14.07.2020

Podczas gdy nad Wisłą świątobliwi bredzą o Holokauście nienarodzonych, Ameryka żyje dziś hasłem „Black Lives Matter”. W obu przypadkach możemy się zastanawiać nad szczerością i uczciwością tych obrońców moralności apelujących do naszych uczuć i wzywających nas na barykady.
Obrońcy nienarodzonych nie tylko świadomie i z premedytacją nadużywają słowa Holokaust, może nie zawsze wiedząc, jakie znaczenie miało to słowo w języku greckim, ale doskonale wiedząc, że w dzisiejszym świecie oznacza ono Zagładę sześciu milionów Żydów przez chrześcijańską Europę pod wodzą niemieckich nazistów. Kradzież tego pojęcia na użytek kampanii na rzecz lekceważenia życia kobiet i jakości życia narodzonych nie jest tak niewinna, jakby to się mogło zdawać. Walczący o życie nienarodzonych nie zamierzają rozmawiać o znaczeniu i ograniczeniach nakazu nie zabijaj. Nie walczą również o ograniczenie liczby wykonywanych zabiegów chirurgicznej aborcji (co osiąga się najskuteczniej przez edukację seksualną i dostęp do środków antykoncepcyjnych), ale o narzucenie społeczeństwu praw religijnych.
Złodzieje pojęć grasują na różnych polach. W przypadku bojowników o życie nienarodzonych, kradzieży pojęcia Holokaust towarzyszy stała tendencja umniejszania Zagłady Żydów, przekonywanie, że za tę Zagładę odpowiedzialni są wyłącznie niemieccy naziści, oraz zabiegi o kryminalizację ujawniania, że wśród współodpowiedzialnych był Kościół katolicki i inne narody europejskie, w tym Polacy.
Daleko nie wszyscy kapłani katoliccy (protestanccy i prawosławni kapłani też mieli często podobne postawy) uważali, że nakaz „nie zabijaj” dotyczy również żydowskich bliźnich. Zgoła przeciwnie: bardzo wielu wpajało wiernym przesłanie (a niektórzy nadal to robią), że Żydzi są wyłączeni z kategorii bliźnich. Dziś w kościołach słowo Holokaust słyszymy najczęściej w kontekście rzekomej „obrony życia”. Ta walka o życie nienarodzonych nie tylko ignoruje życie kobiet, nie tylko ignoruje życie już urodzonych, ale jest bardzo silnie powiązana z najstarszym i najbardziej nieludzkim przesądem chrześcijaństwa.
Walka o życie nienarodzonych niewiele ma wspólnego z rzeczywistą troską o życie ludzkie czy też z rzeczywistą moralnością. Natomiast ma bardzo wiele wspólnego z fanatyzmem i z mobilizacją mas do wojny plemiennej.
Za oceanem widzimy inny ruch, którego przywódcy przywdziewają szaty szlachetnych moralistów. Obrona słabych i bestialsko prześladowanych trafia do naszych uczuć i wydaje się ze wszech miar uzasadniona. Dlaczego zatem wywołuje falę wandalizmu, rabunku i mordów uderzającą również w społeczności czarnych?
Czy jest możliwe, że część przywódców tego ruchu ma zupełnie inne cele niż walka o poszanowanie życia i godność dyskryminowanej grupy? Dlaczego również na tym polu widzimy dziwaczny sojusz z ludźmi związanymi z terrorem i antysemityzmem?
Jeden z najlepszych współczesnych prawników amerykańskich, Alan M. Dershowitz, zastanawiał się niedawno nad pytaniem, dlaczego ruch Black Lives Matter udostępnił swoje platformy ludziom głoszącym, że Izrael jest państwem apartheidu, państwem praktykującym „ludobójstwo palestyńskiego ludu”? Dershowitz zwraca uwagę na fakt, że obrońcy czarnego życia w Ameryce poza swoim własnym krajem zwracają swój gniew tylko przeciw jednemu państwu na świecie. Oczywiście zapewniają, że nie są żadnymi antysemitami, że są zaledwie antysyjonistami.
Amerykański prawnik pisze, że od ponad pół wieku naucza prawa na uniwersytecie i że często rozwiązywał ze swoimi studentami „przypadki hipotetyczne”. Przedstawia taki przypadek hipotetyczny pod naszą rozwagę:
Wyobraźmy sobie, że istnieje tylko jedno państwo czarnych Afrykanów – naród składający się głównie z byłych niewolników, Czarnych mężczyzn i kobiet. Wyobraźmy sobie dodatkowo, że ten jedyny naród Czarnych ma dobre notowania, jeśli idzie o ochronę środowiska, prawa gejów, równość płci i obronę swoich granic przed atakami innych, głównie białych, narodów. Jednak jak wszystkie narody, ten naród Czarnych jest daleki od doskonałości. Ma swoje wady i niedociągnięcia.
Wyobraźmy sobie następnie – pisze dalej Dershowitz – że różni naprawiacze świata w Ameryce wybierają sobie ten Czarny naród jako wyłączny obiekt potępień i na przykład środowiskowcy czy grupa na rzecz obrony praw gejów tworzą swoje platformy i zajmują się wyłącznie Czarnym narodem ignorując wszystkie faktycznie szkodzące środowisku i homofobiczne narody.
Trudno o wątpliwości, że takie wybiórcze potępianie jedynego Czarnego narodu zostałoby napiętnowane jako irracjonalne, rasistowskie i przepełnione hipokryzją.
Ten hipotetyczny przykład jest bardzo bliski temu, co dzieje się w rzeczywistości. Jeszcze w 2016 roku Dershowitz opublikował w „Boston Globe” artykuł, w którym apelował do kierownictwa ruchu Black Lives Matter o zrezygnowanie z nieuzasadnionych oskarżeń Izraela o apartheid i ludobójstwo Palestyńczyków, co oczywiście nie spowodowało żadnej reakcji.
Alan M. Dershowitz zauważa, że bardzo często (zarówno dziś, jak i w przeszłości), grupy mające szlachetne cele gubią się, włączając się w akcje jawnie rasistowskie, homofobiczne, czy w inne formy bigoterii. Ich szlachetne cele i działania w żaden sposób nie usprawiedliwiają działań głęboko amoralnych, co więcej, jedno absurdalne i amoralne rozszerzenie pierwotnego celu, pociąga często za sobą inne, czasem zmieniając ów cel pierwotny w swoje przeciwieństwo. (Ruch Black Lives Matter miał pierwotnie na celu badanie i piętnowanie przypadków nadużywania przemocy wobec czarnych przez policję. Został zdominowany przez hałaśliwe grupy wzywające głównie do anarchii i zupełnie niezainteresowane praktycznymi działaniami, które prowadzą do ustalenia faktycznych przypadków nadużycia władzy i poszukiwania środków naprawczych).
Osobiście podejrzewam, że może tu być pewien mechanizm, że mamy do czynienia z kradzieżą autorytetów moralnych i że jednostki promujące rasizm, czy to w formie antysemityzmu, czy jakiejkolwiek innej, jednostki promujące przemoc i dążące do destabilizacji systemu, doskonale wiedzą, iż podczepienie się pod przemawiający do ludzi cel pozwala przemycać propagandę kłamstwa i sianie nienawiści.
Podobnie jak w przypadku obrony nienarodzonych, obrona życia czarnych została porwana przez ludzi, których życie ludzkie mało interesuje, dla których oburzające jest przypomnienie, że każdego dnia w Ameryce czarni giną z rąk czarnych, a byłoby tych mordów wielokrotnie więcej, gdyby nie wysiłki policji, że przypadki policyjnej brutalności i faktycznego nadużycia przemocy są stosunkowo rzadkie, co nie znaczy, że nie wymagają starannego monitorowania i działań zmierzających do ich wyeliminowania.
Nakaz „nie zabijaj” pozostaje w mocy, ale porwany przez ludzi w rodzaju ojca Rydzyka, byłego księdza Międlara i im podobnych, czy przez ludzi w rodzaju Louisa_Farrakhana w USA staje się narzędziem ludzi skrzykujących się do mordów.
Kiedy ludzie padają na kolana, lepiej uważać, bo ich pasterze mogą mieć patologiczne skłonności.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

„Chcesz uderzyć psa, to kij się zawsze znajdzie”.
Podziwiam i zawsze z wielkim zainteresowaniem czytam felietony Autora na temat Izraela, Żydów, żydów i antysemityzmu. Zapiekły konflikt arabsko-żydowski ma ogromnie długą tradycję, od zajęcia przez Filistynów pod koniec epoki brązu opuszczonych przez ludy nie semickie ziem dzisiejszego Izraela, przez wojny krzyżowe i stworzenie de facto przyczółka wpływów zachodnio-europejskich (już nie bizantyjskich) na przecięciu szlaków komunikacyjnych na ziemiach kalifatu i w strategicznym miejscu kontroli wschodniej części Morza Śródziemnego, do decyzji o stworzeniu państwa Izrael. Dla Arabów jak sądzę jest to ten sam problem jaki był dla nich w czasach Saladyna. Dzisiaj to już geopolityczna kwadratura koła. Sądzę, że nawet przyjęcie islamu przez żydów albo judaizmu przez Arabów mogłoby nie rozwiązać do końca tego problemu. Problem geopolityczny może zostać rozwiązany tylko metodami geopolityki. Podsycanie antysemityzmu wydaje się być tylko narzędziem. Myślę, że nie trzeba wymieniać aktywnych aktorów, którzy w tej grze uczestniczą i korzystają z każdego dostępnego narzędzia. Wystarczy spojrzeć na mapę. Mapę całej półkuli wschodniej, nie tylko Bliskiego Wschodu. Zaryzykuję tezę, że Żydzi mimowolnie stali się tak niezwykle ważnym narodem dla świata właśnie przez miejsce swojego zamieszkania. Kto dzisiaj emocjonuje się Ormianami, których dzieje, walka, cierpienie i emigracja są niezwykle podobne do Żydów?
Jednak szeroki ruch ramienia Autora i przytulenie na potrzeby felietonu sprawy Black Lives Matter budzi zdziwienie, chyba nie tylko moje. Po pierwsze BLM jest jednym z wielu aspektów dzisiejszego wzmożenia w USA. Nie jedynym choć na zewnątrz Ameryki najbardziej widocznym. BLM być może podnoszą różne hasła nie związane z rasizmem, czy przemocą policji ale nie są to tematy dyskutowane w mainstreamie. Temat antysemityzmu w wypowiedziach BLM, którego trzeba się pracowicie dogrzebać w informacjach, bo jest tak bardzo marginalny, może budzić jak sądzę naturalne zainteresowanie pewnych środowisk amerykańskich Żydów i żydowskiej prasy. Prawicowej prasy i prawicowych środowisk znanych z poparcia polityki Trumpa. Znam sposób myślenia ludzi popierających Trumpa. Stwierdzenie „przypadki policyjnej brutalności i faktycznego nadużycia przemocy są stosunkowo rzadkie” jest wyrazem pomniejszania roli systemowego rasizmu w policji i jest nieprawdziwe. Ale jest protrumpowe. Sam cytowany Alan M. Dershowitz był członkiem grupy prawników broniących Trumpa przed impeachmentem.
Dlaczego w ogóle Palestyna i antysemityzm mógł się pojawić w wypowiedziach aktywistów BLM? Wystarczy przypomnieć sobie, że w latach 60. czarni aktywiści walczący o human rights uznali chrześcijaństwo za religię ich oprawców. Logiczny wybór „właściwej religii dla Afroamerykanina” padł na islam. Islam stał się preferowaną religią Afroamerykanów. Dzisiaj ludzie widzą, że religie same w sobie są problemem, więc wrzutka antysemicka była być może próbą zagospodarowania rewolucji amerykańskiej na potrzeby walki geopolitycznej (może nawet prowokacją służb związanych z Białym Domem?). Albo zwykłą ludzką głupotą. Ale już reakcja na to jest wyrazem cynicznego aktu politycznego związanej z zupełnie innym problemem, co bardzo pasowałoby do Dershowitza, albo po prostu aktem złej woli.
Tożamość może być samobójcza, przyjamniej dla zdolności postrzegania. Myślenie w kategoriach prawica/lewica pozwala nie widzieć słonia w salonie. Wystarczy zwrócić uwagę na zdjęcia z demonstracji, na wystapienie postępowych postaci w rodzaju Farrakhana żeby dostrzec, że spora część dzisiejszej amerykańskiej „lewicy” trąci jawnym faszyzmem, a zgubieni z powodu tożsamości zapominaja, że „wczoraj”, czyli kiedy Dershowitz doradzał Obamie, nic im u niego nie przeszkadzało, zgoła przeciwnie. Dershowitz nie zmienił poglądów, jest tym samym człowiekem, którym był przez ostatnie z górą pół wieku, z tą samą wrażliwością, a przede wszystki z tym samym znakomitym umysłem analitycznym. Krytyka ruchu BLM ze strony takich ludzi jak Ayaan Hirsi Ali, czy Candace Owens jest bardziej lewicowa niż to sobie naskórkowo lewicowi wyobrażają. Odwrócony rasizm BLM to nadal rasizm i to równie obrzydliwy. Pomijając głęboki antysemityzm tego ruchu i jego sojusz z ruchami terrorystycznymi, warto chociażby przyjrzęć się temu, że jego hasła są diametralnie sprzeczne z ruchem emacypacji czarnych, włącznie z wszystkim, do czego dążył Martin Luter King jr.
W języku angielskim powszechnie stosuje się oś prawica-lewica i wszyscy wiedzą o co chodzi. U nas jakoś ciągle powstają terminologiczne wygibasy żeby jakoś tej lewicy się pozbyć albo chociaż zamieść ją pod dywan. My wciąż jesteśmy chorzy na PRL. Nie mam pojęcia skąd Pan wytrzasnął tę tożsamość. Użycie „faszyzmu” w połączeniu z „lewicą” to ostatnie osiągnięcie językowe Trumpa w przemówieniu pod Mt. Rushmore. Mieliśmy już w historii „genialnych językoznawców”. Ja nie zamierzam czerpać z ich dorobku 🙂
Główna linia dzisiejszego sporu idzie o postęp, cywilizację białego człowieka i odnalezienie się w rzeczywistości, bo duża część Ameryki tkwi mentalnie w połowie lat 60. Przecież nikt rozsądny nie uznaje, że istnieją anioły na świecie. Aniołami nie są ani BLM, ani prawnicy (a już w szczególności pan Dershowitz). A w ogóle ustawienie BLM centralnie w relacji do obecnych wydarzeń zawęża pole widzenia. Na pewno jest to wygodne dla administracji Trumpa, która chce świadomie wepchnąć społeczny bunt amerykańskiej młodzieży w wąskie korytko, któremu można łatwo przypiąć łatkę terroryzmu, antysemityzmu, lewactwa itp. I spacyfikować. Bo Ameryka Trumpa to Ameryka Białego Człowieka. Ewangelickiego Mężczyzny, którego popierają inni biali ludzie, w tym ci o innym religijnym rodowodzie, zainteresowani utrzymaniem stanu posiadania i zarobieniem jeszcze większych pieniędzy. Wszelkie zmiany i rewolucje to ich śmiertelny wróg.
Ciekawe, dlaczego Dershowitz nie analizuje najważniejszych dzisiaj problemów Ameryki – przestarzałego systemu wyborczego, archaicznego systemu redystrybucji (świadczenia społeczne i zdrowotne), długów edukacyjnych (studia są wciąż płatne), Drugiej Poprawki do Konstytucji, 150 letnich. złogów w stosunkach społecznych i nie zajmuje się wyciąganiem wniosków mając na uwadze przyszły rozwój USA. Za to z upodobaniem wyszukuje marginalnych tematów, żeby w gruncie rzeczy zakonserwować dzisiejsze status quo, czyli nie przeszkodzić Ameryce w osuwaniu się po równi pochyłej. To nie jest wrażliwość na człowieka. To jest wrażliwość na pieniądze.
Ludzie wiedzą kim był George Floyd i że nie bardzo nadaje się on na bohatera. Ale spece Trumpa eksploatują takie tematy. Socjotechnika to najskuteczniejsza dzisiaj broń polityków. I Obamy i Trumpa też. BLM nie są z mojej bajki ale rozumiem potrzebę proporcjonalnej reakcji – kontr-rasizmu i demonstracji siły. To nie czarni Amerykanie stworzyli rasizm białego człowieka. Te wszystkie elementy były już widoczne w czasach MLK. On stanął na czele walki o emancypację. Dzisiaj cele są inne.
Czuję się zakłopotany zwracaniem uwagi tak wybitnego publicysty jak Pan na pewne nadużycia w opisie realnych sytuacji. Mam tutaj na myśli „spora część dzisiejszej amerykańskiej „lewicy” trąci jawnym faszyzmem” (lewicowość i faszyzm są wzajemnie sprzeczne, poza tym „sporą część” należałoby jakoś statystycznie uzasadnić), „głęboki antysemityzm tego ruchu i jego sojusz z ruchami terrorystycznymi” (muszę jeszcze poszukać jakiś informacji o tym antysemityzmie, bo to wydaje się żyć jedynie w środowiskach amerykańskich Żydów, tych prawicowych). Sojusz z ruchami terrorystycznymi wymagałby jednak jakiegoś dowodu. Na pierwszy rzut oka widać tu czystą symetrię – biali mają swoich supremacjonistów spod flagi Konfederacji uzbrojonych po zęby, czarni mają swoich Black Panthers, też uzbrojonych po zęby. O sojuszu BLM z Al Kaidą, RIRA, Hamasem, Hezbollahem, ETA, Boko Haram, czy innymi z listy United States Department of State list of Foreign Terrorist Organizations brak doniesień.
Kiedy „wszyscy wiedzą” nie bardzo jest o czym rozmawiać, znam ludzi w Ameryce, którzy potrafia zrozumieć, że rzeczywistostość istnieje i warto o niej rozmawiać w innym sposób niż przy pomocy języka „wszyscy wiedzą” (w Polsce nazywało się to „wicie rozumicie”). Lewica sprzężona z islamofaszymem, jest lewicą faszyzującą, niezależnie czy mowi o tym Trump, czy patrzymy niezależnie od Trumpa. (Bywa, że Trump powie coś co się zgadza z rzeczywistością ale religijny antytrumpizm nakazuje zawsze odwracenia znaków prawda/fałsz zgodnie z przynależnością plemienną). A niezdolność zauważenia, że przeciwnik polityczny może posługiwać się stwierdzeniami prawdziwymi świadczy o tożsamościowym zaślepieniu i braku zdolności do samodzielnej analizy (eto bywajet). Jeśli ma pan kłolpoty dostrzeżenia licznych w przeszłości i silnych obecnie nie tylko podobieństw ale i współdziałania totalitarnej (a czasem i rzekomo centrowej) lewicy z totalitarną prawicą to znaczy, że gdzieś się Pan mocno pogubił.
Jestem rozczarowany i co prawda nie chciałbym tak zamykać dyskusji ale staje się ona jałowa. Stoimy po dwóch stronach i przekrzykiwanie się nie ma chyba sensu. Widzę tutaj swoja winę, bo widzę, że byłem ślepy na fakt, że Pan konsekwentnie wykorzystuje argumenty drugiej strony, a ja sądziłem, że to blokada informacyjna. Pozostańmy zatem przy swoich poglądach. Pokojowo i z szacunkiem. Dalej będę z zainteresowaniem czytał Pana felietony ale teraz już jako głos z przeciwnej strony choć pisane ręką bratniego ateisty.
„Zaryzykuję tezę, że Żydzi mimowolnie stali się tak niezwykle ważnym narodem dla świata właśnie przez miejsce swojego zamieszkania.”
Panie Arkadiuszu – doprawdy????!!! Wszak Holokaust przytrafił się Nam (cywilizacji Zachodu) bez istnienia tego pokracznego tworu jakim jest Izrael. Dzisiejsze „utyskiwania” na Izrael to ciąg dalszy idei Holokaustu wzmożony bezsilnością.Bo arabstwo, przy cichym wsparciu szeroko rozumianej Europy i ONZ-tu już kilka razy usiłowało potopić Żydów w morskich falach. Skutek znamy – na szczęście. Palestyńczycy są tylko listkiem figowym różnej maści antysemitów – bo państwowością nigdy nie byli. I zakładnikami sqrwysynów, którzy robią kasę na wojnie. Z Palestyną na sztandarach. Dochodzi jeszcze pierwiastek ludyczny – tzn, biedni palestyńczycy gnębieni przez krwiożerczych żydów, którzy ich rozjeżdżają czolgami jak ruscy – afgańczyków. Zamiast się strzelać z nimi kamieniami z procy. Ośmiomilionowy Naród trzyma za gardło ćwierć miliarda biednych Arabów. I nie chce dać się eksterminować – co za MORDERCY niewinnych. Spalić i zaorać. Ooooo – z tym oraniem przesadziłem. Skoro da się to zagospodarować. Żydzi kolą w oczy bo pomimo niekończącej się wojny – zamienili pustynię w kwitnący kraj. I to się władcom ościennym nie podoba strasznie. Dalszym też………….bo żydzi powinni być biedni i mieć pejsy. Przecież powiesili na krzyżu Jezuska
i przerabiają dzieci na macę. Tak mi dopomóż Bóbr.
Pozdrawiam
Wiem – bo byłem.
Wie Pan, dotyka Pan kwestii elementarnych. Takich, którym poświęcone są semestry wykładów akademickich. Proszę o wybaczenie ale nie jestem w stanie teraz sprostać Pana wymaganiom. Proszę wziąć pod uwagę, że stronami sporu nie są ludzie bezmyślni. Tam nie ma prostych recept.
Panie Arkadiuszu – nie wiem jak to skomentować.Chyba jednak trzeba byłoby wrócić do kwestii elementarnych
Pozdrawiam
Kiedyś redaktorka liberalnego i poczytnego dziennika wysłała mi do oceny artykuł, w ktorym padało to feralne określenie „Holokaust nienarodzonych”. Zwróciłem jej uwagę na niestosowaność tego wyrażenia, a tym bardziej na drukowanie tej bredni w szanującym się dzienniku. Nie otrzymłem żadnej odpowiedzi, a rzeczony artykuł się ukazał. Jego autor to człowiek wykształcony i utytułowany, a co najważniejszy bardzo aktywny w przestrzeni publicznej jako gorliwy katolik i miłośnik św. Jana Pawła II. Dla takich jak on dzisiaj nastały dobre czasy i pewnie już nikt mnie nie będzie pytał o zdanie, co sądzę o jego popisach ideologicznych. jednyne co mi pozostaje po mijanie szerokim łukiem jego tekstow i jak się obawiam coraz więcej pism, z których niektóre niepostrzeżenie nawigują w kierunku sprzyjającym dominującej ideologii. Nie muszę dodawać, że większość polskich mediów wcale nie musi w tym kierunku nawigować, bo już tam jest.
Kilkadziesiąt lat po końcu II Wojny Światowej holokaust stał się terminem określającym systematyczne ludobójstwo i żadna grupa etniczna nie powinna mieć na niego wyłączności. To samo dotyczy np Ormian i słowa „pogrom” chociaż nikt nie neguje, że doznawali strasznych prześladowań. Inną kwestią jest zasadność „machania” holocaustem w chrześcijańskiej publicystyce antyaborcyjnej, ale o jakieś próby bagatelizowania prześladowań Żydów w latach 2WŚ bym ich nie podejrzewał.