Marek Jastrząb: Sztukamięs

20.01.2021

Ilekroć czytam własny test, tylekroć mi głupio, iż podzielam tylko te poglądy, do których się przyznaję. To znaczy, z reguły bywa tak: literatura podobna do „Trędowatej”, puszy się na górnych półkach, a „Czarodziejska góra” wala się po piwnicach i zapleczach.

Z reguły, gdyż niekiedy zdarzają się wyjątki. Działa magia rankingów. Porównań. Zestawień i uśrednień. Osobiście jednak wolałbym nie być czytelnikiem statystycznym, wepchniętym w przeciętność.

Jakoś nie mam wrażenia, bym chciał znaleźć się w grupie moli książkowych dukających dwie broszurki na rok. Tak jak nie ciągnie mnie do figurowania wśród brudasów kąpiących się co kwartał. Tu przypomina mi się powiedzenie George’a Bernarda Shawa: „jeśli mój sąsiad codziennie bije swoją żonę, ja zaś nie biję jej nigdy, to w świetle statystyki obaj bijemy je co drugi dzień”.

*

Utrzymuję, że jak świat światem, wybitna nigdy nie była masowa, tylko elitarna. A twórca i czytelnik zamieszkiwali dwie planety; na pierwszej bytowali twórcy, drugą — adresaci. I żyło się im kompatybilnie; powinnością autora było pisanie, rolą konsumenta – interpretacja, refleksja, burza myśli wzbogacających obraz rzeczywistości. Jak czytelnik chciał podzielić się z autorem swoimi przemyśleniami, mógł napisać do niego list. Teraz się pomieszało i zamiast dwóch planet, mamy jedną.

*

Prawdą jest, że za czasów dyktatury ciemniaków czytało się więcej „Ulissesów” aniżeli harlequinów, albowiem nie było wyboru. Nakład tego dzieła wynosił w latach siedemdziesiątych sto tysięcy egzemplarzy. Punktem honoru lada snoba było spektakularne obnoszenie się po co tłoczniejszych ulicach ze wzmiankowaną cegłą. Szpaner z Joycem wyglądał wtedy na wypasionego intelektualistę i mógł uchodzić za konesera.

Jednakowoż z chwilą, gdy nastała komercja i strzeliliśmy wolności w stopę, półeczki księgarń zaroiły się od książkopodobnej garmażerki; prócz narzekania na darmo, mamy, co mamy.

*

Poprzednio twierdzono, że nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Teraz mówi się, że kulturalnym człowiekiem może być każda łachmyta. Ani wiedza i praca nad sobą, ani jakiś tam idiotyczny profesjonalizm i rozeznanie w Historii dorobku kulturalnego nie stanowią już o człowieku, ale Wuj Google i wewnętrzne przekonanie, że się umi i się wi; reszta jest fraszką, jak powiedział Hamlet. Toteż wśród wielu czytelników cwałuje zgubny sąd, że artystą być, to małe piwo.

*

Mamy trzecie tysiąclecie. Gazety są wypierane z istnienia. Tradycyjne wydawnictwa cierpią na niskonakładową niestrawność. Włada nami Jaśnie Oświecony Śmietnik Internetowy i onże stwór wykuwa czytelniczy gust: układa listy książkowej popularności.

Ludzie wyedukowani na wierze w jego wszechmoc, idą do księgarń i poszukują pisanych stylem, do którego nawykli. Wszelako trzeba uświadomić sobie, że wszechmoc, to iluzja: wystarczy, że padnie prąd, urwie się kabelek, nie będzie Worda z ortograficznym suflerem i do cna zużyją się laptopowe baterie. W takim przypadku z mety nastąpi odsiew prawdziwych pisarzy od gryzipiórków. Z punktu okaże się, że bycie artystą nie należy do fraszek i bez literackiego przygotowania jest się ciemnym jak tabaka w rogu, a prócz tego, że się umiwi, trzeba odstać swoje w kolejce po um.

*

Słyszę głosy oburzenia pod adresem moich wypowiedzi, istne kaskady pretensji na temat malkontenctwa, goryczy i przejaskrawień. Żem w swoich tekstach nadmiernie napastliwy, a zwłaszcza – kasandryczny.

Lecz czy mogę być inny, kiedy zaczynam konfrontować naszą rzeczywistość z zaprzepaszczonymi ideałami? Wyrażam się w ten sposób o ludziach, którzy godzą się na kulturalne idiotyzmy. Przy sposobności oświadczam z dumą, że wolę być frustratem, niż zwolennikiem uśmiechania się przez łzy, robienia dobrej miny do złej gry, zamknięcia się w wieży ze słoniowej kości, wejścia do getta dla wybranych i siedzenia na przypiecku.

Nie rozumiem egoistycznej filozofii rezygnacji z pomnażania dostępu do powszechnego dobra. Nie mogę przystać na aprobujące traktowanie obecnych zjawisk. Zgodzić się na planowe niszczenie programów lektur i likwidację i przeprofilowanie wydawnictw, tudzież kulturalnych czasopism.

Zaślepiła nas pogoń za zyskiem. Wszystko, co robimy, musi być rentowne. Niszczy nas dochodowe, koniecznie opłacalne, biznesowe patrzenie na kulturę. Mam wrażenie, iż rozmnożona ponad miarę administracyjna rzesza niekompetentnych ludzi z Ministerstwa Kultury uczyniła dbanie o nią ubocznym, a szkodzenie jej, swoim głównym zajęciem; miast powiększać nakłady wartościowych utworów, dzieł podnoszących ogólnie podły poziom czytelnictwa, a, tym samym, zamiast wykorzystać szansę, by doprowadzić społeczną oświatę i edukację na oczekiwane wyżyny, kolejny raz ją zaprzepaszcza.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com