie wspominając o dziadach czy Grabcu. Ci zapewne myli się rzadko i od święta …
Trzecia już w polskiej historiografii idei gorączka mesjaniczna (drugą był neomesjanizm z początku XX wieku) to efekt niekonsekwencji w nauczaniu filozofii i odejścia od wskazówek największego z jej nauczycieli Kazimierza Twardowskiego (1866-1936), który postulował odróżnienie filozofii jako nauki – od światopoglądu, a mesjanizm traktował jako ten drugi. Korespondujący z nim inny filozof Henryk Struve (1840-1912), precyzował: „należy przede wszystkim wykluczyć przesadne mistyczne poglądy, które nadają filozofii polskiej jakieś znaczenie opatrznościowe i zarazem kierownicze w stosunku do całego pozostałego świata”[1].
Młodych to jednak nie obchodzi; pycha rozumu każe im widzieć zadanie filozofii w kierowaniu ludzkości ku jej prawdziwym przeznaczeniom, aby ludzkość ostatecznie zbawić. Głoszony przez nich mesjanizm integralny (jego wcześniejsze formy zapewne takie nie były!) ma za zadanie stworzyć albo odsłonić jakieś prawdy absolutne, które oni, młodzi otrzymali w depozyt; nie wiadomo od kogo i w jakim celu? Rojenia te zostawmy jednak na boku…
Atak na Oświecenie od lat prowadzi również polski Kościół – biskupi, a za nimi proboszcze i wikarzy. Nie pamiętają, że w epoce odsądzanej przez nich od czci i wiary był biskup, który odważył się kpić z próżniaczego życia mnichów, fałszywej pobożności wiernych, cynicznej polityki władców i wielu innych spraw. Biskup Ignacy Krasicki, bo o nim mowa, miał też wyobrażenie narodowej pedagogii i społecznej edukacji, którą Kościół prowadził od wieków. Głównie z braku rodzimego mieszczaństwa, głupoty szlachty i rozpasania oligarchii, niesłusznie zwanej magnaterią – jak zauważył Bronisław Łagowski[2].
Światłych biskupów było więcej np. bracia Załuscy – Józef, Andrzej i Marcin. Pierwszy – biskup kijowski, miłośnik ksiąg i bibliograf; drugi – biskup krakowski (sic!), prawnik i polityk; trzeci był biskupem płockim. Ogromny, liczący 400 tysięcy tomów księgozbiór rodzinny przekształcili w pierwszą w Polsce (jedną z pierwszych w ówczesnym świecie!) bibliotekę publiczną, znaną jako Biblioteka Załuskich, która dała podwaliny Bibliotece Narodowej. Po rozbiorach wywieziona do Petersburga stała się podstawą rosyjskiej Biblioteki Narodowej. Można domniemywać, że żadnemu z tych biskupów nie przyszłoby do głowy zwiększać liczbę nabożeństw, kiedy kraj ogarnia zaraza…
Oświecone umysły – przeciwstawne umysłom ciemnym – mieli też zwykli księża, na przykład z zakonu pijarów. Nazwy zgromadzenia nie należy kojarzyć z piciem, bo można się ośmieszyć, jak przy pytaniu o nazwisko Katarzyny… ale z pobożnością. Pius po łacinie znaczy pobożny, a w czasach polskiego Oświecenia pobożność wcale nie kojarzyła się z ciemnotą. Hasłem zakonu, który zajmował się wychowaniem i kształceniem młodzieży męskiej różnych stanów, było: Pobożność i nauka, z czego należy wnosić, że ta pierwsza nie kłóciła się z drugą, jak uważają natchnieni mędrcy naszych czasów. Podobnie jak niesprzeczne jest hasło Módl się i pracuj; dzisiaj kompletnie zarzucone…
Na czoło grupy światłych księży wybija się Stanisław Konarski, który dostrzegając potrzebę kształcenia elit, zreformował szkolnictwo średnie i wyższe, powołał do życia Collegium Nobilium, czyli nowoczesną wyższą uczelnię oraz napisał kilka pożytecznych książek. Inny pijar Onufry Kopczyński był autorem gramatyki polskiej, podręcznika do kształcenia nauczycieli oraz elementarza. Jego konfrater Bonifacy Jundziłł zajmował się przyrodoznawstwem, które wówczas nazywano historią naturalną. Zostawił po sobie prace naukowe z botaniki, zoologii, ornitologii; opisał florę i faunę Litwy. Proboszcz w Ciechanowcu, też pijar, Jan Krzysztof Kluk był uznanym botanikiem, zoologiem, autorem podręcznika geologii i mineralogii. Oświeconych kapłanów było znacznie więcej; nadawali ton ówczesnemu życiu naukowemu, a więc umysłowemu i społecznemu. Jednak nie o ilość tu chodzi, lecz jakość…
Współczesny Polak zapytany o światłych duchownych bez wahania wymienia dwóch: biskupa Pieronka i księdza Tischnera (może jeszcze celebrytę ks. Malińskiego). Jest ich oczywiście więcej, ale pędzą żywot uczonych gabinetowych. Natomiast twarzą duchowieństwa okazał się biznesmen-zakonnik z Torunia, właściciel koncernu medialno-edukacyjno-wydawniczego, który od lat nadaje ton Kościołowi w Polsce. Prowadzi go skutecznie – od katolicyzmu rzymskiego, powszechnego – w stronę polskiego, narodowego; nie daj Bóg państwowego! W ślad za nim idą biskupi, którym kiedyś wystarczał stopień doktora – teraz większość z nich to profesorowie z habilitacjami! Za nimi, jak za panią-matką podąża niższe duchowieństwo. Ilustracją tego procesu jest – dla przykładu – promocja doktorska na Wydziale Filozoficznym najstarszego polskiego uniwersytetu, sprzed czterech, może pięciu lat… Wśród szesnastu promowanych doktorów połowę stanowiło duchowieństwo katolickie! Tymczasem duchowny naukowo utytułowany wcale nie znaczy oświecony, chyba że chodzi o klerykalizację nauki, a humanistyki w szczególności. Przed laty Katalog systematyczny w Bibliotece Jagiellońskiej otwierał Marksizm-leninizm; dzisiaj – Filozofia i teologia. Kto nie wierzy, może sprawdzić…
*
Osią tych uwag jest pytanie, skąd się bierze – dominująca aktualny dyskurs – niechęć do Oświecenia. Wszak argumentów za tą epoką jest więcej niż przeciw; a w kontekście osiągnięć na wielu polach jego krytyka wydaje się miałka, słabo uargumentowana i niemerytoryczna. A jednak Oświecenie częściej jest potępiane, aniżeli brane w obronę; zwłaszcza kiedy się je zwiąże z masonerią – wrogiem numer jeden Kościoła. Wyjaśnienia tej kwestii próżno szukać w nauce; sięgnijmy więc do literatury: „Oświecenie zaczyna się wtedy, gdy człowiek traci wiarę w dobro i porządek świata. Oświecenie jest wyrazem nieufności” – czytamy w Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk, w podrozdziale 28, którego tytuł zawiera Kantowskie pytanie Was ist Aufklärung?[3]
Zdania te na pierwszy rzut oka szokują, ale kiedy się nad nimi zastanowić, uderzają trafnością. Przecież nie chcemy tracić wiary w dobro i porządek świata, wolimy być niedojrzali, ufni jak dzieci… Niepokoi nas, że „coś, co jest dobrze oświetlone, rzuca cień” – mówi jedna z bohaterek powieści. Człowiek boi się tego cienia, ponieważ wolałby światło bez zagadkowego dodatku, który zajmuje uwagę. Jest dwuznaczny – to się skraca, to wydłuża. Raz jest z prawej, raz z lewej strony; znika i znowu się pojawia… Angażuje wyobraźnię i pamięć, a przede wszystkim wolę; stale zmusza do myślenia, czyli posługiwania się rozumem. I rzecz najważniejsza – pozbawia złudzeń!
W sposób poważny, można by rzec dramatyczny, pisał o tym Błażej Pascal, dla którego nawet Bóg był problemem, skoro w sprawie jego istnienia uciekł się do słynnego zakładu. „Zważmy zysk i stratę, zakładając się, że Bóg jest. Rozpatrzmy te dwa wypadki: jeśli wygrasz, zyskujesz wszystko, jeśli przegrasz, nie tracisz nic. Zakładaj się tedy, że „jest”, bez wahania”[4]. Propozycja filozofa i matematyka wygląda na akt hazardzisty; jednak każda gra wymaga odwagi, zwłaszcza gra o życie wieczne. W czasach pandemii może się okazać szczególnie przydatna …
Mniej dramatycznie, za to przystępnie, o potrzebie braku złudzeń pisał biskup Krasiński, w nad wyraz aktualnej bajce Doktor i zdrowie:
Rzecz ciekawą, lecz trudną do wierzenia powiem.
Jednego razu doktor potkał się ze zdrowiem,
On do miasta, a zdrowie z miasta wychodziło:
Przeląkł się, gdy je postrzegł: lecz że blizko było,
Spytał go, dlaczegoż to tak śpiesznie uchodzisz?
Gdzie idziesz? Zdrowie rzekło: tam, gdzie ty nie chodzisz.
Można by zacytować parę innych bajek światłego biskupa, np. o dewotce, która, kończąc modlitwę Ojcze nasz, różańcem „biła bez litości” służącą. Zupełnie jak ojciec-dyrektor słowem: o „Polsce w ruinie”, „w stanie likwidacji i eksterminacji”, o kobiecie-„czarownicy”… „Uchowaj, Panie Boże, takiej pobożności!” – przestrzega biskup.
*
Nasz największy poeta romantyczny u początków swej kariery, podjął – jak każdy młokos – bunt przeciw ograniczeniom, które ukształtowały go jako człowieka i artystę. Nazwano to potem szumnie walką romantyków z klasykami. Owocem tego buntu jest erotyczno-psychotyczna (lub na odwrót) ballada Romantyczność z roku 1821. W przedostatniej zwrotce utworu czytamy:
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Ten szkodliwy dwuwiersz od ponad dwustu lat dominuje polskie myślenie, a właściwie niemyślenie, bo przecież głównie czujemy i wierzymy… Nie raz wykorzystywali to zaborcy – obcy i rodzimi, a nawet jeden z papieży, który miał radzić: „Niech się Polacy modlą, czczą cara i wierzą”[5].
Romantyczne szaleństwa, włączając w to mesjanizm młodych, czy misję premiera „rechrystianizacji Europy”, powtarzają się z regularnością czkawki pokoleniowej, czyli co 30 lat. Weryfikowały je zwykle: rzeczywistość, Historia albo Natura. I oto na naszych oczach dokonuje się jedna z takich weryfikacji, albo raczej falsyfikacji… w wykonaniu koronawirusa („odrobina protein z osłonką zbudowaną z lipidów. Coś, co nie żyje, a zabija, jakby było najpotężniejszą istotą na świecie”). Ponieważ czucie i wiara są wobec niego bezsilne, ludzkość zwróciła się w stronę szkiełka i oka. To dzięki tym dwu instrumentom można było najpierw wyizolować wirusa, zobaczyć, jak wygląda, jak się namnaża, jak atakuje człowieka … A potem – jak się przed nim chronić, co mu przeciwstawić, jak z nim walczyć, w jaki sposób i przy pomocy jakich środków leczyć zarażonych śmiertelną chorobą?
Walka romantyzmu z Oświeceniem toczy się więc nadal… Która z tych orientacji ideowych wygra w czasie pandemii? W świecie zapewne to, co światłe. Czy w Polsce również? Wszak ten sam wieszcz, któremu nie podobało się oświeceniowe instrumentarium, jest autorem mrocznej powieści poetyckiej Konrad Wallenrod, gdzie (ballada Alpuhara) proponuje zarazę jako narzędzie walki politycznej:
„Patrzcie o giaury! jam siny, blady…
Zgadnijcie czyim ja posłem?…
Jam was oszukał: wracam z Grenady,
Ja wam zarazę przyniosłem!…
*
Epidemię nie zawsze trzeba przynosić; często przychodzi sama. Wystarczy ją tylko umiejętnie wykorzystać do swoich politycznych celów i chwalić się „nową normalnością”, podobnie jak wcześniej „dobrą zmianą”. Suweren przyjmie to bez mrugnięcia okiem. Jest zaklęty jak ta „dzieweczka”, która „nie słucha”…
J S
Wielkanoc, Anno Domini 2020
Przypisy
- H. Struve, Słówko o filozofii narodowej polskiej, „Ruch Filozoficzny”, 1,1911, s. 2. ↑
- Por. tegoż Flaki szlacheckie, „Tygodnik Przegląd”, 8.03.2020. ↑
- Noblistka jest miłośniczką i wytrawną znawczynią Kanta; czego wyrazem jest jedna z pierwszych jej powieści pt. Prawiek i inne czasy z roku 1996. ↑
- B. Pascal, Myśli, przeł. T. Boy-Żeleński, Poznań 1921. ↑
- J. Słowacki, Kordian, Akt II ↑

Steven Pinker w wydanej po polsku książce „Nowe Oświecenie” optymistycznie twierdził, że nie jest z nami tak zle jak mogłoby się wydawać. Też tak myślę. Tym bardziej trzeba tępić wszelkie przejawi irracjonalizmu i głupoty, co tak mądrze i umiejętnie robi JS. Bliski jest mi sceptycyzm wobec wszelkich rojeń, a nawet uważam, że są śmiertelnie niebezpieczne. Niestety polski katolicyzm niewiele zapamiętał z lekcji oświeconych biskupów i księży. Dominuje monachomachia, z tą różnicą, że ciemni mnisi już nie wadzą się między sobą tylko zwalczają oświeconych. I to nie tylko mnichów.
Kolejny wielki tekst JS. Czy będzie to ostateczny cios zadany romantycznemu wzmożeniu,(czyt. szaleństwu) i innym ideologijkom? Nie sądzę. Ale z pewnością, niezwykle potrzebny głos, równoważący rozedrganą i rozpasaną ofensywę ciemności kryjących ziemię.
Szczególnie w aktualnym zalewie populistycznych obietnic, manipulacji przedwyborczych i ogólnego wzmożenia rozgorączkowanych mózgów.
Rozwinąłbym jedną z tez Autora, nie wiem czy po jego myśli…
Według mnie szkodliwość mickiewiczowskiego dwuwiersza nie polega tylko na stworzeniu prymatu czucia i wiary. O wiele bardziej niebezpieczne i ogłupiające właśnie, jest płynące ze słów wieszcza złudzenie, że w ogóle można ten panhumanistyczny konflikt rozstrzygnąć. Przeciąć jak węzeł gordyjski wybierając jedną opcję – mówiąc współczesnym językiem.
Być może tym zajmuje się od wielu wieków kultura usiłując wybrnąć z tego dylematu.
Być może, dlatego obserwujemy nieustanny ruch wahadła w jedną i drugą stronę – w ogromnym uproszczeniu – pociąga to za sobą dominację raz uczucia (romantyzmu) a potem rozumu (oświecenie).
Być może, nieustanna oscylacja jest wpisana w los zwierzęcia zwanego człowiekiem.
Być może, zadaniem filozofa i mędrca jest próba zajęcia wyważonego stosunku do obu stron nieusuwalnego rozdźwięku.
Być może, jedną z propozycji jest ta wygłoszona przez Olgę Tokarczuk w Sztokholmie oda do czułości Zacytuję drobny fragment: ,,Czułość (..) wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. (…) jest głębokim przejęciem się (czucie) drugim bytem (…). Czułość dostrzega (szkiełko) między nami podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia(…).’’
Wszak każda z istot ludzkich, na swój sposób, indywidualnie i nieustannie, ciągle na nowo dokonuje rozstrzygnięcia. Płeć a może i wiek nie stanowią tu jakiegoś specjalnego rozróżnienia.
W każdym momencie życia to co stałe okazać się może jak domek z kart. Wystarczy, że zaboli ząb i już myślimy inaczej i inne mamy priorytety. A może pandemia to taki ogromny ból zęba, który falsyfikuje (jak pisze Autor) podstawowe aksjomaty cywilizacji i powoduje, że stajemy się dziećmi. I poszukujemy uspokojenia w tym do czego nam najbardziej po drodze. Szkiełko może uspokoić podobnie jak modlitwa.
Każda ze stron dwuwiersza, postawionych w opozycji przez Mickiewicza, ma swoje jasne i ciemne strony. Kierowanie się rozumem naraża na popełnianie błędów i pomyłek, jak również na nieznośną czasem świadomość własnej omylności, tudzież na ciągłe poczucie braku wystarczającej wiedzy. A ta narasta bez opamiętania. Ale jednocześnie może prowadzić do wtórnej ślepoty na zjawiska, które nie dają się zważyć, zmierzyć czy posmakować. Wiara i czucie, mamią złudzeniem nieomylności. W jednym przypadku wyniesionej do godności dogmatu. Ale jednocześnie mogą przynieść wiele bardzo trafnych odpowiedzi na pytania, których mędrzec nawet sobie nie postawi, bo będą dla niego zwykłą głupotą.
Na osobną rozprawę i głębokie poparcie, zasługuje przywołanie i próba restauracji dokonana przez Autora, wykpionej przez współczesnych, zasady o 1500 letnim rodowodzie: Ora et labora.
PS. No może w kwestii wieku jest inaczej. Podobno struktura mózgu tak się zmienia na starość, że coraz większa satysfakcję niektórym przynosi myślenie, rozumiane jako odnajdywanie starych wzorców w tym co pozornie nowe. Nie bez kozery JS określa autora romantyczności (wyrozumiale?)jako młokosa.
Naszym nieszczęściem jest bowiem, przekazywana genetycznie, uwarunkowana kulturowo, niereformowalna przez kolejne pokolenia i konserwowana od setek lat , przez KRK : POLSKA GŁUPOTA NARODOWA. Biologiczna, wrodzona głupota.Ten naród wcześniej wymrze niż zmądrzeje , może nie z powodu TEJ epidemii , tylko z powodu ujemnego przyrostu naturalnego…Słabym pocieszeniem , jest to że nas los podzielą również np. Bułgarzy….
Myślę, że sprowadzenie źródła wszystkich naszych nieszczęść do głupoty, jest jednak zbyt dużym uproszczeniem. Prowadzić może jedynie do postawy określanej jako zgorzknienie. A ona wyjaławia.
JS w swoim tekście proponuje ożywcze spojrzenie na losy idei oświecenia w polskiej myśli, jest precyzyjny, krytyczny ale nie popada w bezpłodne narzekania. Wręcz przeciwnie. Przytacza całą galerię znakomitych umysłów, które pomniejszają wagę ,,polskiej głupoty’’.
Oczywiście można się obrażać na polaków za to, że są tacy jacy są. Yac Min powtarza jak mantrę, że ta nasza głupota narodowa jest biologiczna, wrodzona, utrwalana i niezmienialna. Ogromne wątpliwości budzi we mnie intelektualny i logiczny status jakiejkolwiek cechy przypisywanej jakiemukolwiek narodowi , jako całości (po całości). Oprócz tego, pojęcie naród, narodowy we współczesnym świecie staje się anachroniczne i przestarzałe. W podobny sposób odniosła się do terminu ,,literatura narodowa’’ Olga Tokarczuk, w mowie noblowskiej. Ale jeżeli już pójść za tym nieco pompatycznym określeniem, czy mógłby Pan wskazać ,,naród’’ którego jednym z przymiotów jest mądrość albo dojrzałość. O tym z kolei – hipotetycznej ,,dojrzałości’’ narodu, mówił Andrzej Leder w niedawnym wywiadzie. Truizmem byłoby, przywołać w tym miejscu pytanie, jakim ciągle żyją niektórzy: Jak to się stało, że taki stary, wykształcony naród, jak niemcy, który wydał tylu pisarzy i muzyków, doprowadził do hitleryzmu, niezwykle prymitywnej i destrukcyjnej ideologii. Jaka byłaby konkluzja tego wywodu? Populacja jednego kraju czy państwa jest ogromną grupą ludzi. A ta, jak każda grupa, rządzi się procesami i generuje zjawiska, które nie mają wiele wspólnego z racjonalnością. Czy to wystarczający powód aby rzucać inwektywy, pod adresem trzydziestoośmiomilionowej grupy naszych rodaków?
Naród tępy ciemny i głupi po raz drugi powierzył , komuś takiemu jak ciamkający naczelnik ( za rada plebana ) absolutną władzę w PL komuś takiemu nie potrafiącemu
sklecić poprawnie zdania po polsku…. Litości… Ten naród jest skazany na wymarcie… Nie z powodu TEJ epidemii , tylko po prostu z racji ujemnego przyrostu naturalnego … Za 3 pokolenia po PL i Polakach pozostaną tylko wspomnienia……. Może to i lepiej…Mam nadzieję że muzyka Chopina pozostanie…
No to może wybrał swój swego.Tępy, ciemny i głupi naród też nie potrafi sklecić poprawnie zdania po polsku. Znam niestety wielu takich, którzy nawet nie mają pojęcia, że mówią niegramatycznie. Powiem tak samo Panie Yac Min’ie: Litości. Jeśli znajdzie Pan w narodzie polskim dziesięciu niegłupich, da Pan mu szansę?
Zobaczymy , czy ten naród da sobie szansę po upadku katolickich bolszewików z PIS …Jak to mówią nasi rosyjscy przyjaciele : Поживём – увидим…… Jestem raczej pesymistą…
Monachomachia ? Nie widzę, nie słyszę żadnej wrzawy. Co widzę ? Niezakłócone rządy monachomafii. Co rządzi „per procuram”, trzymając za jaja zarówno naszych rządców, jak i tę (pożal się bbboooże) opozycję. Za „komuny” to rządcy bali się jednak trochę narodu, że jak on się zbuntuje, to będą mieli Węgry. Dlatego się tak rozpaczliwie ociągali z każdą (przecież nieuniknioną) podwyżką cen. Teraz nawet ta opozycja boi się powiedzieć co myśli, jasno i otwarcie, bo wierzy, że pierdnięcie biskupiej dupy może ich zdmuchnąć ze sceny politycznej. Zasługują na to, właśnie z powodu tej wiary. Cnota sama jest swoją nagrodą. Niecnota również. Ale cnota sprzedaje się gorzej.
Czy cnota, która się sprzedaje, nadal zasługuje na tę nazwę? 😉
Założenia światopoglądowe każdej epoki mają swoich zwolenników i przeciwników. Oświecenie i Romantyzm w Polsce wyrosły, na gruncie odrębnych niż w Europie Zachodniej, uwarunkowań historycznych.Alternatywą wyboru „drogi życia” stało się „szkiełko i oko” lub „czucie i wiara”.
Tego typu dylematu nie miał Renesans(chronologia nie ma tu nic do rzeczy) gdzie chęć do wiedzy, poznania geograficznie świata, do nauki i sztuki nie pozostawiała wiele miejsca na rozważania o nieszczęśliwej miłości i jej psychicznych skutkach.A już o przeżyciach jakiejś Karusi czy innej dziewczyny z wioski po prostu się nie pisało. W Polsce nie bardzo miał kto, a z Zachodu nie płynęły jeszcze podpowiedzi.Poza tym światy „rozumu” i „uczucia” działały równolegle, współistniały ze sobą, nie trzeba bylo wybierać.
Natomiast zdecydowanie jednoznacznie rozumiano wtedy słowo Cnota.Nie naginano go według potrzeb i zasług człowieka.
Doradca prezydenta, A. Zybertowicz wydał jakiś czas temu książkę pt. „Samobójstwo Oświecenia”. Wydawca mówi, że: „Książka wykazuje, iż przesłanie Oświecenia – budowanie lepszego ludzkiego świata poprzez rozumowe poznanie – oparte jest na błędnym pojmowaniu ludzkich procesów poznawczych”, itd. Proszę zobaczyć jak mocno uzasadnione jest tak to przekonanie. Kilka lat temu miałem książkę w rękach, jeden z rozdziałów omawia, jaki obraz człowieka mają amerykańskie służby. Na czym opiera się analiza? Na kilkudziesięciu depeszach przesłanych przez amerykańskich agentów… Jaki wypływa stąd wniosek? Jeśli dostęp do nich mieli nieustraszeni autory tej książki, to znaczy, że nie mają one żadnej wartości.
Moda na tytuły naukowe wśród
duchownych, o czym pisze JS, jest czymś niepokojącym. Zamykanie się w czterech
ścianach i unikanie wiernych nie wróży nic dobrego. Nie przekłada się to
również na wzrost wiedzy owieczek, efekt jest mizerny. Więc kto na tym skorzysta?
Owieczki nie mają wsparcia swych „oświeconych” pasterzy w docieraniu
do prawdy, która jest zakazana. Wierni nie wykazują chęci do jej poznania
samodzielnie, przyjmując wytyczne głoszone z ambon. Często,
razem tworzą społeczności, gdzie uprzedzenia i problemy są ukrywane. Większość
woli czuć i wierzyć, niż zacząć myśleć samodzielnie. W tej sytuacji
odnalezienie prawdziwego mędrca nie jest łatwe. Trudno więc zmienić
przyzwyczajenia i mentalność, ale komu na tym zależy? Utrzymanie sytuacji,
podsycanie uprzedzeń i nienawiści oraz ślepe posłuszeństwo jest wciąż pożądane.
Grunt jest podatny… Może zamiast teorii, lepiej skupić się na
praktycznej działalności, dotarcia do wiernych, rozmowy, odpowiedzi na trudne
pytania, oświeceniu kogoś. Szczególnie może być to pożądane w sytuacji
zmniejszenia liczby powołań. Puste seminaria mogą świadczyć o tym, że coraz więcej osób zaczyna myśleć i
traci wiarę w dobro i porządek świata.
No to taka glossa J. Breczki:
No cóż, „ideowcom z natury” nie wystarcza „mała etyka” i nudna, wygodna codzienność, szukają wielkich spraw. Powolny postęp, codzienna mrówcza praca, akuratność, racjonalność i wiedza (hasłowo oświecenie i pozytywizm) – nie dla nich. Czyn, rewolucja, wola i wiara – oto co ich pociąga.
A kiedy „ideowiec z natury” – co się często zdarza – jest niezbyt rozgarnięty, pierwsze, co mu przychodzi do głowy to naród; wielki naród pisany wielką literą. Taki malutki ideowiec podłącza się do wielkiego narodu i rośnie w swoich oczach do rozmiarów białoczerwonego King Konga. Kiedy jednak zdejmie się te nacjonalistyczne powiększające okulary, widzimy, że wielki naród zamienia się w niewielki naród: bity, zakompleksiony i szukający dowartościowania, co kończy się „dumą narodową”, czyli arogancją i butą, kiedy tylko coś się uda: Małysz skoczy, Lewandowski strzeli.
Co więcej, nie ma jednego narodu, ale dwa narody (dwie ojczyzny i dwa patriotyzmy), czyli naród rozdwojony, schizofreniczny, co jeszcze pogarsza sprawę. Norwid pisał (cytuję z pamięci), jesteśmy wielkim narodem i małym społeczeństwem. Otóż sądzę, że to się odwróciło. I tu szukałbym nadziei, matki głupich. Jesteśmy małym narodem (choć liczbowo naród jest w większości), ale całkiem niezłym społeczeństwem (choć w mniejszości). Naród słucha i tańczy, jak mu zagra disco-polo muzyczne i polityczne. Społeczeństwo to polski jazz i symfoniczna muzyka awangardowa (od Szymanowskiego, przez Panufnika, do Góreckiego i Kilara; z wyłączeniem Pendereckiego, który wydaje mi się napuszony i wtórny).
Jakość tego społeczeństwa poznaje się w biedzie, która się zbliża. Ale jak wyjdziemy na prostą, znów większościowy naród „bogo-endecki” dojdzie do głosu.
Dodałbym, że najbardziej wartościowe jednostki są płodną mieszaniną romantyzmu i oświecenia, wielkich zamiarów, żarliwego serca oraz chłodnej, „trzeźwej” głowy: Zdziechowski i Miłosz, Piłsudski i Sławek, Giedroyć i Adolf Bocheński, Kuroń i Michnik.