Andrzej Lewandowski: Historycznie…

03.07.2020

ECHA WYDARZEŃ: Nie uczestniczyłem w pogrzebie Leszka Skindera, a powinienem. Nie widziałem, gdzie i kiedy… Mea culpa. Ale będę pamiętał Leszka zawsze i wspominał dobrze. Jako kolegę po fachu, jednego z grona Przyjaciół; jako wzorzec pamięci o własnych korzeniach – żeby Grodno, kolebka wciąż było w centrum zainteresowania i tak dalej.

Świetny człowiek mikrofonu i kamery; uśmiechnięty, aktywny, uczynny. W robocie zawsze solidny. Tak przygotowany do każdej transmisji, że pewnie nawet nie miał czasu połowy tego, co w głowie – odbiorcy przekazać, relacja bieżąca miała przecież pierwszeństwo… I to przepiękne „r”, może nie bez reszty zgodne z wymogami tzw. karty mikrofonowej, ale uroczy jeden ze „znaków wywoławczych” Osoby.

Słowo dziennikarzy – gazeciarzy miewa swą wagę kronikarską, ale ludzie radia i TV mają nad nami przewagę, Oni lepiej zapisują się w pamięci także dlatego, że trop wiedzie przez oko i ucho, eter przenosi głos I utrwala. Leszek był (i jest) wśród tych, których głos zawsze będzie przypominał Osobę…

Był dzień dziennikarza sportowego. Światowy! Bo mamy swoją światową organizację – AIPS. Z dużymi wpływami w ruchu sportowym, na czele z olimpijskim.

W Polsce mamy KDS. Klub Dziennikarzy Sportowych. Z tradycjami, osiągnięciami i też nie bez wpływów. Choć dawne były jednak znaczniejsze niż teraźniejsze. Mikołajczak, Zmarzlik, Woźniak – na prezesurach. Łączenie ludzi o przeróżnych drogach przez życie i zawód; puklerz przed niesprawiedliwościami, harmonijne koleżeństwo… Same zalety. No i jeszcze uprawnienia – legitymacja – karta wstępu na zawody. Konkurs „Złotego Pióra” rozstrzygany przez dziennikarzy, a nie za nich i tak dalej. Ale… inne czasy…

Dziś coś mi się wydaje, że KDS jest teraz bardziej symbolem przeszłości zawodowej niż rzeczywistej siły profesji. Ta jakoś nie lubi się harmonizować, a przez to tzw. wpływy zewnętrzne też są dużo mniejsze.

Nawet w rozlicznych władzach sportowych ludzie z KDS mają szansę wyboru nie dlatego, że reprezentują środowisko, lecz z racji litościwego przygarnięcia i wystawienia przez jakiś związek sportowy… Takie – co łaska… A kiedyś, wspomnę nawet dziennikarskie prezesowanie – Pękala – pływanie, Kozłowski – koszykówka, Domańscy – jeździectwo i futbol, Grzegorczyk – 5-bój nowoczesny, Rzeszot – hokej, Smarzewski – gimnastyka artystyczna, Strzelecki i Gołębiewski – kolarstwo… A wice, sekretarze związkowi itp.

Podtekstem nie jest tylko tęskne – broń Panie – westchnienie ku przeszłości. Rozumiem – komercja, inny układ stosunków, atomizacja zawodu dziennikarza – nie tylko w pisaniu i opowiadaniu o sporcie – ale… harmonia dawała siłę, zaś niedostatek harmonii siłę odbiera… I tego mi żal.

Na tym kończę świąteczne przypomnienie. Żeby na samych, zasłużonych przecież gratulacjach i życzeniach nie poprzestać.

Historycznej refleksji ciąg dalszy.

Raduje się, bo odnoszę wrażenie, że sportowi… wraca społeczna pamięć. Że nie tylko fascynacja tym, że Państwo Robertostwo zebrali kasę na miejsce w pierwszej setce rodzimych bogaczy, gdzieś blisko toruńskiego arcymilionera. Ja po kieszeniach nie szperam, ale rozumiem, że innych to tak bardzo podnieca, iż CO przegrywa w sferze odbioru z pytaniami – ZA CO i DLACZEGO. Tyle że inna to już opowieść i refleksja.

Miało być o „pamięci sportowej”, która wraca, więc… JEST.

Pan Leszek Błażyński (dziennikarski następca mistrza ringu) napisał książkę o Zbigniewie Pietrzykowskim. Jeszcze nie czytałem, ale w sieci chwalą, a Zbyszka bardzo serdecznie wspominam. Jako wzór sportowca, społecznika i w ogóle kapitalnego człowieka… Wciąż mam w pamięci taki obrazek: Stoimy w kilku, w tym Zbyszek i ważny prezes. Prezes w pewnej chwili: „Wiesz chłopcze…” Zbyszek się rozgląda i pyta: „Pan prezes kogoś szuka?”… Bo to nie był PIETRZYKOWSKI, lecz PAN PIETRZYKOWSKI…

Muzeum Sportu (i turystyki, ale to ogniwo świadomie pominę, bo to inna bajka) dało początek świetnej formule. W sieci przypomina rocznice, dokonania mistrzów czasu minionego, informacją i anegdotą powiększa naszą wiedzę. Słowo plus obraz codziennie na Facebooku nauczają historii sportu. Wartościowe w treści, ciekawe w formie. Eksponat, który jakby zaczął jeszcze mówić…

Dalej.

Pani: Anna Sulińska napisała i wydała książkę o paniach – olimpijkach. Znów historia ożyła, a co pół wieku temu – widać, jakby było wczoraj. Echo srebra w skakaniu wzwyż:…

 – Ludzie po prostu słali telegramy do wioski olimpijskiej na moje nazwisko – opowiada Jarosława Jóźwiakowska i rozkłada na stole kolejne karteczki z gratulacjami. Do dziś w domowym archiwum zachowała ich kilkadziesiąt, choć srebrny medal olimpijski w skoku wzwyż wywalczyła sześćdziesiąt lat temu.

Jest telegram od Adiego Dasslera, twórcy marki Adidas, od rektora Politechniki Gdańskiej, od Zbigniewa Cybulskiego i Bogumiła Kobieli, z którymi się przyjaźniła, ale także od przypadkowych kibiców, których nigdy nie poznała.

Nie kryję się z tezą, że smacznie podawana historia bardzo mi przypada do gustu. Zdjęcie patyny z przeszłości tworzy kontakt międzypokoleniowy, odbija obrazy i nastroje, które nie są „z innego świata”, lecz wciąż z naszego…

Andrzej Lewandowski


Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego “Trybuny Ludu”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com