Waldemar Piasecki: Opowieść o prawdziwym człowieku

Gdyby nie Stanisław Jefgrafowicz Pietrow urodzony w przededniu II wojny, świat byłby już … 37 lat po atomowej III wojnie i pewnie nikt nie mógłby tego tekstu dziś czytać…

Pułkownik Stanisław Pietrow prywatnie

W literaturze wojennej wielkie dzieła epickie zdarzają się rzadko. Dość zgodnie wymienia się „złotą trójkę”: „Kaputt” Curzio Malaparte, „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya i „Opowieść o prawdziwym człowieku” Borysa Polewoja. W Nowym Jorku do dziś żyje pamięć prawdziwego człowieka, dzięki któremu nie wybuchła prawdziwa wojna atomowa. Jemu się należy powieść, którą ktoś powinien napisać. Na razie jest o nim film

Kim był ten człowiek?

Stanisław Jefgrafowicz Pietrow jest rówieśnikiem II wojny światowej. Od jednego z działaczy rosyjskiego „Memoriału” słyszałem, że imię Stanisław ma po swoim pradziadku, polskim zesłańcu-sybiraku. Nie udało mi się tego wątku w Nowym Jorku zweryfikować osobiście. Jakkolwiek potencjalnie miły, nie jest jednak najważniejszy.

Urodził się krótko przedtem, zanim Hitler ze Stalinem napadli na Polskę we wrześniu 1939 roku. Wychowywał się w tradycji Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i martyrologii 20-milionowej ofiary narodu radzieckiego. Było to tym oczywistsze, że w tej wojnie brał bohaterski udział jego ojciec. Poszedł do wojska w 1956 roku.

Potem była radiolokacyjna szkoła oficerska. Pozostał w armii na dobre.

Oficer wielkich nadziei…

W 1970 roku trafił do wojska rakietowych. Ostatnich 9 lat spędził w ściśle tajnym centrum Dowodzenia Systemu Ostrzegania przed Atakiem Rakietowym (SPRN). Znakomita kariera wojskowa (stopień majora w wieku 33 lat, podpułkownika –38) doprowadziła go do stanowiska dowodzenia SPRN. Na jego pulpicie dowodzenia finalizowała się analiza danych skomplikowanego satelitarnego systemu monitoringu aktywności rakietowej USA i NATO, zwanego „Oko”. Jej konkluzją zaś miało pozostać — w ekstremalnej sytuacji — rozstrzygnięcie o słuszności podjęciu rakietowego ataku atomowego na wroga i przekazaniu jej na Kreml. Do praktycznie „automatycznej” decyzji ataku przez I sekretarza KC KPZR.

Władza — rzec by można — niemal… boska, gdyby nie oczywisty paradoks ideologiczny tego stwierdzenia.

Przyszło mu zmierzyć się z odpowiedzialnością za nią.

Sierpuchowo-15

… zamknięte miasto, którego próżno szukać na mapie było supertajną kwaterą skąd spoglądało „Oko”. Zatrzymajmy się przy tej lokalizacji.

Sierpuchowo (bez numeracji) jest miastem odległym o 95 km od Kaługi i tyle samo od Moskwy. Kaługa ma swoje miejsce w historii litewskiej i polskiej. Tu w latach 1609-10 panował „kałuski carewicz” Dymitr II Samozwaniec ze swą wybranka Maryną Miniszchówną, znany z nieudanej próby opanowania Moskwy. W Tuszyńskim Borze w pobliżu miasta został on ostatecznie zarąbany przez Apasłuna Urusowa. Kaługa stała się historycznym miejsce zsyłek polskich, po czasy najnowsze, lata 40., kiedy więziono tu 5 tys. żołnierzy polskich. Podczas inwazji bolszewickiej na Polskę w Kałudze funkcjonowała ich kwatera główna.

W lesistych okolicach Sierpuchowa położone jest Prowino, ośrodek badań atomowych. Tam zainstalowano pierwszy na świecie akcelerator. Z kolei w Puszczynie znajduje się zespół trzech supernowoczesnych radioteleskopów służących do eksploracji przestrzeni kosmicznej. Co się dzieje w „numerowanych” Sierpuchowach już znacznie mniej wiadomo. Nawet, na którym numerze ten ciąg się kończy. W „Piętnastce” (na zdjęciu satelitarnym z Google Earth) znajdowało się newralgiczne centrum śledzenia rakietowych ruchów wroga i stosownego na nie reagowania.

Także osiedla mieszkalne rodzin personelu z pełną infrastrukturą: szkołami, sklepami, szpitalami etc. Tam na straży bezpieczeństwa ZSRR czuwał m.in. ppłk Stanisław Pietrow.

Rok 1983

… to był dziwny i groźny rok. Specyficznie w stosunkach USA i ZSRR. 10 listopada 1982 roku zmarł Leonid Breżniew, a schedę kremlowską odziedziczył po nim jego protegowany, od 1967 roku szef KGB, 68-letni Jurij Andropow. Jak pisze, piórem Davida Hoffmana, przytaczany na początku „Washington Post”, kreśląc polityczne tło służby Pietrowa: „Andropow owładnięty był obsesją zaskakującego ataku nuklearnego ze strony Zachodu i żądał od szpiegów rozlokowanych po całym świecie dowodów takich przygotowań”. CIA dysponowało na temat tej skłonności I sekretarza bogatą wiedzą. W ramach wojny psychologicznej prowadzono z ZSRR swoiste ćwiczenia testujące ich reakcje, m.in. z wykorzystanie manewrów floty amerykańskiej w rejonach strategicznych bastionów sowieckich i baz atomowych łodzi podwodnych na Morzu Barentsa.

23 marca 1983 roku po słynnym wystąpieniu Ronalda Reagana na temat „Gwiezdnych Wojen”, mających zadecydować o konfrontacji z sowieckim „Imperium Zła”, Andropow nabrał przekonania, że Ameryka zaatakuje ZSRR pierwsza. Z jego inicjatywy powstała koncepcja zmasowanej odpowiedzi rakietowej na „atak amerykański”. Obawiając się, że Amerykanie będą niszczyć rosyjskie rakiety wysoko nad ziemią, postanowił zasypać ich tysiącami pocisków, tak, aby odpowiednia ich liczba i tak dotarła na miejsce, do Nowego Jorku, Waszyngtonu, Chicago, Los Angeles oraz amerykańskich baz wojskowych. Aby mieć przewagę informacyjną, zalecił intensyfikację prac nad systemem wczesnego ostrzegania.

Krótko przed rozpoczęciem ćwiczeń wojskowych NATO o kryptonimie „Zręczny Łucznik” („Able Archer”), obejmujących m.in. stan podwyższonej gotowości sił nuklearnych USA w Europie, nastąpiła dramatyczna weryfikacja skuteczności działania „udoskonalonego” systemu. 1 września 1983 r. Rosjanie — zapewne myśląc, że „Łucznik” wysłał im „strzałę” — „zidentyfikowali” jako pocisk balistyczny „jumbo jeta” Korean Air Lines i zestrzelili go. Śmierć poniosło 269 pasażerów i członków załogi. Wybuchł międzynarodowy skandal. Moskwa paranoi nuklearnego zagrożenia jednak nie okiełznała. Odwrotnie. KGB do swych agentów na Zachodzie rozesłało rozkaz szykowania się do możliwej wojny atomowej.

Nadeszła…

Niedziela, 25 września

Christopher Reeve na swym ranczo obchodził 31 urodziny, w Belgii zmarł eksmonarcha Leopold III. Do Pekinu przybył sekretarz obrony Caspar Weinberger, aby prowadzić rozmowy na temat współpracy wojskowej Chin i USA. Rosjanie z kolei na poligonie na Nowej Ziemi dokonali kolejnej podziemnej próby nuklearnej.

W Sierpuchowie-15, w bunkrze gotowym na przyjęcie ataku atomowego, na głębokości 50 metrów pod ziemią, za pulpitem dowodzenia zasiadał od dwóch godzin ppłk Pietrow. Jego stanowisko mieściło się na antresoli. Pod sobą miał obszerną salę operacyjną, w której na ogromnych ekranach monitorowana była przestrzeń nad dosłownie całą kulą ziemską. Szczególnie dokładnie nad USA. A już z drobiazgową precyzją nad Montaną i miejscowością Malstrom, główną bazą amerykańskich rakiet balistycznych. Dane z satelitów i radarów analizowane były przez sieć komputerów i przekazywane do komputera centralnego. Na swoich stanowiskach pozostawało kilkudziesięciu oficerów i podoficerów. Zapowiadał się kolejny rutynowy dyżur, podczas którego głównym problem jest walka ze sennością. Pietrow zaparzył kolejną szklankę mocnej kawy i osłodził dwoma łyżeczkami cukru. Mieszał automatycznie. Mijała północ.

Zaczął się poniedziałek 26 września…

Krótko po wpół do pierwszej w nocy postanowiłem zejść do sali operacyjnej na obchód. Nagle ekran mojego monitora zaczął pulsować intensywnym światłem. Otrzymałem sygnał z komputera centralnego, iż w naszym kierunku została wystrzelona, a następnie polecenie „START”.

Ponieważ taki sam stan alarmowy został zasygnalizowany na dole wszyscy zerwali się od swoich stanowisk i z zadartymi głowami zaczęli się wpatrywać we mnie oczekując reakcji. Po chwili zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego. Wkrótce system pokazał następną rakietą, potem trzecią, czwarta i wreszcie piątą. Pulsujące światło „START” sugerowało mi naciśniecie przycisku z tym samym napisem i uruchomienie ciągu nieodwracalnych reakcji systemu kontruderzenia rakietowego, bez możliwości wpływu nań człowieka.

Główny komputer nawet nie pytał mnie co ma robić. Był tak skonstruowany, by nawet nie mógł pytać. Było to zamierzone rozwiązanie wykluczające możliwość wpływania na system operacyjny. Wszystko, co do mnie należało i wszystko, co mogłem zrobić, to albo uznać alarm za fałszywy, albo pozwolić komputerowi przejść do kolejnego etapu działania… – wspominał Pietrow.

Nogi miał jak z waty. Na ekranie wyświetlającej kontur mapy, pięć punktów sunęło z zachodu na wschód. Personel panikował, a telefony na biurku dzwoniły. Bluzgając najgorszymi wyzwiskami, pułkownik zmusił załogę do powrotu na swoje miejsca.

– Wszystko było jakieś dziwne – wiódł relację. – Na wielu ćwiczeniach wariantów amerykańskiego ataku nigdy nie było sytuacji, by agresor zdecydował się na uderzenie tylko pięcioma pociskami balistycznymi. To byłoby nonsensowne, skutek ataku byłby ograniczony, za to uruchomił masowy odwet paru tysięcy rakiet. O wszystko można było podejrzewać Amerykanów, ale nie aż taką głupotę…

Stanisław Pietrow ocenił, że znacznie bardziej prawdopodobna niż atak jest awaria systemu.

– Rozwój sytuacji mogłem sobie łatwo wyobrazić, bo znałem to z niezliczonych symulacji. Byłby to początek III wojny. Gdybym potwierdził rozpoznanie komputera Andropowowi, ministrowi obrony i sztabowi generalnemu odwrotu już by nie było. Na nasze rakiety Ameryka naturalnie odpowiedziałaby swoimi. Takiego ryzyka, w zgodzie ze sobą, podjąć nie mogłem… – uzasadniał.

Nie należy mieć złudzeń, jaką decyzję podjąłby Andropow.

Miał na rozstrzygnięcie trzy minuty i po ich upływie wykrzyczał do słuchawki: „To kompletna bzdura! Błąd komputera. Nie ma żadnego ataku!”

Pułkownik był mokry od potu, fotel palił go ogniem. Śledził ekrany i czekał. Gdyby istotnie rakiety leciał po kwadransie powinny zostać wychwycone przez inne systemy radarowe, a po 25 minutach powinny nastąpić pierwsze eksplozje. To były najdłuższe minuty w życiu Pietrowa…

Nu, mołodiec…

– powiedział następnego dnia Stanisławowi Pietrowowi generał. To była jedyna nagroda, jaką otrzymał, kiedy rano w centrum zaroiło się od dowódców różnych szczebli, służb specjalnych i technicznych. Wszyscy starali się ustalić, co było przyczyną awarii systemu. Na razie zapadła decyzja: „Morda w kubeł!”. Wszyscy świadkowie wydarzeń minionej nocy otrzymali absolutny zakaz opowiadania o nich.

Bohatera nocy miast awansować przesunięto na niższe stanowisko i wstrzymano awans na pełnego pułkownika. Pytany dlaczego, odpowiada, że gdyby jego nagrodzono, kogoś należałoby ukarać. A to nie byłaby tylko jedna persona, ale cały serial generałów, może nawet zahaczyłoby o jakiegoś marszałka. Lepiej było więc „zgasić” Pietrowa.

Przy okazji ustalono, że przyczyną ogłupienia systemu „Oko” były odbicia światła słonecznego od pokrywy chmur nad Montaną. Szansa takiego zjawiska była poniżej jednego do miliona, ale przy odpowiednim położeniu Ziemi, konfiguracji chmur i koncie padania promieni – możliwa. Objaśnił to dowództwu dwudziestoparoletni, lecz naukowo oczytany porucznik. System skorygowano.

Zgaszony

Pietrow jesienią 1984 roku odszedł po ukończeniu 45 lat w stan spoczynku. Na odchodne dostał pułkownika. Wcześniej, 9 lutego tegoż roku na wieczny odpoczynek odszedł Jurij Andropow…

– Gdy mi proponowali, abym jeszcze został w wojsku, odpowiedziałem, że jedyne czego pragnę, to żeby się ode mnie odpieprzyli… – mówił Pietrow.

Na wojskowej emeryturze zaczął pracować w biurze konstrukcyjnym. To nie był jednak jego świat. Popadł w depresję. Żona miała wylew krwi do mózgu. Na operację neurochirurgiczną nie było pieniędzy. Kiedy żona umarła, musiał pożyczyć nawet na pomnik…

Pytany, czy żona kiedykolwiek dowiedziała się o tym, co zrobił, Pietrow odpowiada: „Tak, ale nie ode mnie”. On milczał. Chyba nawet przestał wierzyć, że mu się coś takiego przytrafiło. Nie milczał jednak generał Jurij Wotincew, bezpośredni przełożony pułkownika. Już na emeryturze,

w 1993 roku udzielił „Prawdzie” wywiadu, w którym opowiedział o bohaterstwie Pietrowa. Zrobiło się o nim głośno. Żona dowiedziała się z gazet. Nie chciała wierzyć. Potem była przerażona. Było nie było — jej mąż „skompromitował potęgę obronną Związku Radzieckiego”. Związku jednak już nie było, a i czasy nie takie, żeby pułkownikowi coś się mogło przytrafić.

Bohater świata

Na wieść o wyczynie Stanisława Pietrowa zainteresowały się nim zachodnie media. Trafił na lamy encyklopedii i podręczników w akademiach wojennych na całym świecie.

21 maja 2004 roku w Moskwie odbyła się uroczystość wręczenia mu tytułu „Bohatera Naszych Czasów i Obywatela Świata” przyznanego przez międzynarodową organizację Association of World Citizens (AWC) mającą siedzibę w San Francisco, przedstawicielstwa w 30 krajach i akredytowaną przy ONZ. Tytułowi towarzyszyła premia w wysokości… tysiąca dolarów.

19 stycznia 2006 roku w audytorium Daga Hammerskjolda w nowojorskiej siedzibie ONZ Stanisław Pietrow otrzymał World Citizens Award („dla człowieka, który powstrzymał wojnę nuklearną”) z rąk prezydenta organizacji Douglasa Matterna. Jest to szklana statuetka przedstawiająca dłoń trzymającą opiekuńczo kulę ziemską. Obdarowany był szczęśliwy. Nie kryl łez.

24 lutego 2012 roku otrzymał Niemiecką Nagrodę Mediów (Deutscher Medienpreis). 17 lutego 2013 roku uhonorowany w Operze Sempera w Dreźnie Nagrodą Pokojową „Dresden-Preis”

Znów znalazł się w centrum medialnego zainteresowania. W pamięci społeczności międzynarodowej ma go uwiecznić duński film dokumentalny.

Puenta do Polewoja

Bohaterem „Opowieści o prawdziwym człowieku” jest pilot myśliwski Aleksiej Mieriesjew. Dokonywał cudów waleczności na niebie, dopóki w kwietniu 1942 roku nie zestrzelili go Niemcy. Ranny wyskoczył ze spadochronem. Przez 18 dni przedzierał się do swoich, gubił pościg. Niestety rany nóg zainfekowanych gangreną spowodowały konieczność ich amputacji poniżej kolan. Nie poddał się. Ze specjalnymi protezami wrócił do służby i znów walczył w powietrzu. W sierpniu 1943 roku podczas jednej walki zestrzelił trzy myśliwce niemieckie. Ogółem odbył 86 lotów bojowych odnotowując 11 zestrzeleń. Stał się narodowym bohaterem. Posiadaczem wszelkich najwyższych orderów i tytułów. W 1949 roku Borys Polewoj napisał o nim „Opowieść”. W 1960 roku wystawiono o nim operę z muzyka Siergieja Prokofiewa. Generał Mieriesjew zmarł 19 maja 2001 roku otoczony powszechnym kultem i dostatkiem. Stał się ikoną swego narodu.

Pułkownik Stanisław Pietrow, kiedy spotkałem go w siedzibie ONZ miał 76 lat. Wyglądał jak amerykański dziewięćdziesięciolatek. Był schorowany, zmęczony życiem, gorzki. Równocześnie dumny i wolny od cienia postawy roszczeniowej. Ot, zrobił swoje. Uratował świat od atomowej zagłady. Niech świat ma. W swojej ojczyźnie honorów nie doczekał i nie doczeka.

Ratując ludzkość ocalał ją bowiem przed… kompromitującymi skutkami rodzimego snu o potędze i jego dyletanckiej realizacji. Za to się orderów nie daje. W Rosji.

Dlaczego jednak świat i międzynarodowa społeczność nie potrafiły o Stanisława Pietrowa zadbać, jak o pierwszego z pierwszych – pojąć nie sposób. Mieszkał biednie w dwupokojowym mieszkaniu w podmoskiewskim Friazinie. Na życie musiała mu wystarczyć emerytura równowartości… 700 złotych. Wegetował dumnie. Był prawdziwym człowiekiem. Równocześnie prawdziwi zbrodniarze w rodzaju Arafata przekupowani byli pokojowymi Nagrodami Nobla. Tę samą nagrodę dostał też Gorbaczow, bo rozmontował ZSRR.

W 2013 roku poprawiło mu się, kiedy dostał Dresden Award, bo towarzyszyło jej 25 tysięcy euro.

Rola

Stanisław Pietrow za udaremnianie demontażu świata i naszej – pożal się Boże – cywilizacji nagrodzony został rolą w filmie z udziałem Kevina Costnera

Można filozoficznie dywagować czy taki świat i taka cywilizacja zasługiwały, Stachu, na to, abyś je ratował w 1983 roku. Politycznie pewne jest jednak, że wtedy „reżyser” Andropow ci uwierzył. Dlatego odegrałeś swoją rolę. Czy dziś Putin pozwoliłby ci ją odegrać nie dowiemy się. Odszedłeś trzy lata temu. Podały o tym media na całym świecie.

Pozostaniesz w naszej pamięci o wiele dłużej niż trwa telewizyjny news.

Waldemar Piasecki

Nowy Jork

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com