Jerzy Dzięciołowski: Pan i władca

12.01.2021

Rząd zakłada, że gospodarka odbije się w tym roku o circa 5% PKB. To jest tak samo prawdopodobne, jak obiecywanie obywatelom, że rozprawimy się w tym roku z COVID-em na tyle, że wróci coś w rodzaju normalności: populacja wypełni restauracje, eventy będą za każdym rogiem, a po lasach hasać będą ludkowie ostrzeliwujący się kulkami z farbą o barwie soku pomidorowego.

Rządowe przymiarki, że podziękujemy w tym roku wirusowi są istotne, bo przekładają się na szacunki zatrudnienia, a tym samym wielkość konsumpcji. Przez pięć minionych lat konsumpcja nakręcała gospodarcze wzrosty. Obecnie, już nie w warunkach ogólnej koniunktury, jeszcze bardziej decydować będzie o tempie wychodzenia z gospodarczego dołka. Co najmniej z dwóch powodów: bo za sprawą braku ciągłości w funkcjonowaniu gospodarczego mechanizmu będziemy ubożsi. Poza tym rynek pracy jest mocno nieprzejrzysty. Według GUS-u stopa bezrobocia zawiera się między 5-6%. Faktycznie są to wielkości niedoszacowane, bo przy obowiązujących restrykcjach osób pozbawionych pracy przybywa skokowo, a tendencja jest rozwojowa.

Populacja na zasiłkach to też będą klienci galerii handlowych z rabatami 77% (z reguły naciąganymi), a piąty produkt za złotówkę. A jak reklamuje się jakiś gadżet, to trzeba oddać i ten wartościowy.

Inwestycje spadły do poziomu 17,3%, najniższego od 25 lat, i „ciszej nad tą trumną”, bo niepewność inwestowania w Polsce, przy niszczeniu przez władze niezależnego sądownictwa, łagodzi tylko to, że jesteśmy członkiem Unii. Z tego też powodu stabilny jest złoty, co buduje wiarygodność, ale nie jest tożsame z dużymi projektami inwestycyjnymi, zwłaszcza w okresie światowej pandemii.

Gospodarkę ciągnie eksport. Wyniki zaskoczyły przewidywania ekonomistów (jak zwykle). Najlepsze sięgają 11% wzrostu rok do roku. Mamy tak, bo jesteśmy producentem dóbr przemysłowych oraz żywności, na które jest popyt na rynkach krajów Unii. Trafia na te rynki 80% naszego eksportu, z tego blisko 28% do Niemiec. Bliskość rynków zbytu obniżą koszty obsługi eksportu.

Znajdujemy się w korzystnej sytuacji, bo usługi, w tym turystyka, mniej znaczą w bilansie wpływów do budżetu. Kraje południa Europy: Grecja, Włochy, Hiszpania, Cypr, Malta skazane na wpływy z usług związanych z turystyką będą miały nieporównywalnie trudniejszą sytuację w odrabianiu strat po pandemii. W Hiszpanii szacuje się, że będzie to trwało nie mniej niż dekadę.

Długi, jakich się dorobiliśmy w ostatnich dziesięciu latach przekroczą w tym roku 1,5 biliona złotych, to jest ponad 62% PKB. Oznaczać to będzie przekroczenie progu zapisanego w Konstytucji i zobowiązanie do cięć budżetowych. Można przyjąć, że z powodu pandemii i konieczności ratowania rynku pracy rząd takich działań nie podejmie. Nie zmienia to faktu, że większy dług będzie wymagał większych wydatków z budżetu na jego obsługę. Będą to kwoty porównywalne z wydatkami na 500+. Inna rzecz, że zadłużenie finansów publicznych w Polsce jest nieporównywalnie mniejsze niż Włoch (159% PKB), Francji (117% PKB), a nawet Stanów Zjednoczonych (84% PKB), nie mówiąc o Grecji, gdzie jest ponad trzykrotnie wyższe.

Statystyczny Kowalski raczej się nie zastanawia, jak z tą masą zadłużenia sobie poradzić (przecież w przeliczeniu na każdego Polaka dług publiczny to już 35 tysięcy złotych do spłacenia). Niech kolejna władza z tym się biedzi.

W zarządzaniu swoimi finansami statystyczny Kowalski jest zainteresowany przede wszystkim tym, co tu i teraz. Na depozycie w banku się nie obłowi. Z każdych 10 tysięcy włożonych na konto zgarnie po roku 80 groszy. Giełda cienko przędzie, a poza tym na inwestowaniu w akcje trzeba się znać. Bo można zdrowo umoczyć. Bezpieczniejsze są obligacje skarbu państwa, ale i tu nie ma kokosów. Rentowność, czyli procent od pożyczonych państwu pieniędzy wynosi przy obligacjach 10-letnich 1,34%. Inwestycje w złoto, dość popularne w narodzie, to było Eldorado, ale w okresie globalnego kryzysu finansowego.

Na krajowym podwórku pozostaje inwestować w nieruchomości. W dużych miastach: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, ceny mieszkań spadły nieznacznie. W Warszawie za metr kwadratowy w Śródmieściu, na Mokotowie czy Żoliborzu nadal trzeba zapłacić około 11 tysięcy (spadek cen około 300-400 zł). Jak podaje Miłosz Węglewki w pierwszym styczniowym numerze Newsweeka średnia rentowność wynosi obecnie 4%. Dobre i to, bo jest to jedna z nielicznych bezpiecznych inwestycji.

Nie ma co oczekiwać, nawet uwzględniając środki ze startującego unijnego Funduszu Odbudowy, że w 2021 roku nastąpi liczące się, także wizerunkowo, podźwignięcie się gospodarki. Będzie to raczej lizanie ran.

Epidemia będzie trwała, dopóki większość populacji nie zapozna się z COVID-19 bezpośrednio lub z udziałem szczepionki.

Jakbyśmy opisali gospodarczą i społeczną rzeczywistość to wirus będzie rozdawał karty.

Jerzy Dzięciołowski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com