Andrzej Koraszewski: Bóg, ojczyzna, nędza i zniewolenie

14.01.2021

Radziecki plakat z 1930 roku (autor nieznany)

Ucieszyłem się widząc artykuł z informacją o badaniach nad wpływem religii na rozwój gospodarczy i poziom życia. Kiedyś to była moja działka, badałem jak dawne różnice między społeczeństwami z odmiennymi  kulturami religijnymi zacierały się pod wpływem reform, ale również w wyniku sekularyzacji (rozdziału państwa i kościoła) i laicyzacji. Okazało się jednak, że słowo badania zostało w tym przypadku użyte na wyrost. Business Insider Polska przejrzał garść statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego i zestawił je z danymi na temat wyznań, wspominając przy okazji, że był taki socjolog, który nazywał się Max Weber.

Do niedawna istniał cały dział ekonomii i socjologii poświęcony tej tematyce, a książki poświęcone badaniom nad wpływem religii na rozwój społeczny to duża biblioteka. Z badań prezentowanych przez Jacka Frączyka wynika, że świat chrześcijański wciąż dominuje w światowej gospodarce, ale najszybciej rosną kraje ateistyczne na czele z Chinami. Dowiedziałem się też, że ateiści w ostatniej dekadzie wyprzedzają protestantów, ale nie mogą dogonić wyznawców judaizmu.          

Po tej informacji autor przypomina, że Weber w 1905 roku ogłosił drukiem swoją książkę pod tytułem Etyka protestancka a duch kapitalizmu, w której przekonywał, że protestantom, a głównie protestantom wyznania kalwińskiego, sukces przyniosła ciężka praca, dążenie do powiększenia majątku, ascetyczny tryb życia i uczciwość niosąca za sobą zaufanie w kontaktach gospodarczych.

Z przeglądu statystyk wynika, że po z górą stu latach nadal wpływ wierzeń religijnych na sukces gospodarczy jest widoczny.

„Ateistom rosło najszybciej” deklaruje wielkimi literami artykuł. Okazuje się, że kraje, w których już większość dorosłych mieszkańców deklaruje się jako bezwyznaniowi, będą według prognoz MFW miały w tym roku 31,5 procent udziału w światowej gospodarce, a za pięć lat dużo więcej. Są tu oczywiście Chiny i mają dziś 18 procent tego udziału, a za pięć lat będą zdaniem analityków miały, 20,5 procent. (A nawet jeśli się mylą, to przecież nikt im tego nie będzie wypominał. Ważne jest, żeby mieć horoskop.)       

„Chrześnijanie pozostają liderem” informują nas te badania, przy czym nie wiadomo, jak to tych chrześcijan definiują i czy obejmuje to ateistów, którzy nie są Chińczykami, czy nie. Chrześcijanie stanowią 32 procent ludności świata, a wytworzą w tym roku 55,7 procent światowego PKB.

Zainteresowano się w tych badaniach jak tam idzie katolikom. Okazuje się, że kiepsko. PKB spadł im o 3 procent, a wśród winnych wymienić musimy głównie Wenezuelę i Argentynę, ale w kolejnych latach ma być jednak lepiej, tym bardziej że Polska zwiększy swój udział do 0,8 procent. 

Z krajami muzułmańskimi kłopot, bo im ludności przybywa najszybciej, a za pięć lat to (ponownie według MFW), wytworzą zaledwie 7,9 procent światowego PKB.

Dużo więcej z tych badań przeprowadzonych przez Business Insider Polska nie dowiemy się, a przede wszystkim nadal nie będziemy mieli zielonego pojęcia, dlaczego właściwie badania nad związkami między religią a rozwojem gospodarczym były i nadal są szalenie interesujące. 

W chrześcijańskim świecie reformacja radykalnie zwiększyła ruchliwość społeczną i prowadziła do zmiany struktury społecznej. To, co miało decydujący wpływ, to masowa oświata i gospodarka towarowa. Protestantyzm (i to w swoich różnych odmianach) zakładał, że każdy ma umieć czytać swoją Biblię i każdy jest odpowiedzialny za swój los i za los swoich dzieci. Krótko mówiąc, religia przestała paplać „kochajmy się i akceptujmy wyroki Opatrzności”, a powiedziała biednym: zabierajcie się do roboty i zarabiajcie na życie swoje i swojej rodziny. Nie przyniosłoby to żadnego rezultatu, gdyby nie powiedziano równocześnie bogatym – przestańcie udawać, że opiekujecie się ubogimi, pozwólcie im wydajnie pracować i zarabiajcie na współpracy, a nie na pracy niewolniczej. Dla europejskich badaczy najciekawszym laboratorium były Niemcy, gdzie obok siebie były społeczności protestanckie i katolickie, a więc można było obserwować różnice w sytuacji, w której było to samo prawo państwowe, ten sam klimat i na ogół grunty tej samej klasy, czyli właśnie religia stawała się decydującą zmienną. Te różnice jeszcze w drugiej połowie XX wieku były kolosalne, odmienna filozofia życia (katolickie „Bóg dał, Bóg wziął” było nieobecne w społecznościach protestanckich), mniej dzieci w rodzinach protestanckich, większe nakłady na edukację dzieci, dłuższe wdowieństwo przed powtórnym małżeństwem, większe zróżnicowanie zawodowe, odmienny stosunek do handlu i, tak, znacznie większe zaufanie między ludźmi.

Protestantyzm zamykał epokę opiekuńczego feudalizmu. Tymczasem w krajach, w których katolicyzm odparł protestancką rewolucję, powszechny analfabetyzm trwał w najlepsze, a postęp prowadził do cywilizacyjnej przepaści między miastem i wsią. (Uczestnicząc w badaniach nad zmianą struktury zawodów w społeczeństwie szwedzkim w latach 1830-1840 patrzyłem ze zdumieniem, że w każdej wsi był kowal-narzędziowiec, że w co drugiej wsi był zegarmistrz, że średnia zamążpójścia kobiet wynosiła 24 lata, a do ślubu nie można było przystąpić nie umiejąc czytać i pisać).

W katolickiej części Europy Zachodniej te głębokie różnice struktury zawodowej i społecznej zostały ostatecznie zatarte przez Wspólną Politykę Rolną. Dotyczy to przede wszystkim krajów takich jak Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia. Jeszcze w latach siedemdziesiątych badając poziom zatrudnienia w rolnictwie w krajach, w których dominował katolicyzm i w krajach, w których dominował protestantyzm, dziwiłem się, że tempo spadku zatrudnienia w rolnictwie w krajach protestanckich było dwukrotnie wyższe. (Najwyższe zatrudnienie w rolnictwie, znacznie przekraczające 70 procent ogółu zatrudnionych było w krajach muzułmańskich, podczas gdy w tym samym czasie w Wielkiej Brytanii spadło poniżej 15 procent).

Próbując rozgryźć tajemnicę wpływu różnych religii na rozwój gospodarczy badacze znaleźli pewne podobieństwa między kalwinizmem, szintoizmem, judaizmem i konfucjanizmem. Wszystkie te religie (konfucjanizm jest raczej ideologią/filozofią niż religią) łączy głęboki szacunek dla nauki (albo raczej dla ludzi studiujących stare księgi) oraz głęboko zakorzeniony nakaz dania najlepszego możliwego wykształcenia dzieciom. Dlaczego te czynniki nie wpływały równomiernie na rozwój społeczny?

Brytyjski ekonomista Arthur W. Lewis otrzymał Nagrodę Nobla za swoje badania nad nieskutecznością reform gospodarczych w różnych krajach. Interesowała go przede wszystkim Ameryka Południowa i Ameryka Środkowa oraz Afryka. Nic dziwnego, Czarny, urodził się na Karaibach, a dokładniej w Casteries (w pobliżu katedry Najświętszej Marii Panny) i próbował zrozumieć, dlaczego w tym jego świecie ludzie zawsze chcą dobrze, a wychodzi jak zawsze. Jego główny wniosek sprowadzał się do tego, że feudalna kultura i silne ziemiaństwo skutecznie blokują ruchliwość społeczną i rozwój oparty na jednostkowych inicjatywach.

Dziś zapewne używałby pojęcia innowacje, wtedy jednak koncentrował uwagę na strukturze własności i systemie oświaty (czytaj świadomie podtrzymywanym analfabetyzmie) i mentalności zmierzającej do tego, żeby dogonić i przegonić. (Lewis był najczęściej cytowanym ekonomistą zachodnim, kiedy tworzono założenia chińskich reform gospodarczych po 1979 roku). Katolicko-ziemiańska mentalność kocha ubogich. Tania (prymitywna) siła robocza w rolnictwie produkuje pewne nadwyżki żywności oraz ogromne nadwyżki niewykwalifikowanej siły roboczej, która ucieka do miast, tworząc tam ogromną podaż niewykwalifikowanej siły roboczej dla przemysłu. Są to ludzie gotowi pracować za możliwość przetrwania do następnego dnia, więc wszelkie działania zmierzające do oszczędzania ludzkiej pracy są irracjonalne. Cywilizacja miejska jest cywilizacją przepychu i slumsów. Rewolucyjnych mas i broniących się elit, pogardy i nienawiści, oraz ludzi często uczciwie marzących o tym, żeby ich kraj był „normalny”, czyli podobny do tych protestanckich.

Kiedy Piotr Wielki na początku XVIII wieku postanowił upodobnić Rosję do zachodniego świata (znał Niemcy i Holandię), zaczął od bojarów (ziemian), którym nakazał zgolić brody i zacząć ubierać się na wzór zachodni, mieli się nauczyć zachodnich tańców i palenia tytoniu. Oczywiście nie był to koniec reform, przeprowadził bardzo rozsądne reformy armii i administracji, podporządkował sobie cerkiew, rozpoczął budowę manufaktur.

Brody i sukmany mogli nosić chłopi (i kupcy, ale brody kupców były opodatkowane), oświatą ludu nadal po staremu zajmowali się popi, struktura własności nie drgnęła, czyli dalej jechano na pracy niewolniczej. Kiedy dwieście lat później Włodzimierz Lenin postanowił „dogonić i przegonić”, obiecał chłopom, że robotnicy będą mieli lepiej i zaczął budować pańszczyźniany industrializm oraz państwowe latyfundia z lepszymi czworakami; za największych wrogów uznał ziemianina, popa i kułaka, w głębokim i uczciwym przekonaniu, że Rosja nie dogoni i nie przegoni Zachodu, jeśli wszyscy nie będą prawdziwymi proletariuszami. Komunizm wypowiedział walkę analfabetyzmowi, ale myśl o tym, że ktokolwiek mógłby podejmować jakieś samodzielne decyzje, pozostała niewyobrażalna (dziedzictwo prawosławia miało ogromny wpływ na koncepcje radzieckiego komunizmu).

Niemal w tym samym czasie w Turcji, po przegranej wojnie, Mustafa Kemal Atatürk rozpoczął modernizację Turcji (podobnie jak Piotr Wielki) od walki z brodami i od propagowania zachodnich ubiorów, przeprowadził reformę języka, dał prawa kobietom, tylko wieś zostawił nie tyle swojemu losowi, ile ziemianom i imamom. On, podobnie jak Lenin, był przekonany, że tej religii trzeba łeb ukręcić, wygnać z miejskich szkół i wyrzucić na wieś. (Skąd mógł wiedzieć, że ta religia będzie wracała ze wsi do miast marszowym krokiem?)

Kiedy na przełomie tysiącleci Polska zaczęła proces przystępowania do Unii Europejskiej, znakomity ekonomista Leszek Balcerowicz nie mógł pojąć, dlaczego ta Unia tak trzyma się tej durnej Wspólnej Polityki Rolnej i czym u licha różni się rolnik od krawca. Nie, nie był to wpływ katolickiej mentalności (przynajmniej niebezpośredni), ani komunistycznej ideologii. Zgoła przeciwnie, raczej widzieliśmy tu wpływ najnowszej anglosaskiej myśli ekonomicznej. Ponieważ Wielka Brytania i Ameryka przeprowadzały swoje wielkie przemiany struktury zawodowej i społecznej stulecia temu, a produkcja żywności nie była tam obsługiwana przez warstwę społeczną pozostawioną w średniowieczu, większość ekonomistów brytyjskich i amerykańskich zupełnie nie rozumiała społecznych, urbanistycznych i przemysłowych problemów krajów katolickich, więc mieli zabawne zgoła pomysły, żeby po stuleciach zaniedbań powodowanych katolicko-ziemiańską miłością do ubogich, czyli miłości do półdarmowej siły roboczej, wszystko szybciutko posprzątała niewidzialna ręka rynku.

To ciekawa sprawa, Anglicy to Anglicy, ale Amerykanie powinni wiedzieć lepiej, ponieważ Amerykanie mieli przebłysk geniuszu organizując po drugiej wojnie światowej najciekawszą w dziejach ludzkości okupację. Oczywiście chodzi tu o okupację Japonii, gdzie Amerykanie narzucili reformy gospodarcze, rozprawiając się z pozostałościami po feudalizmie. Nie były te pozostałości tak głęboko okopane, jak u nas. W 1863 roku radykalnie obniżono podatek gruntowy, wiążąc to z nowym rejestrem gruntów, co pociągnęło za sobą radykalny wzrost produkcji rolnej (i, paradoksalnie, spowodowało wzrost wpływów podatkowych). Wprowadzono równocześnie powszechny obowiązek szkolny i powszechny pobór wojskowy. Nie wszystko szło gładko, buntowali się chłopi, ale najbardziej krwawy okazał się bunt samurajów, których w 1877 roku mniej lub bardziej fizycznie zlikwidowano. Nadal jednak wieś produkowała więcej nadwyżek zbędnej siły roboczej niż żywności i dopiero reformy narzucone przez Amerykanów uwolniły potencjał szintoizmu, dając możliwość połączenia kultury kultu nauki, inwestowania w edukację dzieci z możliwościami zdobycia pracowitością środków na tę najcenniejszą dla rodziny i państwa inwestycję.

Judaizm, żeby zaprezentować swoje możliwości, potrzebował państwa, w diasporze kultura inwestycji w edukację dzieci przynosiła zdumiewające sukcesy jednostkowe, ale również nadmierna koncentracja na indoktrynacji religijnej oddziaływała nierzadko w drugą stronę. (Łożono ochoczo na edukację całkowicie bezproduktywną).

Ciekawa sprawa z konfucjanizmem i hinduizmem. W końcu XIX wieku i przez cały wiek XX widzieliśmy niebywałą aktywność gospodarczą Chińczyków i Hindusów, którym udało się uciec od władzy swoich rodaków. W zachodnim świecie mieli ograniczony dostęp do instytucji edukacyjnych, ale doskonale radzili sobie w handlu. Podczas gdy przekleństwem hinduizmu był i nadal jest system kastowy (i powiązany z nim system własności ziemi oraz niechęć do dawania jakichkolwiek praw niższym kastom), konfucjanizm z ich osławioną, zastygłą w biurokracji, warstwą mandarynów, która podtrzymała feudalizm i wzmacniała niezdolność zrozumienia mechaniki wolnego rynku, był kulturą hamującą rozwój. W efekcie rewolucja komunistyczna zastąpiła mandarynów partyjnymi sekretarzami, a właścicieli ziemskich dyrektorami kołchozów. Konfucjański kult nauki pozostał, przyjął formę kultu marksizmu-leninizmu-maoizmu. 

Arthur W. Lewis pokazuje pomysłowość inteligencji w różnych krajach katolickich zawsze  niezwykle kreatywnej w wymyślaniu powodów, dla których ich kraje mają pod górkę. Zazwyczaj na pierwszym miejscu znajdował się protestancki kapitalizm i kolonializm. Efektem było częste wzdychanie do socjalizmu i leninowskie obiecywanie chłopom, że robotnikom będzie lepiej. Lewis nie miał trudności w rozbijaniu uczonych dywagacji o tym, jak to brytyjski i amerykański kapitalizm blokował rozwój gospodarczy Argentyny, Brazylii czy Meksyku. Żaden kapitalizm ani kolonializm nie utrudniał przeprowadzenia reform rolnych, ani tworzenia własnego przemysłu, ani reform oświaty. Te wymówki, były wyłącznie deklaracją głębokiego przywiązania do narodowo-religijnej tradycji.

Czytając jego studia nad niepowodzeniami różnych reform w Ameryce Łacińskiej, trudno było nie przywoływać dramatycznego odrzucenia projektów reform Stanisława Leszczyńskiego, Jędrzeja Zamojskiego, polityków Księstwa Warszawskiego, a potem Królestwa Polskiego, którzy pod rosyjskim zaborem pchali kraj do rewolucji przemysłowej. Dlaczego nie wyszło? Konfederacja Barska była udawaniem buntu przeciw rosyjskiej przemocy, jednak w gruncie rzeczy była obroną katolickiej racji stanu, protestem przeciw próbom opodatkowania Kościoła, utworzenia armii poborowej, zreformowania systemu szkolnictwa (odsunięcia Kościoła od nauczania). Reformatorzy ledwie ważyli się przebąkiwać o potrzebie zniesienia pańszczyzny i o korzyściach przechodzenia na dzierżawę ziemi. Konfederacja Barska przyspieszyła wymazanie Polski z mapy Europy, a kiedy ostatecznie straciliśmy narodową wolność demonstrowania naszej katolickiej miłości do ubogich, pojawili się ludzie tacy jak Lubecki, Skarbek i inni. Nie była to droga, która mogła się podobać szlacheckim synom. Powstanie listopadowe było niby wojną z zaborcą, w rzeczywistości protestem przeciwko budowaniu narodowej siły gospodarczej. Pańszczyznę w końcu znieśli zaborcy, szlachta broniła polskości, swojego Boga, ziemiańskich włości, prawa do niewolenia. W powstaniu styczniowym polska inteligencja już kochała słowo socjalizm, obietnicę opieki nad jakże kochanymi ubogimi w nowym wspaniałym świecie.

Arthura W. Lewisa poznawałem już w Szwecji, która skusiła mnie socjalizmem nieskażonym ani dziedzictwem katolicyzmu, ani prawosławia. Studiowałem go początkowo z niekłamanym podziwem, a potem z narastającym zdumieniem. Historia szwedzkich reform gospodarczych jest fascynująca, w szczególności historia reform w rolnictwie, parcelacji wielkich majątków, powstawania spółdzielczości, wiejskiego przemysłu, urbanizacji przez napływ wykształconych i wykwalifikowanych nadwyżek siły roboczej do miast. Nic nie było łatwe i jedna czwarta narodu uciekła za ocean przed głodem. Ruch socjalistyczny od ostatnich dekad XIX wieku wymuszał wzrost płac i bardziej cywilizowane warunki pracy. Protestancka etyka pracy ujawniła swoją potęgę, dopiero kiedy kapitalizm został zmuszony do elementarnego szacunku dla pracowników najemnych. Skandynawska trzecia droga, z jej parlamentarną (nierewolucyjną) lewicą mogła się wydawać ponadczasową receptą na sukces. Szwedzka uczciwość, szwedzka wydajność, szwedzka jakość i szwedzkie społeczeństwo bezklasowe było tym, o czym marzyłem dla mojej Polski, w której wszystko wychodziło jak zawsze. Okazało się jednak, że i tam socjalizm ma swoje przywary i produkuje tabuny chętnych do praktykowania miłości do ubogich. W państwie opiekuńczym rozpoczął się długi proces przekonywania, że protestancka zasada odpowiedzialności za życie swoje i swoich dzieci jest głęboko niesłuszna, że ta odpowiedzialność spoczywa na państwie, że państwo ma dać, a obywatele mają prawo żądać, nie troszcząc się o to, skąd państwo właściwie bierze.

Znając tak dobrze Szwecję być może rozumiem dziś nieco lepiej niż inni tragedię takich ekonomistów, jak Thomas Sowell, powtarzających z rozpaczą, że socjalistyczna miłość do ubogich pozbawiła tak wielu Czarnych w Ameryce poczucia odpowiedzialności i zdolności prawdziwej emancypacji.

Badania nad wpływem religii (i ideologii) na rozwój gospodarczy i społeczny są nadal warte grzechu, ale to już niemodne, wróciła moda na marksizm (również u nas, bo podobno kapitalizm nam się nie udał). Bohaterscy bojownicy o wolność bardzo często nie mogą sobie wyobrazić możliwości dzielenia się wolnością i zazwyczaj jest to powiązane z wielowiekową kulturą religijną.

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Arkadiusz Głuszek 2021-01-14
  2. Mr E 2021-01-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com