Jerzy Dzięciołowski: Piękna i bestia

12.10.2020

Jaka ładna data: 10.10.2020: Polka podbija Paryż. Rok wcześniej, dokładnie tego samego dnia Olga Tokarczuk zdobywa Nobla. To Polska właśnie: Robert Lewandowski i cztery gole wbite Realowi Madryt, najlepszej piłkarskiej drużynie XXI wieku. I 19-latka, Iga Świątek z Raszyna pod Warszawą, której nazwiska w tempie przyspieszonym uczą się dziennikarze światowych agencji, która wygrywa French Open, startuje z 54 pozycji w rankingu najlepszych tenisistek na globie, w wielkim stylu, nie tracąc seta z czternastu możliwych.

Pierwsza Polka, zwyciężczyni szlema w ponurym czasie pandemii i rozsypywania się ładu w Polsce i na świecie. Pojawia się jak postać z nieznanej baśni o Władczyni Nadziei, że może będzie inaczej. Najpoważniejszy dziennik świata, The New York Times pisze: Iga Świątek zmiotła rywalki. Jest zjawiskowa.

Prasa sportowa opisuje ją jako tenisistkę kompletną. Piłki uderzane przez Igę lecą z szybkością 170-180 km/h w miejsce wybrane. Moc uderzeń na poziomie mężczyzn z okolic drugiej setki tenisistów światowego rankingi. To sprawia, że w tej decydującej chwili rywalki Igi nie mają czasu ustawić się do odbicia piłki. Iga jest elegancka na korcie i sympatyczna od pierwszego wejrzenia. Na jej twarzy, ciągle dziecięco naturalnej nie widać, że mierzy się nie tylko z rywalką, ale i z bestią.

Bo tenis, sport piękny, jest też okrutny. Kto nie gonił za żółtą piłeczką, ten nie zrozumie, jak potrafi być niszczący. Przy pierwszym secie wygranym i stanie 5:1 i 30:0 w drugim secie, o dwie piłki od wygranej w meczu, coś się zacina. Znawcy nazywają to „strachem przed wygraną”. Nie lubię tego wyniku. Szczęście było tak blisko, a faworyt płynie. I to ja mam teraz strach w oczach.

Są zawodnicy, którzy nie potrafią uderzyć rozstrzygającej piłki. Iga gra jakby o tym nie wiedziała. Dlatego wychodzi ze stanów bliskich przełamania 15:40 i dlatego wygrywała swoje sety w Paryżu 6:1, 6:2. I „załatwiła” Kenin w finale, w decydującym momencie jednym kończącym uderzeniem.

W telewizyjnym przekazie nie widać, jak żarłoczną bestią jest tenis. Kto doświadczył wymiany uderzeń w liczbie piętnastu lub osiemnastu, kiedy zaczyna brakować oddechu, mdleje ręka, nogi i cała reszta i ratuje się uderzanym skrótem, ten wie, na co się zamierza. A przecież w amatorskim tenisie są uderzenia rodem z piaskownicy. Pięciosetowe, trwające pięć godzin pojedynki to męczarnia granicząca z odczłowieczeniem. Ci, którzy przez cztery godziny uderzają za każdym razem piłkę z największą mocą wyglądają w piątej godzinie pojedynku jak postaci mechaniczne nakręcane podświadomością, że trzeba biec, trzeba wstać z krzesełka, jeszcze raz uderzyć, zanim skończy się ten koszmar i ciało pokaże widowni, że wiotczeje.

Iga zaczynała z łopatką od piaskownicy, tyle że nie była to piaskownica a „mączka” na ziemnym korcie, na który tata dowoził starszą siostrę na treningi, a z młodszą coś trzeba było zrobić. Ci, którzy się zapiszą do „świątkomanii” i zaczną katować swoje małolatki, żeby poddać je i siebie nadziei Wielkiego Szlema — muszą najpierw sprawdzić, czy w nich samych jest gen mocy, cierpliwości i poniesienia konsekwencji, także finansowych, przegranej. Wyuczenie tenisisty do poziomu zawodowego to w Polsce około 800 tysięcy złotych.

A to dopiero początek, bo dalej muszą być koszty treningu poza krajem i, bagatela, talent. Znany tenisista powiedział, że jak Wojciech Fibak (zamożny z domu) ruszył na podbój świata, on miał 8 lat i rozpoczął pogoń za Fibakiem z deską do krojenia mięsa w charakterze rakiety. Też popadłem w pogoń za Fibakiem. Miałem drewnianą ramę od rakiety, którą uzupełniłem żyłką nr 1 na szczupaki. I byłem gościu, bo posiadałem też kolorowy magazyn o tenisie po angielsku, z którego nic nie rozumiałem. Z braku innych możliwości odbijałem piłki o płot, w którym nie było szpar, ale za to były kanty od desek i piłki oddalały się z pola gry. Piłki zdobywałem z urobku po zawodowcach. Z prawdziwych kortów, które miały tę zaletę, że nie nasiąkały, bo były dokładnie pozbawione warstwy wierzchniej, co nie zmuszało mnie do nadawania piłkom rotacji.

Można założyć, że jeśli Iga Świątek poprawi pierwsze podanie i przyzwyczai się do innych kortów niż ziemne, znajdzie się w pozycji Steffi Graff, też młodej zwyciężczyni French Open, nie do pokonania latami w epoce tenisa bardziej finezyjnego, w którym Agnieszka Radwańska zachwycała zagraniami. Iga Świątek ma to coś – papiery na granie w tenisa mocnych uderzeń, a dodatkowo połączonych z urodą nietypowych zagrań kalkulowanych z zimną krwią.

I jeszcze jedno: sztuką w tym pięknym i strasznym sporcie, który uprawia na świecie 80 mln ludzi, jest wygrywanie nie wszystkich piłek, a ważnych piłek. Iga to właśnie już umie.

Jerzy Dzięciołowski

P.S.

W 2017 roku, na turnieju w Warszawie, przy ostatniej uderzonej piłce, Iga nabawiła się groźnej kontuzji. Grała z… Włoszką Martiną Trevisan, której zrewanżowała się w Paryżu za przegraną w Warszawie. Rehabilitacja trwała 8 miesięcy. Iga podniosła się z sukcesem po tej porażce jej ciała. Nie wiem, czy można być tak przygotowanym, jak Robert Lewandowski, żeby być wolnym od kontuzji. Ale z pewnością trzeba znaleźć sposób, by „Lewego” naśladować.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com