Ostry zakręt

Zdanie odrębne

06.07.2020

Za kilka dni ostatnia faza wyborów prezydenta RP, która rozstrzygnie, kto stanie na czele państwa? Trzeba pamiętać, że przez ostatnie pięć lat było ono konsekwentnie pozbawiane demokratycznych atrybutów. A więc: trójpodziału władz, niezależnego wymiaru sprawiedliwości, sądu konstytucyjnego, apolitycznej prokuratury, swobodnej debaty sejmowej, mediów publicznych, bezpartyjnego korpusu urzędniczego, czy nowoczesnej szkoły… Te i inne przykłady dowodzą, że na naszych oczach dokonuje się zmiana ustroju. Specjaliści od teorii państwa mówią wprost o rewolucji, która nie wybuchła, tylko pełza. A ponieważ została rozłożona w czasie, przeciętny obywatel tego nie zauważa. Albo nie chce zauważyć, wszak został ‘kupiony’ przez – bez precedensu – transfery finansowe. W ostatnim tygodniu przedwyborczym minister rolnictwa rzucił na wieś miliard złotych…

Pieniądz to jedyne pragmatyczne narzędzie władzy; wszystko inne – jak to w rewolucji – zastąpiła ideologia, będąca mieszaniną: resentymentu (wyrównanie własnych niemocy i ograniczeń), „wstawania z kolan”, religii „narodu wybranego” „tryumfu człowieka pospolitego”, „żołnierzy wyklętych” etc. Ich wspólnym mianownikiem jest pojęcie „konflikt”. A więc: dzielenie ludzi na ‘lepszy i gorszy sort’; na to, co polskie i „polskojęzyczne”; nas i ZOMO; normalnych i LGBT; „swoich i obcych”; zdrowych i roznoszących „pasożyty” i bakterie; na tych, co „kradli” i którym „pieniądze się należały”, „patriotów i zdrajców” – można wyliczać bez końca… Wszystkie zabiegi demokratycznie wybranej władzy oddaje w pełni prastara, rzymska formuła: Divide et impera!, po polsku –  Dziel i rządź!

Zasada ta upowszechniana przez partyjne media, zwane narodowymi, trafiła na podatny grunt społeczno-polityczny, co dowodzi, że Polacy w dużym procencie podzielają taki punkt widzenia. Nie są narodem demokratycznym, lecz autokratycznym; bliższa im kłótnia aniżeli zgodna współpraca; częściej żywią bezinteresowną niechęć niż zwykłą bezinteresowność; wolą być dla siebie antypatyczni  niż sympatyczni; częściej powoduje nimi zazdrość niż podziw dla współobywatela…   

Te negatywne cechy charakteru narodowego odziedziczyliśmy po naszych szlacheckich (a jakże!) przodkach, dla których anarchia, bezprawie, kłótnia, waśń, zabór mienia (zajazd na majątek sąsiada w Panu Tadeuszu), pieniactwo, czy warcholstwo – to sposób bycia, zwyczajne zachowania panów-szlachty. Były one nie do przyjęcia dla naszych sąsiadów, skoro uznali, że dla dobra własnych społeczeństw powinni rozparcelować państwo, które stoi „nie rządem”, tylko złymi emocjami.  

Za sprawą rodzimej arystokracji, Kościoła i szlachty przestaliśmy istnieć jako samodzielny byt polityczny. W ten sposób spóźnione reformy ustrojowe zostały odłożone w czasie o kolejne stulecie. Po I wojnie światowej na krótko odzyskaliśmy państwo, które istniało zaledwie lat dwadzieścia i nie stwarzało warunków utrwalenia demokracji. Kolejna wojna na dwu frontach, kolejny rozbiór, a potem zależność od wschodniego sąsiada nie sprzyjały utrwalaniu demokratycznych nawyków i postaw obywatelskich.

Rok 1989 rozpoczął nowy etap w naszej historii. Zmiana ustrojowa, jaka się dokonała bez rozlewu krwi, budziła podziw u sąsiadów, którzy stawiali Polskę jako przykład do naśladowania. Nasze wejście w struktury europejskie (Unia, NATO) również miały modelowy charakter. I oto po upływie ćwierćwiecza znowu znajdujemy się na zakręcie historii; na marginesie polityki europejskiej już jesteśmy… Zaczadzeni populizmem, przekonani, że dzieje się nam krzywda, że byliśmy ofiarą, nikt nie rozumie ani docenia naszej heroicznej przeszłości,  że narzuca się nam obcy styl życia, demoralizuje dzieci i młodzież, wprowadza się do kraju obyczaje, które mają zniszczyć dumny naród i jego wielowiekową tradycję…   

W kontekście tej archaicznej, pełnej kompleksów narracji zastała nas pandemia, która również jest traktowana jako instrument polityczny. Gdyby wybory prezydenckie odbyły się 10 maja, rewolucja zostałaby domknięta. W państwie liczyłaby się wyłącznie wola jednego człowieka – „szarego posła”, który ma wizję przerobienia zwykłych „zjadaczy chleba w anioły”.

Przed II turą wyborów jesteśmy świadkami zaangażowania całego aparatu państwa w reelekcję urzędującego prezydenta. Wspiera go premier, ministrowie i urzędnicy niższych szczebli, pozbawiony wiarygodności moralnej  kler katolicki, a nawet straż pożarna, która „losuje” samochody gaśnicze. Premier rozdaje pokaźnych rozmiarów atrapy weksli, które wkrótce mogą się okazać papierami bez pokrycia. Minister finansów już ostrzega, że mamy  „największy kryzys [finansów] w historii Polski”, a o żadnym zrównoważonym budżecie nie może być mowy…

Tymczasem prezydent/kandydat pędzi po polskich drogach, odwiedza wsie, małe i średnie miasta, „śmieszy, tumani, przestrasza” (to z Mickiewicza). Wprawdzie nie rozdaje pieniędzy, ale obniża podatki VAT np. na musztardę (kremską, czy sarepską?), pieczywo oraz podpaski higieniczne i tampony… (Za PRL premier ustalał ceny jaj!). Robi przy tym groźne miny, krzyczy, nadyma się i puszy, obraca na prawo i lewo. Rzuca aluzjami, które „prosty lud” chwyta w mig i beztrosko chichocze wraz z głową państwa. Szef rządu ogłasza cofanie się zarazy i zachęca ludzi „po sześćdziesiątce”, by tłumnie szli na wybory. Mówi to wbrew opiniom wirusologów oraz statystyce; na pandemię zapada codziennie około czterystu osób, a umiera circa dwadzieścia… Jednak suweren, czyli lud jest na to wszystko głuchy, ślepy albo odporny. Zachowuje się jak wąż zaklęty przez fakira i niezmiennie popiera prezydenta „dobrej zmiany”.

„Głos ludu to głos Boga”! Usłyszał go główny architekt polskiej sceny politycznej, za którym poszli przypadkowi aktorzy (marionetki) wielkiego theatrum Poloniae. Jeśli jako obywatele nie potrafimy wyjść z najbliższego zakrętu historii, będziemy mieć takiego prezydenta, na jakiego zasługujemy.

                                                                                                          J S

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com