Czytanie narodowe

Zdanie odrębne

05.10.2020

Wszystko teraz jest narodowe; nie ma miejsca na to, co społeczne, a tym bardziej indywidualne… Narodowe czytanie wcale nie znaczy, że naród czyta; raczej nie czyta. Wszak naród to byt wyobrażony, a nie rzeczywisty; wymyślono go późno, dopiero w XIX wieku. Wcześniej były plemiona: Wikingowie, Gallowie, Germanie…, czy Słowianie, a wśród nich my – Polanie[1]; plemię jak tamte – niepiśmienne i nieczytające.

Dzisiaj, kiedy wszyscy umieją czytać, większość woli oglądać narodowe media, czyli TVP (z przybudówkami), które szczują jednych na drugich. Ale Polak to lubi, choć jako katolik, czyli hipokryta nie chce się do tego przyznać. Z lubością ogląda, jak ktoś – polityk, dziennikarz, komentator – w jego imieniu, albo wprost za niego – szydzi z innych: komunistów, złodziei, morderców, pasożytów, zboczeńców (seksualnych oczywiście!), zdrajców oraz z wszelkiego innego uosobienia zła, jakie na niego czyha, a wraz z wejściem Polski do Unii zalewa nasz „ukochany Kraj, umiłowany Kraj”… Szczucie to żywioł Polaka, uprawiany na dwa sposoby: szczucie bierne – z telewizora (i z radia) oraz szczucie czynne, czyli hejt, które sam wrzuca w Internet. Skoro szczuje państwo, dlaczego nie może zwykły obywatel?

Mimo takich zamiłowań natura Polaka jest czysta (fizycznie), nieskalana (moralnie), niezłomna (jak u prezydenta), wiecznie upokarzana i cierpiąca (jak u Chrystusa); jest wciąż nierozumiany przez historię i sąsiadów, bity po dupie, plecach i głowie… A przecież jest przedstawicielem narodu mesjańskiego, czyli wybranego (jak Żyd w dawnych czasach); dzieje nowożytne Europy i świata są tego niezbitym dowodem. Dopiero teraz, w dobie kaczyzmu, Polak wetuje sobie, czyli wynagradza wszystkie poniesione krzywdy i straty, które go spotkały w przeszłości, spotykają w teraźniejszości i zapewne spotkają w przyszłości.

*

Mimo tych niesprzyjających okoliczności nic mu nie przeszkadza raz do roku uczestniczyć narodowym czytaniu – imprezie pod patronatem prezydenta, czyli osoby nie najważniejszej w państwie, która – robiąc „bardzo polskie miny”, półobroty i skłony – pierwsza rozpoczyna lekturę wybranego utworu. W tym roku była to Balladyna Juliusza Słowackiego[2] – dramat piękny, mroczny i zagadkowy… Dlaczego ten, a nie inny? Bo tak zdecydował naród w plebiscycie poprzedzającym narodowe czytanie. A głos narodu to głos Boga – jak mówi osoba w państwie najważniejsza, która jednak nie czyta na głos. Może po cichu – sobie, u siebiedla siebie…

Balladyna to utwór o braku moralności prywatnej i publicznej zarazem, osnuty na kanwie siostrobójstwa (choć w naszej „męskiej” kulturze podciąga się je pod bratobójstwo; znane są też: matko- i ojco- tudzież dzieciobójstwa, czyli zbrodnie na osobach najbliższych, tej samej krwi, które zdarzają się pod każdą szerokością geograficzną). Można domniemywać, że Słowacki pozazdrościł Mickiewiczowi ballady pt. Lilje (1822), w którym „pani zabija pana” (przykład mężobójstwa) i napisał romantyczny dramat pt. Balladyna (1834). Jest to właściwie baśń polityczna, w której prehistoria oraz to, co urojone (nimfa) przeplata się z tym, co rzeczywiste i nowoczesne (hrabia). Jak to w życiu…

Treść utworu jest pogmatwana i zawiła. Najpierw dobry król Popiel zostaje pozbawiony władzy przez okrutnego brata, potem pojawia się szlachetny Kirkor, który zapowiada walkę o sprawiedliwość i przywrócenie tronu prawowitemu władcy. Ingerująca w ludzkie losy Goplana (rzecz bowiem rozgrywa się nad jeziorem) chce skojarzyć hrabiego z jedną z sióstr (Alina i Balladyna). Jednak pan woli, by dziewczyny powalczyły o niego, zbierając jagody (antyfeminizm); niech też proste chłopki zabiegają o względy arystokraty (wątek klasowy): „Która więcej malin zbierze/ tę za żonę pan wybierze”.

Alina jest lepsza w zbieraniu, więc ginie od noża Balladyny, która w ten sposób rozpoczyna bezwzględną walkę o męża i tron. Po kolei eliminuje świadków swej zbrodni, a kiedy usunęła rzeczywiste przeszkody na drodze do szczęścia i władzy, zaczyna wydawać wyroki na urojonych oponentów. W końcu „miara się przebrała” i potrzebna jest ingerencja sił natury. Ponieważ romantyzm zafascynowany był elektrycznością, w roli egzekutora występuje piorun[3], który śmiertelnie razi zbrodniarkę. W tym „doskonałym studium człowieka ogarniętego żądzą władzy” dobro znów bierze górę nad złem – zapewne tylko na jakiś czas…

*

Balladyna to dramat tyleż anachroniczny co współczesny; spór o nią rozgorzał, kiedy Adam Hanuszkiewicz kazał Chochlikowi i Skierce jeździć hondami[4] na scenie teatru, co – w pewnym stopniu – przysłoniło ponadczasowe problemy, jakie niesie sztuka: walki władzę, intrygi i korupcji politycznej, ferowania niesprawiedliwych wyroków, poszukiwania wroga etc. Jest tam cała gama spraw ściśle związanych z polityką, które przebijają się przez nieścisłości historyczne oraz poetycko-filozoficzne niekonsekwencje.

Trudno wyczuć, czym podyktowany był wybór Balladyny jako lektury roku 2020? Może jest to wyraz dojrzałości społeczeństwa, które zadowala się aktem czysto symbolicznym i w ten sposób odcina się od: nienawiści, resentymentu, zawiści, zazdrości – jako metod i sposobów dochodzenia tudzież sprawowania władzy. Być może wystarcza nam sceniczne katharsis?

A może to jednak rzeczywisty obraz polskiej natury – zbrodniczej jak Balladyna. Która morduje z niskich pobudek, jak to się działo tuż po wojnie na Podkarpaciu, najbardziej „religijnym” fragmencie Polski. Otóż właśnie tam bandy złożone z niedobitków rozmaitych formacji zbrojnego podziemia napadały pociągi, którym wracali ich siostry i bracia, wywiezieni wcześniej na roboty do Niemiec. Bandyci przekonani, że powracający wiozą ze sobą jakieś wielkie dobra, przy współpracy kolejarzy kierowali pociągi na bocznice, wyciągali ludzi z wagonów i mordowali w pobliskich lasach i zagajnikach. Zdarzyło się, że ojciec zabił córkę wracającą do domu z wojennej tułaczki, a ciało wrzucił do studni (jest więc i córkobójstwo!). Do dziś w okolicach Rzeszowa, Przeworska i Przemyśla są w lesie miejsca, gdzie ludzie boją się wchodzić, boją się głośno mówić… Dla zainteresowanych powojennym bratobójstwem nie na Żydach, Ukraińcach – tylko na Polakach, podaje adres:

https://www.onet.pl/informacje/onetrzeszow/las-smierci-za-nic-ich-zabijali-za-pare-srebrnych-lyzek-albo-stare-ubrania/q6k2qby,79cfc278

Powojenna prokuratura nie wszczynała śledztw, nie wytaczano procesów. „Jesteśmy bowiem plemieniem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem odkupionym”… Mamy swoją moralność, swoje prawo i swoją sprawiedliwość; żyjemy w kraju prawdziwej – nie rzekomej wolności; to od nas świat może się uczyć tolerancji – mówi premier[5], potrafimy ogłosić koniec pandemii, zanim się ona rozleje na dobre, zaś z najważniejszej osoby w państwie zrobić wicepremiera. Kto nam zabroni, w imię czego? Przecież daliśmy światu papieża, który jest święty, czyli ważniejszy od tego, co jeszcze żyje i naucza, jak szanować drugiego człowieka[6].

W roku Pańskim 2020 sytuacja uległa radykalnej zmianie. Primo – w zabijaniu na dużą skalę wyręcza nas pandemia. Secundo – ludzie zabijają się sami (samobójstwa); coraz częściej są to dzieci – od kilku do kilkunastu lat. Tertio – niepotrzebna jest romantyczna aura, ponieważ wieść gminna o śmierci człowieka roznosi się błyskawicznie i na nikim nie robi większego wrażenia.

J S

Przypisy

  1. Jeden z najbardziej rozpoznawanych historyków dobrej zmiany, profesor z Krakowa lansuje teorię, wedle której nazwa „Polanie” wzięła się z polania wodą chrzcielną. Przypomina to etymologię ludową nazwy „Sandomierz” – miejsce, w którym San domierza do Wisły, albo słowo „szlachta”, które Słowacki wywodził „z Lacha” (w poemacie Król-Duch
  2. W ubiegłym roku było to Wesele Wyspiańskiego, Gdyby suweren albo jego opiniotwórczy przedstawiciele przeczytali wcześniej książkę Piotra Augustyniaka pt. Wyspiański. Burzenie polskiego kościoła (Kraków 2019), z pewnością nie wybrano by Wyspiańskiego – „artysty, który przejrzał nas na wylot”, potrafił nazwać „nasze lęki, uprzedzenia i absurdalne zachowania”, „sposoby, za pomocą których niby marionetkami steruje nami jeden i ten sam narodowy żywioł”.
  3. Jak pamiętamy, za sprawą Mickiewicza, piorun (kulisty) zabił też ojczyma Słowackiego – doktora Becu’ (w III części Dziadów), który kolaborował z Rosjanami.
  4. W Teatrze Narodowym (1974).
  5. „Chwalimy się, że mieliśmy kraj wielokulturowy. Ale to był tylko kraj kilku odseparowanych kultur żyjących obok – nie razem. A my chcieliśmy ten kraj sarmatyzować. Odbieraliśmy inteligencję prawosławną prawosławnym. Żydom odbieraliśmy żydowską. Jakim cudem mogliśmy mieć wielokulturowe imperium, skoro koniecznie chcieliśmy mieć katolickie państwo? Nigdy nie mieliśmy imperialnego potencjału, bo wszystko chcieliśmy mieć polsko-katolickie”. Wypowiedź Andrzeja Walickiego dla tygodnika „Polityka”, nr 38 (3279) /2020.
  6. Podobno w niektórych polskich parafiach proboszczowie nie uznają papieża Franciszka i każą modlić się za ‘naszego’…
Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com