Andrzej Targowski: Z łezką w oku o Igi wielkim tenisie i wspomnieniach

14.10.2020

Na stulecie polskiego tenisa, bo 100 lat temu Jadzia Jędrzejowska (1912-1980) już grała w tenisa, ponieważ jak twierdziła w swojej książce „urodziła się na korcie”. A w 1921 r. był już Polski Związek Tenisowy. Nawiasem mówiąc, w 1971 r. organizowałem jubileusz 50-lecia PZT, nie wiedziałem, że mogę „dociągnąć” do setki.

W Polsce wielki talent tenisowy rodzi się mniej więcej co 25 lat. W latach 30. XX w. i po wojnie dominowała J. Jędrzejowska, ale wkrótce dołączył do niej Władysław Skonecki (1920-1983), który w latach 1940-50 wygrał turnieje w Budapeszcie, Monte Carlo, mistrzostwo W. Brytanii i Zachodniego Berlina, kiedy uciekł z PRL.

Był amatorem (bez pieniędzy jakie mają zawodowcy obecnie, ponieważ zawodowy tenis był wtedy w powijakach, z wyjątkiem dwóch tzw. cyrków). Po powrocie do kraju w meczach Pucharu Daviesa wygrywał na Legii z każdym. W sumie rozegrał ok. 600 meczów, z których 400 wygrał (67%). Potem w latach 70. XX w. zaczął brylować Wojciech Fibak (1952-), który był przez kilka lat najlepszym deblistą świata (48 wygranych turniejów) a w singlu wszedł do b. ciasnej trzynastki (1977; 15 wygranych turniejów). Potem zapanował okres Agnieszki Radwańskiej (1989-), która weszła do finału Wimbledonu i wygrała na koniec sezonu turniej Masters, plasując się na drugim miejscu w świecie.

Teraz „królowa umarła, niech żyje nowa królewna” Iga Świątek (2001-), która jako jedyna z rodaków w historii wygrała szlemowy turniej French Open w 2020. Wygrywa dzięki strategii dobrego boksera, „broni się przed ciosami i uderza tam, gdzie przeciwnik się odkrywa”. Podobną strategię stosował mistrz bitwy Napoleon Bonaparte.

Tej oczywistej strategii nie widziałem ostatnio u naszych zawodniczek. Grają „pipszcztoka na rakietę na środek kortu” jakby grały z trenerem i czekają na błąd przeciwniczki. Natomiast Iga była dzielna i brawurowa, a jak mówił Ignacy Mościcki owe cechy są najpiękniejszym przejawem życia. I dlatego tak podobała nam się gra i sylwetka Igi w Paryżu.

Sport obecny trudno porównywać z tenisem przedwojennym czy w PRL. Przed wojną Jadzia Jędrzejowska była b. niezamożną osobą, nie miała żadnego sponsora ani sztabu szkoleniowego. Zaczynała od zbierania piłek zamożnym graczom. Mimo takiego początku była 3 razy w finale French Open i wygrała go w debla (tym samym roku była w obu finałach, Iga była omal). Była także w finale Wimbledonu, gdzie w 3. secie prowadziła już 4-1 i wygrała piłkę gemową na 5-1, ale Amerykanka Dorothy Round zaprotestowała, że sędzia uznał jej piłkę za autową po stronie Jadzi. Wówczas sędzia spytał się Polki „jaka była piłka?” Jadzia odpowiedziała, że „dobra”. Amerykanka wygrała gema, set i mecz.

A gdyby było 5-1 i nie było przerwy na dyskutowanie jaka była piłka, to by i wygrała mistrzostwo. Potem ktoś powiedział jej „Jadźka, ale tyś głupia, dlaczego nie powiedziałaś, że był aut, skoro był aut”. A ona na to „nie chciałam, by mi powiedziano, że wygrałam przy zielonym stoliku”. W czasie wojny król Szwecji uzyskał zgodę u Niemców na wyjazd Jadzi do Szwecji, aby z nim grała. Ale ona odmówiła, „moje miejsce jest z rodakami”.

Iga gra podobnie do niej. Jadzia miała silny forehand drive, czyli jak dzisiaj mówimy topspin, który rozrzucał przeciwniczki po korcie, a potem kończyła świetnym płaskim skrótem. Jadwiga Jędrzejowska swój ostatni tytuł mistrzyni Polski zdobyła w 1961 r., kiedy miała 49 lat. W 1955 r. zdobyła mistrzostwo w Poznaniu, gdzie i ja startowałem („wybijający się junior”), ale przegrałem na kortach AZS po prawie 4,5 godzinach gry w słońcu w pierwszej rundzie.

Prócz Jadzi Jędrzejowskiej przed wojną i po wojnie mieliśmy świetnych tenisistów jak Maks Stolarow (1908-1965), bracia Ignacy (2011-2000) i Ksawery (1919-1985) Tłoczyńscy (powstańcy warszawscy), Kazimierz Tarłowski (1915-1943 zamordowany w Oświęcimiu), dobrze zapowiadający się junior Bohdan Tomaszewski (1921-2015), Józef Hebda (1906-1975), czy Zbyszek „Kuluś” Bełdowski (1915-1943), obaj uczyli mnie zawodniczego tenisa. Po wojnie dołączył do nich W. Skonecki, Józef Piątek (1922-2005), Andrzej Licis (1932-, „uciekł” do Francji) i Wiesiek Gąsiorek (1936-2002, miał ówczesny światowy rekord meczu -126 gemów w przegranym meczu z Rogerem Taylorem (pokonał Rod Lavera) na drewnianym korcie w Hali Gwardii w 1966 r.), Jan Radzio (1931-bd) grający pod końcową linię z dokładnością rolexa, oraz Włodzimierz Olejniszyn (bd) ze świetnym „szlajsem” (podcinana od dołu piłka) z obu stron, grał elegancki tenis w długich białych spodniach, i inni.

PRL mieliśmy tylko 700 kortów ziemnych, które wymagały kosztownej konserwacji. Tenis nie był wówczas sportem olimpijskim, więc nie miał dobrego finansowania. Ponadto był uznany za sport elitarny a w praktyce w Warszawie był uprawiany przez tzw. czarną reakcję. Były wówczas dwa wentyle zachodnie w Polsce. Jazz w Katakumbach (organizowany przez Leopolda Tyrmanda, któremu w tym pomagałem, ponieważ lubił grać ze mną na Agrykoli, a potem nasza sekcja tenisowa Polonii organizowała owe koncerty w baraku obok kortu na ul. Emilii Plater, a ja w pudełkach tekturowych po czeskich piłkach Fatra wynosiłem gotówkę z pełnej sali, aby nas nie okradli) i mecze międzynarodowe na Legii, gdzie 4000 miejsc było wykupionych na pniu. A co najważniejsze liczono po „angielsku”. Potem my, juniorzy, też liczyliśmy na polskich turniejach po angielsku. I tak nam już zostało do dzisiaj.

W 1971 r. Tadeusz Nowicki (1946-) doszedł aż do 4 rundy French Open (przegrał ze zwycięzcą Ilią Nastaze, późniejszy nr 1 w świecie) i dostał premię 800 dol. Przyszedł do mnie (prezesa PZT) i chciał je zwrócić, bo był amatorem. Powiedziałem „Tadziu, uciekaj i nic nie mów nikomu”. Kupił sobie potem używaną Zastawę 1100. Wygrał międzynarodowe mistrzostwo Węgier w Budapeszcie ze świetnym Andreasem Gulyasem, czołowym tenisistą Europy, przy sprzeciwie na wyjazd Zarządu PZT, który chciał, by wygrał „Sopot”, ponieważ „dobrze grał”.

Jeśli tak to niech wygra „Budapeszt”, powiedziałem, gdzie panował „socjalizm z gulaszem” i stać ich było na zaproszenie dobrych zawodników. Do Sopotu przyjeżdżali nieznani tenisiści z NRD i ZSRR. Żaden dobry tenisista nie chciał do nas przyjeżdżać, ponieważ nie płaciliśmy nagród. Wprawdzie red. Andrzej Roman radził, byśmy w nagrodę dali np. 10 świetnych aparatów fotograficznych Exacta Varex (Zeiss) z NRD, ale nie mieliśmy w ogóle pieniędzy na nic, poza zakupieniem pucharu kryształowego i papierowych dyplomów. Nowicki doszedł do finału, przegrał dwa sety i w trzecim przegrywał, publiczność zaczęła opuszczać stadion, ale ocknął się i wygrał mecz. W 1973 r. w drodze do półfinału w Monte Carlo pokonał (później sławnego 5-krotnego mistrza Wimbledonu) Björna Borga. Umiał świetnie i ładnie grać.

Dziś niech młode przyszłe gwiazdy tenisa nie narzekają na trudne warunki rozwojowe po zapoznaniu się z warunkami uprawiania tenisa w PRL.

Przykład. Szwajcarzy zaprosili naszych tenisistów (Nowicki, Rybarczyk i Niedźwiecki) na kilka turniejów i pokrywali koszty. Po paru turniejach dzwoni do mnie chyba Tadzio Nowicki, że nie mają za co jeść w dniach między turniejami. Wygrywają turnieje, ale nie widzą wygranych nagród i ich zapasy i gotówka z domu skończyła się. Natychmiast zatelefonowałem do szwajcarskiego prezesa (zapewne milionera), który zdziwił się, że Polacy nie mają pieniędzy. Oni planowali wypłacić nagrody po zakończeniu wszystkich turniejów, a jedzenie i spanie gwarantowali w dniach turniejowych. Natychmiast wypłacono naszym należne nagrody i nie musieli głodować.

Jak nasz junior, który w 1964 r. wziął udział we French Open. Byłem zbiegiem okoliczności wtedy w Paryżu, spytałem się, dlaczego przegrałeś? A bo nie zjadłem śniadania. Oszczędzał, aby kupić sobie pewnie nylonową białą koszulę, jakie wówczas były popularne.

Podobna sytuacja była z wyjazdem juniorów na zaproszenie Belgów. Przyjechali dzień wcześniej, ale hotel i wyżywienie było zapewnione od pierwszego dnia turnieju. Co robić? Szczęśliwie kierownik naszej drużyny, działacz z klubu „Warszawianka”, kol. Marian Ziętarski zadzwonił do kolegi z obozu koncentracyjnego, który zaopiekował się naszą tenisową młodzieżą. Mamy rozgrywać mecz pucharu Daviesa z Monte Carlo a pierwsza drużyna odmawia, ponieważ… muszą wyjechać na turniej do Libanu. Wszak płacili pod stołem po 500 dol. wg. aktualnej wartości ok. 3000 dol.

Zachodzi pytanie, czy w biednym kraju można grać wielki tenis? W Europie Wschodniej jakoś to nie wychodziło. Ale w Ameryce Łacińskiej jak np. w Argentynie, Chile czy Kolumbii mają świetne wyniki, ponieważ tenis jest możliwością wydostania się z pętli niedostatku. Po upadku bloku radzieckiego tenisiści z tych krajów wiodą prym w światowych rankingach. Np. w 4-osobowym półfinale kobiet we French Open 2020 były cztery Słowianki: Polka, Czeszka, Ukrainka z Argentyny i Rosjanka z USA. Natomiast Serbowie i Chorwaci oraz emigranci z b. Jugosławii w Kanadzie mają świetnych graczy — a po kilka Czeszek i Słowaczek bryluje w każdym turnieju. Dwie Polki wybrały niestety Danię (K. Woźniacki) i Niemcy (A. Kerber). Był czas, że i Rosjanki dominowały na czele z Marią Szarapową. Teraz Ukrainki grają lepiej od nich a Białorusinka Viktoria Azarenka jeszcze się trzyma.

Jaką ma wartość wygranie szlemowego French Open? Otóż ma dużą, bo jest po Wimbledonie turniejem z najdłuższą tradycją i gra się na ziemnych kortach. Na takiej nawierzchni wygranie punktu trzeba skonstruować. Nie da się grać tylko na siłę i instynkt jak na kortach twardych. Tu w zwolnionym tempie daje o sobie znać technika, posiadana albo jej brak. Kto ma z nią na bakier — nie ma szans w Paryżu.

Tenis uprawia ok. 60 milionów ludzi na świecie. Tyle samo co golf, ale 3,5 razy mniej od liczby uprawiających badminton. Ale w odróżnieniu od tych sportów tenis jest grą umysłową i dużym wysiłkiem fizycznym. Po meczu bokserskim i biegu 3000 m z przeszkodami mecz tenisowy jest na 3. miejscu pod względem koniecznego wysiłku fizycznego. Jest to gra indywidualna i nie można przeczekać zmęczenia jak w grach zespołowych. Nie można poczekać aż piłka się poturla do gracza, trzeba ja uderzać z pierwszego kozła albo woleja. Poza tym jest grą trudną technicznie, po 3 latach treningu dopiero zaczyna się trafiać nieźle w piłkę, po 5 zaczyna się mieć przyjemność z gry; o ile ma się dobrego partnera/partnerkę. I to zniechęca wielu początkujących, zwłaszcza młodych wychowanych na błyskawicznych grach komputerowych.

Z drugiej strony tenis ma wiele zalet. Uczy wytrzymałości, dbania o ulepszanie techniki w pracy nad sobą. Gra się do ostatniej piłki, szanuje się lepszego gracza, bo dzięki niemu/niej można czegoś się więcej w tenisie nauczyć. Dobry gracz woli zawsze grać z lepszym graczem.

Tenis uczy, jak przegrywać i gratulować przeciwnikowi, co potem łagodzi konflikty w pracy i rodzinie. Tenis to nie tylko granie, ale również czynna obecność w środowisku, przyjaźnie z innymi graczami, rozwijanie znajomości, które rozwijają osobowość i stwarzają nowe możliwości dzięki nowym i wartościowym kontaktom. Masz kłopoty? Zagraj w tenisa i zapomnij o nich. Miej odskocznie od zmagań życia.

Przynosi także wzruszenia, jakich ostatnio przysporzyła nam Iga, której sukces w Paryżu wycisnął niejednej osobie łezkę w oku. W tym i moim.

Czy obecni polscy tenisiści-milionerzy nie mogliby ufundować Hall of Fame (Salę Sławy), gdzie by 100-letnia historia polskiego tenisa i ostatnie dokonania w postaci przekazanych pucharów i dyplomów inspirowały następców?

Ich pozytywna odpowiedź potwierdzi ich wielkość i poza kortami.

Prof. Andrzej Targowski

Prezes PZT (1971-1972),
Honorowy Prezes Stowarzyszenia PESEL
Honorowy Prezes Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com