Alina Kwapisz-Kulińska: Chwast raz posiany

2012-11-29. Czy dzisiaj „Modlitwy o wchodzie słońca” ktoś słucha? A może to tylko odległa historia i muzyczka dla „grzecznych panienek”?

Modlitwa o wschodzie słońca

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Lecz chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże

Wszak Tyś jest niezmierzone Dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie przed nienawiścią obroń
I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale mnie zbaw od nienawiści
Ocal mnie od pogardy, Panie!

– Ob odnom proszu – spasi ot nenawisti śpiewał Aleksander Galicz, mniej u nas znany niż Okudżawa i Wysocki. Rocznikowo od nich starszy, urodzony w roku 1918 (Okudżawa rocznik 1924, Wysocki – 1938) zaczął śpiewać w latach 50. Nieprawomyślnie. Czyli po ludzku, poza językiem i estetyką radzieckiej propagandy. Te słowa przyjął jako motto swego wiersza, do którego muzykę stworzył Przemysław Gintrowski, Natan Tenenbaum, poeta polski, którego jako Żyda ojczyzna wygnała. Mieszka w Szwecji. Polakiem być nie przestał, tak jak i Żydem.

Wiersz pt. „Modlitwa o wschodzie słońca”, wykonywany przez Jacka Kaczmarskiego, Zygmunta Łapińskiego i autora muzyki, Gintrowskiego, towarzyszył pierwszej Solidarności. Kto go nie słuchał w stanie wojennym, nie wie, o co naprawdę toczyła się gra. Bo nie tylko o powrót do grona państw świata demokratycznych. Że kiedyś ten powrót nastąpi, można się było domyślać; choć nikt, łącznie z wybitnymi sowietologami, chyba nie przypuszczał, że tak szybko! Pytanie szło także o to, jak wrócić do wspólnoty wolnych państw bez wieszania na drzewach („a na drzewach zamiast liści, niech zawisną komuniści” – po raz pierwszy to hasło spod serca usłyszałam podczas tzw. karnawału „Solidarności”), bez zatruwania gleby kraju „krwią pobratymczą”, bez zabijania rozumu nienawiścią. Przez jakiś czas się to udawało. Być może jakąś zasługę w tym miał i Natan, i mieli Jacek, Przemek, Zygmunt. Miał Adam Michnik, wyciągając milicjantów otwockich z komisariatu oblężonego przed wrogi tłum.

Karnawał Solidarności

Kto „tej wiosny” nie przeżył w naszym kraju, nie wie, czym był zaduch PRL-u. Powstanie „Solidarności” było jak otwarcie okien. Ale przecież nie wszyscy byli zachwyceni tym przeciągiem. Ci, którzy byli w obozie władzy, wraz z rodzinami, liczyli się w miliony. Podziały szły pośrodku rodzin i przyjaciół. O tym mówiło się już wtedy. Tak w historii bywało i wcześniej. Pamiętam rozmowę z mocno wówczas starszą panią, Żydówką, przedwojenną komunistką. Opowiadała o podziałach w mieszczańskich, często zamożnych rodzinach żydowskich. Starsi nie mogli rozumieć młodych, którzy stawali się nielegalnikami z KPP, siedzieli po więzieniach, wierząc, że walczą o „sprawiedliwość społeczną”. Do młodych nie docierały żadne argumenty. Oskarżali rodziców o „wyzysk społeczny”, klapki na oczach, w oczy im mówili, że należą do klasy skazanej na zagładę.

Zima roku 1981 była ciężka nie tylko z powodu wyłącznie octu w sklepach (to dałoby się przeżyć!), ale także ze względu na atmosferę w wielu rodzinach. Kłótnie o politykę przenosiły się za stoły świąteczne. Wiele Sylwestrów odbyło się w okrojonych składach, bo jeden przyjaciel okazywał się zabetonowanym komuchem, drugi nawiedzonym solidaruchem.

Podstawę teoretyczną dawały lektury. Uświadamiały genezę podziałów. Można było kupować jawnie publikacje wydawane bez cenzury (kto, tak jak ja, zaopatrywał się w stoisku w Regionie Mazowsze przy Mokotowskiej?). Czytało się i poważne opracowania historyków czy ekonomistów (naukowe, a więc zachowujące obiektywizm, wreszcie cenne , bo bez cenzury!), i brednie pisane przez ludzi napędzanych pragnieniem zemsty, natychmiastowego rozliczenia się z reżimem i jego żyjącymi tuż obok – w rodzinach, miejscach pracy – przedstawicielami. Także w aspekcie historycznym. W wielu tego rodzajach publikacji na powierzchnię wypłynął antysemityzm. Wygodny był dla wielu. I dla przedstawicieli „prawdziwych Polaków”; nie tylko tych z tradycjami endeckimi, a nawet oenerowskimi, którzy do „Solidarności” trafili np. z ROPCiO, ale i tych skomunizowanych, spod znaku organizacji „Grunwald” i tygodnika „Rzeczywistość”. Pożyteczny był i dla propagandzistów pezetpeerowskich wskazujących za pomocą wielu „wrzutek”, jak Żydzi opanowali KOR i „Solidarność”, działając przeciw państwu wprawdzie ludowemu, ale tak pięknie polskiemu.

Pamiętam podziały w redakcji, w której pracowałam. Pewna koleżanka – okazała się szczerą patriotką, nienawidzącą Żydów – o drugiej opowiadała, że jest „gestapówką Solidarności”. O późniejszych zachowaniach podczas tzw. weryfikacji dziennikarzy nie chcę nawet myśleć. Wspomnę tylko, że szczera patriotka przystąpiła do obozu solidarnościowego już po roku 1989. A przynajmniej do pewnego odłamu tego ruchu. Tego, który wspierał wówczas Wałęsę.

Czas „wojny na górze”

Stan wojenny był kolejną odsłoną nienawiści. Pominę go, jakkolwiek chętnie bym przeczytała opis tego ponurego czasu dokonany przez dobrego psychologa społecznego. Na pewno tam by odnalazł źródło choroby, która dzisiaj narusza tkankę naszego społeczeństwa. Analiza wykazałaby na pewno jedno: nienawiść raz posiana jest chwastem, który wciąż się odradza.

Po krótkim okresie radości, po wygranych bezapelacyjnie, choć nie całkiem wolnych wyborach (co zresztą wpłynęło na ewolucyjne, niemalże bezkonfliktowe przejmowanie pełni władzy, które był „haniebne” dla tych, którzy kochali rewolucje i wieszanie), głowę zaczęli podnosić zwolennicy przejęcia pełni władzy szybko i boleśnie. Poeci jeszcze wprawdzie nie mówili o pożytkach z wieszania – ale pewno je przemyśliwali, reżyserzy jeszcze nie nawoływali do strzelania do dziennikarzy „gwiazd śmierci” (nawiasem: zupełnie odjazdowe nawiązanie do filmu „Gwiezdne wojny” czy gier komputerowych, które są dla pewnych umysłów bardziej prawdziwe od rzeczywistości). Do tego dopiero tworzył się wtedy klimat.

Hasło do „wojny na górze”, wynikające z przekonania, że umowy są od tego, aby je łamać (myślę o umowie zawartej przy Okrągłym Stole), że rozliczenia są potrzebne, aby oczyszczać atmosferę (skądinąd to filozofia Stalina, który bardzo był za czystością), że liczy się tylko „siekierka”, dał Lech Wałęsa. Powstało wiele książek, z „Wodzem” Jarosława Kurskiego na czele, gdzie młody autor jakże trafnie napisał: „symbioza między Lechem a braćmi Kaczyńskimi nie polega na wzajemnym zaufaniu, szacunku czy lojalności, lecz na zbieżności interesów i politycznym pragmatyzmie. Wałęsa daje braciom siłę motoryczną, jest dla nich jednocześnie lokomotywą i transparentem, natomiast Kaczyńscy dostarczają Wałęsie niezbędnej ideologii, która usprawiedliwia jego działania i ambicje”. Pragmatyka, zero etyki.

Te książki i publikacje pokazują tylko powierzchnię, w pełni nie ujawnią zapewne nigdy, na ile Lech Wałęsa sam poczuł się sfrustrowany, że jest „tylko” przewodniczącym „Solidarności”, a na ile włożono mu to do głowy (Oriana Fallaci wprawdzie twierdziła, że zostania prezydentem był pewny już w czasach „karnawału”). Postanowił zostać prezydentem. Musiał zostać prezydentem. Wprawdzie prezydent nie miał pozycji mocnej w naszym kraju, ale „siekierka” i to by zmieniła. Pamiętamy, co było potem. Twierdzę, że skutki tych dalekosiężnych kalkulacji, czy może tylko tego przerostu ambicji, odczuwamy do dziś. To był prawdziwy chwast posiany w naszym ogrodzie.

Wojna przeniosła się na dół. Zaczęły fruwać epitety, posądzenia o zdradę (zdrajcami byli niektórzy uczestnicy Okrągłego Stołu, nad udziałem tych właściwych, bo swoich, litościwie milczano), o związki z komuchami, z Ruskimi, z Niemcami, o bycie Żydem. Nawet premier Mazowiecki dał się nakłonić do udowodnienia historycznie polskiego pochodzenia… Znowu nienawiść podzieliła rodziny. I zagościła w nich na dłużej. Skołowani ludzie, nie rozumiejący, o co gra idzie, gotowi byli głosować na „milionera znikąd”, aby tylko dać wyraz niechęci do tego rodzaju ostrego sporu. Jego filozofia była dla większości obywateli niezrozumiała, skryta pod powierzchnią. Jawna była za to nienawiść. Znowu dzieliła przyjaciół. Tylko postkomuchy się śmiały: taka to wasza solidarność, to tylko zwykła walka o koryto. Kto te spory rozumiał, zwłaszcza po woltach w wykonaniu tych, dla których wczorajszy komiliton z walk o Wałęsę, jutro miał być zapiekłym wrogiem, zwolennikiem agenta „Bolka”?…

Z tego okresu pamiętam zdanie napisane w „Tygodniku Solidarność” przez Teresę Bochwic, dzisiaj także aktywną, choć już przeciwko Lechowi Wałęsie, dla której był wtedy idolem. „Polityka to nie zabawa dla grzecznych panienek”, stwierdziła. A ja pomyślałam, że także nie walenie pałą na oślep. I tak myślę do dzisiaj.

Alina Kwapisz-Kulińska

PS Mam nadzieję, że „krew pobratymczą” Czytelnik tego tekstu poprawnie skojarzy z zakończeniem „Ogniem i mieczem” – w odróżnieniu od polityków i propagandystów PiS-owskich, którzy z wyuczoną bezradnością (termin też z PRL-u) nie mogą zrozumieć, że „dożynanie watah”, o którym mówił Radosław Sikorski, trzeba czytać w konwencji Sienkiewiczowskiej Trylogii, jak rozprawianie się z niedobitkami hord nieprzyjacielskich, a nie jako fizyczne unicestwianie przeciwników politycznych. Ale kłamstwa, przeinaczenia, manipulacje to temat na inny tekst.

Fot. nr. 1 Tomasza Wierzejskiego z cytowanej książki J. Kurskiego.

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. SAWA 2012-11-30
  2. Anna Malinowska 2012-12-01
  3. Aleksy 2012-12-01
  4. Incitatus 2012-12-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com