Marian Marzyński: “Fuck you…

and the police! I don’t give a fuck about you and your property. It should belong to all of us. Fuck you, again!”

2012-11-30. Taka karteczka przylepiona była do drzwi wejściowych jednego z domów w Bostonie, gdy przechodząc obok postanowiłem ja odkleić i wziąć sobie na pamiątkę. Autorem był prawdopodobnie ktoś, kogo wyrzucono z mieszkania za niepłacenie czynszu lub inne przewinienie. Nieobeznanym z finezją języka angielskiego  wyjaśniam, że autor miał właściciela tej posesji, ale również i policje, która go z mieszkania wyrzuciła, bardzo głęboko gdzieś, a jego zdaniem nieruchomości powinny należeć do wszystkich.

Wracając ze spaceru do domu nie wiedziałem, że akcja potoczy się teraz jak w kinie. W drzwiach powitała mnie Grażyna, która powiedziała, że przed chwila dzwonił do niej detektyw Larkin z policji w Miami Beach: nasz dom został splądrowany, a samochód Honda sprzed domu skradziony.

Jak zwykle, gdy coś dramatycznego zdarza się w naszej rodzinie, daje o sobie znać nasze odmienne DNA: im bardziej panikuje żona, tym bardziej spokojnieje mąż; gdy ona myślami przebiega miesiące i lata, żeby wyobrazić sobie, kto mógł mieć dostęp do naszego klucza, zrobić kopię i dać ją złodziejom lub sam w złodzieja się zamienić, ja mam już w głowie scenariusz.

Grażyna nie mogła znieść, że pod tropikalnym słońcem marnowała się farba na karoserii naszego samochodu, wiec od lat, gdy na letnie miesiące opuszczaliśmy Miami, przykrywała go czymś, na co w Polsce mówiło się „plandeka”. Nie robił na niej wrażenia mój komentarz, że pozostawianie pod domem tak prowokującego dowodu naszej nieobecności musi kiedyś zainteresować potencjalnych złodziei. Fakt, że przez 10 lat nikt się do nas nie dobierał, dobrze świadczy o bezpieczeństwie domów w Miami Beach.

Gdy 24 godziny po tym jak nasza sąsiadka – Evita odkryła włamanie przez okno do łazienki, wchodziliśmy do naszego domu: poza nieruszonymi meblami i obrazami, znaleźliśmy go oczyszczony nie tylko ze wszystkiego, co miało elektryczne wtyczki, ale nawet odzieży, w tym smokingu, który miałem dwa razy na sobie na wręczaniu nagród “Emmy”. Wielu z tych rzeczy dawno chcieliśmy się pozbyć, wiec nie będzie źle: za odszkodowanie z ubezpieczenia niektóre sobie odkupimy.

Po kilka godzinach do drzwi zapukał przystojny detektyw Larkin: Honda, porzucona ma 101 ulicy z rozwalonym przodem, stoi już na policyjnym parkingu, odciski palców na kierownicy pokrywają się z odciskami zostawionymi na talerzu z niedokończonym jedzeniem w naszej kuchni, które zebrała agentka CSI (Crime Scene Investigation), gdy sąsiadka wpuściła ja do domu, jeszcze przed naszym przyjazdem. Larkin pokazuje nam zdjęcie 23-letniego chłopaka, który jest jego stałym klientem; niedawno wyszedł z więzienia za podobne włamanie, nie ma go ani u matki, ani u siostry, gdzie ostatnio mieszkał, ale jest zbyt głupi, żeby nie wpadł Larkinowi w sieć, to tylko kwestia czasu. Rzeczy nie znajdziemy, bo albo już za grosze sprzedane, albo wyrzucone na śmietnik.

Siedzimy z Grażyną pod drzewem mango i zastanawiamy się, jaka będzie przyszłość naszego zgwałconego domu. Ja, wyznawca teorii, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, twierdzę, że teraz, gdy pozbędziemy się samochodu, który był nam potrzebny (według powiedzenia przyjaciela Gurfinkla), jak rybie – rower, nic już podobnego się nie wydarzy. Grażyny DNA nie może zaakceptować takiej filozofii, wiec bierze za telefon i szuka ludzi do zbudowania płotu. Detektyw Larkin proponuje ostatni model alarmu, który słychać na mile od domu.

A ja, gdy kiedyś na wizji lokalnej, zobaczę naszego niechcianego gościa, powiem mu, co tamten napisał w Bostonie: fuck you!

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Angor 2012-11-30
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com