Bogdan Miś: Upusty żółci (marzec)

01.03.2021

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.

Może teraz.

31.03

Zaczyna się robić naprawdę ponuro.

Nie, nie chodzi o pandemię. Tu, mimo alarmująco wyglądających liczb zaczynam być umiarkowanym optymistą. Jeśli tylko uda się nieco ograniczyć jazgot antyszczepionkowych kretynów (jeśli odrobinkę mocniej naciśniemy pedał medialny – powinno się udać) i jeśli firmy produkujące szczepionki nie nawalą – rzeczywiście, powinniśmy w jesieni zacząć wracać do normalnego życia.

Z tym że to będzie całkowicie nowa normalność, dużo bardziej kameralna niż niegdyś, raczej bez tłumów na ulicach, hucznych weselisk i kilometrami ciągnących się pielgrzymek oraz idiotycznych masowych wycieczek na Giewont, bez dziesiątków tysięcy kibiców na stadionach. To se ne vrati. Raczej. Bo jak nie, to se vrati nowa pandemia. Może zrozumiemy.

W moim pojmowaniu ta nowa normalność będzie oznaczała – tylko i aż – zezwolenie na życie nadal z najwyższą ostrożnością, ale bez lęku. Też dobrze.

Nie o tym jednak chciałem.

Porusza mnie i przygnębia absolutnie panoszące się zwykłe bezprawie, od góry do dołu. Coś tam sobie dziś szemrze Komisja Europejska i TSUE, a my – ustami tego niedorzecznika z brzęczącym blaszanym głosem bez cienia inteligentnej intonacji – zapowiadamy z góry, że mamy to w nosie. Prawo? Jakie prawo? Prawo to wola ludu. A formułuje je On; i jego zbiry. Czyż nie?

Wywalą nas z tej Unii jak nic.

Pamiętam, jak do niej wchodziliśmy – i jak bezzębne i bezmózgie dewoty w towarzystwie swoich parcianych mężów i brzuchatych katabasów w sutannach demonstrowały na Krakowskim Przedmieściu przeciw „bezbożnikom”; spluwałem wówczas w tym kierunku i byłem pewien, że to ich ostatnie podrygi.

Tymczasem to był początek… moich ostatnich podrygów.

Na dole mamy też swoiste hulaj dusza–piekła nie ma. Drobny przykład.

Z zasady patrzę z obrzydzeniem na zawodowy sport (choć przyznaję – bywa pięknym spektaklem) i nie mam wątpliwości, że nie jest to żadna „czysta rywalizacja” tylko brudne i cuchnące mafijne interesiki; ale to, co wyczytałem dzisiaj o „szlachetnej dyscyplinie dam i dżentelmenów”, za jaką uchodzi tenis – przekracza wszelkie granice. Działacz tego związku otóż otwartym tekstem przyznaje się do fałszowania dokumentów, żeby utalentowane dziecko mogło wziąć udział w komercyjnym turnieju – i jeszcze się tym sukinsyn chwali.

To dziecko, dziewczynka, ma – zależnie od potrzeb „związkowych” w dokumentach od 12 do ukończonych 14 lat; naprawdę ma 11. A dzieciom z dorosłymi grać nie wolno; nie dlatego, żeby nie kompromitować dorosłych, ale dla ochrony rozwijającego się organizmu. Ale nic to, nic prawo.

Związek Tenisowy po dzisiejszym artykule „Wyborczej” (ostatnia kolumna) powinien zostać automatycznie rozwiązany bez prawa ponownego organizowania podobnej organizacji przez najbliższe 10 lat. A „działacze” co do jednego zdyskwalifikowani dożywotnio i postawieni przed sądem za fałszowanie dokumentów.

Że stracą na tym nasi „wielcy sportowcy”? Jeśli będą w tej haniebnej sprawie siedzieć cicho, to pies z nimi tańcował. Jeszcze bym im dołożył całkowity zakaz sponsoringu przez spółki skarbu państwa.

Ktoś, jakiś lekarz – chyba w Hiszpanii – powiedział: płaciliście gwiazdom sportu setki milionów? Niech was teraz oni leczą. Popieram takie myślenie.

Nie mam jednak wątpliwości czym akurat ta afera tenisowa się skończy: niczym. I dlatego mówię, że zaczyna się robić naprawdę ponuro. Ta duperelna w końcu sprawa jest świadectwem upadku państwa i społeczeństwa wcale nie gorszym niż tolerowanie przestępstw bezczelnej zgrai biskupiej czy wyczyny „reformatorów” szkolnictwa i nauki spod znaku rozmaitych Czarnków.

Boję się, że na odkręcanie tego wszystkiego dwóch pokoleń nie starczy. Jeśli w ogóle.

30.03

Temat, narastający od kilku dni: zachowania przemocowe w szkołach aktorskich.

Oczy mam już od czytania tych tekstów jak filiżanki. To są wyższe uczelnie? Wyzywanie wulgarnymi słowami studentów, a nawet bicie ich? Rzucanie krzesłami przez wykładowców?

To nie jest jakaś choroba. To nie jest grypka. To jest rak, trąd i dżuma. System przy tym jest groźny: ci sami ludzie są – pożal się, nieistniejący Boże – wykładowcami i szefami teatrów i reżyserami. Kto podskoczy w szkole – może się przekwalifikować, najlepiej na śmieciarza.

Słów brakuje.

Najłagodniejsza rzecz, którą można zrobić, to wprowadzić ścisłe rozdzielenie funkcji wykładowców i funkcji kierowniczych w jakiejkolwiek instytucji poza uczelnią.

A najlepiej chamów i opryszków płci obojga wyrzucić na zbitą twarz. Bez względu na zasługi i nagrody.

Słyszę też, że niektórzy z tych ludzi mają doktoraty czy nawet habilitacje. Włosy na głowie stają: z czego? Z jakiej dyscypliny naukowej? Jeśli to jest jakaś dyscyplina pozateatralna: historia sztuki, filozofia, socjologia, językoznawstwo – rozumiem. Może być. Ale pod warunkiem, że recenzentami i promotorami takich rozpraw będą uczeni, niemający absolutnie żadnego związku ze środowiskiem teatru czy filmu.

A może istnieją również doktorzy habilitowani suflowania?

***

W Sejmie przeszedł projekt Ordo Iuris, który upoważnia prezydenta do wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej („stambulskiej”). Został skierowany do dalszych prac w komisjach.

Przeciw byli wszyscy posłowie Lewicy i Polska 2050. Za projektem zagłosowało troje posłów KO: Joanna Fabisiak, Haidar Riad, Munyama Killion. Bogusław Sonik się wstrzymał. Oraz sześcioro posłów PSL: Marek Biernacki, Mieczysław Kasprzak, Jan Łopata, Jacek Tomczak, Bożena Żelazowska, Marek Sawicki.

Zapamiętamy te nazwiska. Sami chcieli.

29.03

Troszkę jestem zdumiony – a troszkę nie.

Tomasz Lis wywalił w swoim dzisiejszym „Newsweeku” na dwie kolumny felieton wstępny, w którym bierze w obronę poniewieranych publicznie ludzi wierzących, zwłaszcza zaś katolików. Dostrzega narastającą kampanię antychrześcijańską. I protestuje. Bo ludziom w czasach pandemii potrzebna jest jakaś ściana moralna, o którą mogliby się wesprzeć.

Nie, nie będę go cytował i polemizował z każdym zdaniem po kolei. Byłyby zresztą dosyć łatwe do wyszydzenia, więc po co? Jaki koń jest, każdy widzi. Nie widzi tutaj, niech sobie poczyta. Niech będzie: uprawiam promocję. Wyjaśniam: to nie jest product placement. „Newsweek” to naprawdę dobre pismo.

Kilka słów tylko zatem. Ogólnie rzecz biorąc, Lis wolałby, żeby ludzie niewierzący siedzieli po prostu cicho i nie wypowiadali swoich poglądów publicznie. Prawdopodobnie to właśnie zakłóca spokój społeczny i zapewne dokładnie to jest ową kampanią antychrześcijańską; bo jakoś tarzania kapłanów w smole i pierzu przez zdziczałą ateistyczną tłuszczę ani innych brutalnych ekscesów w rodzaju bezczeszczenia hostii – nie widziałem.

Więc chyba chodzi tylko o to zabieranie głosu; kiedyś za takie coś palili na stosach, więc dziś, jak tylko mówią „stul pysk”, to są przecież bardzo tolerancyjni.

A, lewica (wszak ohyda sama w sobie, n’est ce pas?) zaczęła jakąś kampanię, promującą apostazję; jakim prawem? Przecież takie prawo mogłoby ewentualnie przysługiwać tylko katolikom; że to sprzeczność? No to co? Jest chrystianofobia? Jest.

A, przepraszam: wlepki z tęczą na obrazkach, będących kopiami jakiegoś znanego malowidła, to przecież straszna zbrodnia i podłość, którą Lis widzi i rozumie; inne na to spojrzenie, to zmuszanie katolików do akceptacji czegoś, czego nie chcą. Chrystianofobia. Proste jak ogon śledzia.

Tu chciałbym tylko spytać, czy domalowanie czegoś na kopii takiego obrazka lub kopii jego kopii – to też obrażanie czyichś uczuć, i gdzie się kończy ta iteracja bezeceństw?

Może i nie kończy się w ogóle, ale to już jest wrażliwość zatrącająca dla mnie o paranoję.

Watykan ogłosił dziś swój werdykt w sprawie dwóch purpuratów, Głodzia i Janiaka. Uznał, że zawinili (choć nie sprecyzował na wszelki wypadek nagannych czynów) i – zdaniem sporej części mediów „surowo” albo „przykładnie” ukarał. Nie, nie wywalił obu panów na opuchniętą od alkoholu twarz, nie wydalił ze stanu duchownego. Nie zdegradował nawet i nie zakazał purpur. Zabronił udziału w ceremoniach i zamieszkiwania na terenie byłych księstw, którymi władali (widać wziął pod uwagę, że skromny zameczkopałacyk Głódź sobie wybudował poza tym obszarem, więc spoko – nic mu nie będzie). A, nakazano jeszcze obu panom wpłacenie z własnych pieniędzy „odpowiedniej sumy”. Dla kogo odpowiedniej to już zupełnie inna kwestia.

Wracając do Lisa: zapewne to, co wyżej napisałem jest świetnym przykładem tej brutalnej napaści ateistów na największe świętości chrześcijańskie… Ktoś złośliwie szydzi nie tylko przecież z dwóch obrońców pedofilów, ale i z ich przenajświętszych przełożonych. Czysta chrystianofobia, chamska i brutalna.

***

Kiedyś napisałem, że uważam Lisa za dziennikarza totalnego. Potrafi błyskotliwie posługiwać się każdą formą dziennikarską. Jest tak samo sprawny przed kamerą telewizyjną, mikrofonem radia, jak wówczas, gdy bierze w rękę długopis czy siada do klawiatury. Nie wycofuję tych słów. Tylko to, co przeczytałem w „Newsweeku” trochę mnie w tym kontekście dziwi, żeby wrócić do początku.

Ostatnio go widziałem w telewizji. Kamera go chyba już tak nie kocha, jak przed laty. Czas swoje robi? Po dzisiejszym tekście mogę tylko dodać: zdania składa nadal sprawnie w logiczny wywód, ale nie sądzę, by wnioskował poprawnie. Przyjął fałszywe założenia: szkoda.

A, przypomniałem sobie dziennikarza, który łkał na wizji, gdy zszedł z tego świata pewien pan, uznany potem przez katolików za świętego. Wtedy mnie to trochę zdziwiło. Więc teraz mnie to wszystko razem trochę nie dziwi.

Ale trochę jednak dziwi.

28.03

Wracamy do rzeczywistości. Jest paskudna: niedziela, a liczba zachorowań na covida znowu wydatnie większa od zeszłotygodniowej.

Jak co niedziela – w TVN 24 nielubiana przeze mnie „Kawa na ławę”; nie lubię tego programu nie tylko ze względu na zdecydowanie niesympatycznego, nabuzowanego przekonaniem o własnej wyjątkowości prowadzącego, ale przede wszystkim z uwagi na formułę: to przekrzykiwanie się tzw. polityków jest po prostu nie do zniesienia. Bez względu na płeć są to na ogół zwykłe przekupy. W dzisiejszym wydaniu błysnął intelektem przedstawiciel Dudy, który na pytanie o to, co tenże zrobił dla państwa w walce z pandemią – poza wyjazdami na narty – zabełkotał coś o telefonie do szefa Chin; jak na przeszło rok pandemii, to faktycznie się pan prezydent mógł przepracować…

Obserwując to kłócące się towarzystwo doszedłem do pewnej refleksji ogólniejszej na temat obecnego ustroju. A właściwie jego podobieństwa do ustroju, przez niektórych zwanego z przekąsem „słusznie minionym”. I różnic między tymi ustrojami.

Otóż jednym z głównych zarzutów, wysuwanych pod adresem tego minionego czasu było i jest stwierdzenie o występowaniu w nim pewnej uprzywilejowanej warstwy społecznej, zwanej nomenklaturą. To ona miała dostęp do różnych dóbr, niedostępnych dla zwykłych ludzi. Rekrutowała się w zasadzie spośród członków jednej partii i związanej z nią stronnictw „sojuszniczych”…

Tu dygresja w formie anegdoty. Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Siedzimy z przyjacielem – też dziennikarzem telewizyjnym – w hotelu „Bristol”, w reprezentacyjnej restauracji „Malinowa”. Obsługuje nas – znany nam doskonale, bo jesteśmy tu często – kelner, Eugeniusz. Czegoś zasępiony.

– Coś się stało, panie Geniu? – pyta przyjaciel.

– E, nie – powiada pan Eugeniusz – tylko tak tu panów obsługuję i myślę sobie: gdzie tu sens? Przecież ja mam tyle pieniędzy, że mógłbym kupić za gotówkę połowę tej panów telewizji, a to ja panów obsługuję, nie odwrotnie. I gdybym sobie kupił nowego mercedesa, to za tydzień by mnie skarbówka trzepała i miałbym taki kipisz, że bym własnej chałupy nie poznał…

Myślę, że dziś pan Genio nie miałby takich kłopotów. Oczywiście, gdyby był w odpowiedniej partii i udzielał się społecznie. Niekoniecznie w samej partii, ale w jakiejś radzie parafialnej byłoby w sam raz…

No i nie używa się już słowa „nomenklatura”. Zamiast obsługiwać dziennikarzy telewizyjnych, byłby Genio zapewne wiceministrem. Mentalnie w każdym razie dzisiejszych dostojników przerastał o kilka długości; nie mówiąc o manierach. A dzisiejsi dziennikarze telewizyjni odpowiadający naszej randze sprzed lat zapewne zastanawialiby się – komu się należy ukłonić, by zamienić śmieciówkę na etat. No i „Bristol” mogliby ewentualnie pooglądać z zewnątrz (sam tam byłem po raz ostatni chyba pół wieku temu albo i lepiej).

Chcę przez to powiedzieć, że i wtedy i dziś mamy do czynienia z podobnym mechanizmem. „Słusznie miniony” ustrój się tu zatem funkcjonalnie nie wyróżnia. Warstwa uprzywilejowana chyba więc powstaje zawsze, tylko kryteria są inne. I średni poziom tej warstwy też jest jednak dziś inny… On się oczywiście z latami podniesie, za jakieś dwa pokolenia. O ile tyle czasu państwo z nimi wytrzymają.À propos wczorajszej nomenklatury, czy – jak to lubią nasi aktualni władcy czasami mówić – klasy politycznej: zajrzałem sobie – tak mimochodkiem – do Wikipedii i poczytałem hasło „Mateusz Morawiecki”.Nie, nie będę się nad człowiekiem pastwił. Proponuję państwu tylko dwie rzeczy: policzenie w ilu miejscach widnieje tam drobnym drukiem przypis „niewiarygodne źródło”. Bardzo pouczające może być także zrobienie na podstawie zamieszczonych tam wiadomości tzw. time line życiorysu pana premiera. Kto to potrafi zrobić i nie zobaczy, że różne elementy się dosyć nielogicznie pokrywają i mało do siebie pasują, ten…

Ten z pewnością należy – lub akurat aspiruje – do nowej klasy politycznej.

PS.

Przypomniało mi się. Ważna różnica: przed laty było dużo mniej do ukradzenia.

27.03

Robię sobie odpoczynek od polityki i spraw bieżących. W końcu jeden dzień bez uczucia mdłości się starszemu panu należy.

Zatem dziś kilka słów o świeżo zakończonej lekturze: o „Naborze” V. V. Severskiego, niekoronowanego króla polskiej powieści szpiegowskiej. 800-stronicowy buch zajął mi trzy wieczory, co już samo w sobie coś mówi.

Nie pokuszę się o prawdziwą recenzję krytyczno-literacką; nie moja broszka. Zauważę jedynie, że autor – od początku swojej kariery dobry – pięknie się rozwija. Postacie bohaterów są pogłębione psychologicznie, wielowymiarowe i ciekawe. Dialogi z książki na książkę lepsze i bardziej wiarygodne. Dokumentacja rzeczowa doskonała: kilka razy sprawdzałem Severskiego co do różnych szczegółów – wszystko się zgadza i siedzi na swoim miejscu. Nawet co do opisów pewnych rozwiązań technicznych, które na pierwszy rzut oka wydają się rodem ze science-fiction (chodzi mi o wykorzystanie mikrodronów) – wcale nie byłbym taki do końca pewny, czy autor troszkę przesadził dla celów konstrukcji akcji. Jeśli nawet to zrobił, to wykonał robotę nader zręcznie a opisane narzędzia są prawdopodobne. Dokładnie tak: jeśli to nawet nie jest prawda, to rzecz jest dobrze wymyślona.

Niespodziewanie głównym, pełnowymiarowym i krwistym bohaterem książki staje się postać w poprzednich książkach (to już siódma z kolei!) cyklu ważna, ale nie pierwszoplanowa: żołnierz rosyjskiego specnazu, chorąży Andriej Trubow, czyli Jagan, który z dawnego niemal potwora przechodzi przemianę w bohatera pozytywnego. A może od początku taki był, tylko autor pokazał tę złożoną postać z innej perspektywy?

Na jego tle inni męscy bohaterowie wydają się troszkę przeintelektualizowani a niekiedy lekko psychotyczni. Kobiety wypadają troszkę gorzej, ale o tym jeszcze dwa słowa niżej.

Wątki związane z Rosją – żeby wrócić do Jagana – są w książce smakowite i soczyste; przy tym bynajmniej nie wrogie w stosunku do naszego wschodniego sąsiada. W ogóle w książkach Severskiego – wydaje mi się – prawie nie ma wrogów. Są przeciwnicy, którzy niekiedy okazują się w określonych sytuacjach przyjaciółmi i sojusznikami – i odwrotnie; bardzo mi to podejście odpowiada. W fachu szpiegowskim wydaje mi się po prostu profesjonalne.

Jest jednak w całej twórczości Severskiego grupa ludzi narysowana zdecydowanie negatywnie – i od razu powiem, że tu też całkowicie podzielam jego opinię.

Tą grupą jest po prostu władza, politycy. Niezależnie od zabarwienia, choć sympatie autora bez wątpienia nie są prawicowo-nacjonalistyczne.

Tym razem, gdy chodzi o sytuację polską – autor zdeklarował się zupełnie jednoznacznie w sposób, który mi w pełni odpowiada. Reszta niech będzie milczeniem. Dopowiem jedynie, że pomysł skrzyknięcia się oficerów będących już poza służbą w celu zrobienia czegoś pożytecznego dla państwa – jest godny uwagi.

Powrócę do wątku kobiecego. Śledzę sylwetkę autora w Internecie i wiem, że czytelnicy stale mu zadają pytanie: co dalej i czy coś dalej będzie? Nie zdradzając zupełnie zaskakującego i lekko pesymistycznego zakończenia książki, powiem tylko tyle: Severski bardzo zgrabnie ustawił sobie wszystkie wątki tak, by móc swoje dzieło kontynuować. I jeżeli to zrobi, to w następnym tomie cyklu będziemy mieli do czynienia z erupcją feminizmu.

Oczywiście, trochę żartuję. Ale że w kolejnej książce pierwszoplanową postacią będzie kobieta – nie mam wątpliwości. Osobiście stawiam na szpieginię działającą pod legendą właścicielki warszawskiej galerii sztuki. Ona nam w ostatnich tomach jakoś rośnie i rośnie… Mylę się, panie pułkowniku?

A swoją drogą: zdjąć kapelusz (jeśli ktoś jeszcze nosi) przed pracowitością i wydajnością pisarską.

26.03

Nie lubię się bez wyraźnego powodu wyrażać, ale dziś muszę. Dwie rzeczy przyprawiają mnie o nagły atak uogólnionej kurwicy.

Pierwsza to historia relacji państwo–kościół w kontekście pandemii. Rozumiem, że nieszczęsny konkordat, w który nas wpędziły cynicznie i skwapliwie pierwsze rządy „Solidarności”, uniemożliwia dziś formalnie wezwanie przez szefa rządu na dywanik szefa episkopatu i po serdecznym opieprzeniu nakazanie mu natychmiastowego całkowitego zamknięcia kościołów i zaprzestania udzielania ślubów (które z łatwością można oddać z powrotem administracji cywilnej wraz z przeniesieniem formalności do Internetu).

Rozumiem, że to dziś – w gruncie rzeczy dzięki paru nadgorliwym i w sumie dość obrzydliwym osobom – jest prawnie niemożliwe.

Ale publicznego powiedzenia wyraźnie i dobitnie, że kiwanie państwa w kwestii zaniżania frekwencji i nieprzestrzegania nakazanej odległości między ludźmi – to zwykłe draństwo i igranie życiem ludzi – żaden konkordat nie zakazuje.

Mówienie przez turbokatolików, że „kapłan ma konsekrowane ręce, więc nie zaraża” i walka z udzielaniem komunii na rękę – to gorzej niż skretynienie. To brnięcie w przestępstwo. Da się z łatwością podciągnąć pod nieumyślne powodowanie śmierci. Więc czyn surowo karany. Wcale nie mniej naganny od księżowskiej pedofilii.

W tę samą poetykę wpisują się ostatnie decyzje ministra zdrowia w sprawie ustanowienia pełnomocnika w warszawskim Szpitalu Południowym. Przecież ten pan musi wiedzieć, że nie da się zapewnić obsady medycznej tego szpitala inaczej, jak zabierając lekarzy i pielęgniarki z innych miejsc. Robienie więc zarzutu z uruchomienia zbyt małej liczby łóżek w tym szpitalu przez władze Warszawy – jest znowu cynicznym kantowaniem opinii publicznej.

A mianowanie wspomnianym pełnomocnikiem osoby, usuniętej w Warszawie z pracy za karygodne i oczywiste błędy w zarządzaniu, to po prostu haniebna bezczelność i arogancja beznadziejnie nieudolnej władzy prymitywnych populistów, którzy za wszelką cenę chcą wykorzystać politycznie każdą okazję, jak im się nadarzy; nawet taką, w której ich „środki zaradcze” to zwykłe – publiczne, więc dodatkowo idiotyczne – robienie sąsiadowi kupy na słomiankę pod drzwiami.

Na marginesie: nie wierzę, że którykolwiek z tych tzw. ministrów, sekretarzy stanu i jak się ta cała zgraja z upodobaniem tytułuje – podejmuje samodzielnie jakiekolwiek decyzje. Albo usiłują się jednemu gościowi podlizać i zgadują jego myśli, albo on wręcz im te wszystkie duractwa zleca.

Oni pewno wszyscy myślą, że jak przykryją teraz łeb kocem i powiedzą „to nie ja, tylko tamten” – to ich nie będzie widać. Mylą się. Zapamiętane będzie wszystko. I nic nie zostanie już zaniechane. Tym razem ktoś, kto – jak niegdyś prominentni platformersi – zrobi w kwestii odpowiedzialności tych gangsterów unik, będzie skończony natychmiast wraz z nimi.

Kto planuje, że jednak tak zrobi – niech sobie lepiej sam sobie kupi mocny sznurek. Albo już teraz na wszelki wypadek wypierdala.

25.03

Przekazuję niniejszym wyrazy obrzydzenia panu premierowi Morawieckiemu. Wzywanie opozycji do zaniechania walki politycznej, bo „wszystkie ręce na pokład wobec pandemii” – to szczyt bardzo niemądrej (nie będę się wyrażał) hipokryzji.

Gdyby panu premierowi rzeczywiście chodziło o jedność w obliczu niebezpieczeństwa – powinien powiedzieć mniej więcej tak: oświadczam, że dziś wydałem wszystkim członkom gabinetu zakaz krytykowania opozycji – i ośmielam się liczyć na to, że opozycja postąpi podobnie i chwilowo zaniecha korzystania ze swoich uprawnień.

Też by to nie było przesadnie rozsądne (bo przecież każdy wie, że takiemu Ziobrze i jego szajce to może co najwyżej nagwizdać do kieszeni, a nie wydawać polecenia…), ale przynajmniej w miarę eleganckie.

A potem pan premier zaatakował prywatną służbę zdrowia. Jakbym słyszał Hilarego Minca w latach czterdziestych, kiedy zaczynał on osławioną bitwę o handel, którą zresztą wspaniale wygrał, fundując nam w rezultacie puste półki.

Prywatne – wredne. Żony/mężów też upaństwowimy. A co?

Mincowi jednakże zawdzięczamy wprowadzenie do naszego jadłospisu karpia, panu Morawieckiemu zaś tylko dobrze przez nas zapamiętane tak liczne samozachwyty nad udaną walką z wirusem, którego „już nie ma”.

Zakończę banałem, choć zapewne nie przez wszystkich dostrzeganym: ta władza jest kompletna. Jak wygląda, tak postępuje. Każdy egzemplarz spod tej samej sztancy intelektualnej. Jakby im kto mózgi przez kalkę robił.

Sama zaś sztanca… Szkoda gadać. A zakochani wszyscy w sobie samych z widoczną wzajemnością.

Szukamy w Kosmosie obcego życia. Nie widzimy, że mamy je tuż–tuż. Zupełnie inną cywilizację. Tfu, nie tego słowa użyłem: cywilizację?

24.03

Oczywiście – dziś wszędzie dominuje jeden temat: działania prokuratury, która pisarzowi J. Żulczykowi chce wytoczyć proces (groźnie powarkując w oświadczeniach prasowych, że czyn jest zagrożony karą więzienia do lat trzech) za znieważenie głowy państwa przez nazwanie Andrzeja Dudy „debilem”. Przy okazji: wyguglujcie sobie dziś słowo „debil” i zobaczcie co z tej afery wynikło dla pana prezydenta; jak wam się nie chce, to powiem: nic, ale to zupełnie nic dobrego.

Na marginesie tego śmiesznego wydarzenia trzy refleksje: po pierwsze, przez użycie jednego słowa Żulczyk zapewnił sobie popularność w skali światowej, na którą taka np. Olga Tokarczuk zasłużyła dopiero Noblem. Po drugie, prokuratura i w ogóle władza wykazała się w tym (również) wypadku kompletnym brakiem poczucia śmieszności i drętwotą umysłową typową dla ludzi o mentalności szturmana z SA. Po trzecie zaś – reakcja prawicowej prasy, która wprost zawyła z zachwytu jedną pieśń „nie będą nam tu bezkarnie znieważać naszych idoli” też nie jest oryginalna. „Der Stuermer” grał podobne melodyjki…

A w ogóle, mając takich specjalistów od public relations lepiej się natychmiast zastrzelić, niż z nich dalej korzystać.

Druga sprawa, która mnie w tych dniach nurtuje, to niesamowita afera ze szczepionką firmy Astra Zeneca. Otóż albo jesteśmy świadkami czarnej propagandy na niesłychaną skalę, rozpętanej przez konkurencję – albo rzeczywiście sama ta firma troszkę sobie podretuszowała wyniki badań, żeby lepiej wypaść na rynku. Skłonny byłem rozważać tę pierwszą ewentualność, ale dziś doszła do nas informacja, że Astra zachomikowała sobie i ukryła przed światem 29 mln dawek swojego leku; po co? Żeby zarobić na wywołaniu zwyżki ceny? Żeby kogoś sobie kupić?

Jakkolwiek jest, którakolwiek z tych ewentualności jest prawdziwa – sytuacja brzydko pachnie. Obawiam się, że zobaczyliśmy fragment fotografii współczesnego biznesu, którego wcale nie chciał nam pokazywać…

PS. Autor mi przesłał:

23.03

Dziś nie będzie długich rozważań, przepraszam. Jestem jeszcze trochę oszołomiony tym, co się wydarzyło wczoraj wieczorem w Boulder, Colorado. Każdy wie: jakiś psychol wziął karabin  automatyczny i zrobił ludziom kolejną jatkę. I to społeczeństwo nadal chce swobodnego dostępu do broni, włącznie z tą wojskową, do zabijania masowego właśnie stworzoną, nie do żadnej obrony osobistej…

Co więcej, gdzieś w jakiejś prawicowej szmacie (tak, tak – czytuję: jak był stan wojenny, to też namiętnie czytywałem „Rzeczywistość” dla wypisywanych tam kretynizmów i podniesienia sobie ciśnienia…) wyczytałem pochwałę dla tej „ważnej amerykańskiej swobody”. A parę dni wcześniej były tam zachwyty, że Radomskiej Fabryce Broni udało się na amerykańskim rynku upchnąć z powodzeniem do sprzedaży dla osób prywatnych właśnie jakąś sporą partię polskich narzędzi do mordowania.

Biznes usprawiedliwia wszystko. No i odpowiednio wybrany cel. W przypadku Boulder zdaje się tak nie było; ale gdyby tak ten młodociany świr rozwalił nie dzieciaki, tylko jakichś lewaków… Dopiero by było co poczytać, zwłaszcza w komentarzach.

Drugi powód, dla którego będę zwięzły, jest ściśle prywatny. Otóż dzisiaj kurier mi przyniósł najnowszą książkę V. V. Severskiego i mam zamiar cynicznie i egoistycznie poświęcić się lekturze. Zdaje się, że pan pułkownik zdrowo przywalił między wierszami naszej rzeczywistości (tej bez cudzysłowu i pisanej małą literą). Opowiem jak przeczytam – co jednak kilka dni zajmie, bo buch ma osiemset stron.

22.03

Zęby mnie bolą.

Oglądam dekorowanie przez pana prezydenta Roberta Lewandowskiego wysokim orderem i żenuje mnie ten potok ckliwych i fatalną polszczyzną głoszonych wzniosłych banałów, który wylewa się z górnego otworu dekorującego. I nie podoba mi się pewne uleganie sytuacji przez piłkarza; który wykonuje wprawdzie swój zawód dość perfekcyjnie, ale – na litość! – jest jedynie znakomitym i sprytnym biznesowo piłkarzem, może nawet i najlepszym na świecie; co z tego?

Byłby nie tylko piłkarzem – gdyby odmówił. Albo przynajmniej coś niemiłego a inteligentnego przy okazji powiedział. Nie musiał być dosłowny. Miał szansę; nie skorzystał.

I tak, nie potrafiłbym ja ani nikt z moich znajomych nawet we śnie i wszystkimi czterema kończynami na raz zrobić tego, co on robi bez wysiłku małym palcem lewej nogi, więc proszę mi tego nie wypominać. Każdy coś umie – a czegoś nie umie. I nie zazdroszczę nikomu żadnych broszek. Tylko mi ciągle chodzi po łbie staropolskie „znaj proporcje, mocium panie”. I to, że wielka szansa trafia się czasem raz w życiu.

Trudno, nie jestem „fizyczny”; pewno dlatego mam taką perspektywę. Wolałbym na miejscu pana RL widzieć – powiedzmy – jakiegoś profesora, a jeszcze lepiej profesorkę. Byle nie z KUL czy podobnej instytucji paranaukowej. Ale i na miejscu dekoratora wolałbym też inną postać, więc uznajmy w sumie incydent za niemiły, ale zakończony. Ktoś puścił bąka – i tyle. Nie prowadźmy śledztwa – kto.

Drugi powód dzisiejszego zbrzyda – to pociągnięcie tej sejmowej paniusi, która przeniosła się ze skrajnej (podobno) lewicy, czyli partii WIOSNA na prawicę, czyli do pana Gowina. To jest dla mnie fikołek polityczny, przy którym być może nawet fikołki świeżo upieczonego Komandora Restituty bledną i stają się niezgrabnym machaniem korpusem.

I nie mówcie, że zmiana barw klubowych w polskim parlamencie, to nic nadzwyczajnego, że to było już wielokrotnie. Tak.

Ale o ile przejście z PiS do PO może być czytane jako zwykła ochrona tyłka bez zmiany pozycji ideologicznych, przejście odwrotne – jako banalne koniunkturalne skundlenie, ruchy w ramach tzw. Zjednoczonej Prawicy jako zmiana koloru wizytówki (o ile w tym towarzystwie wiedzą w ogóle, do czego taki kartonik służy) – o tyle ten transfer jest wręcz nie do pojęcia.

Na marginesie – skłania on do ponurych rozważań nad formowaniem list kandydatów do naszego parlamentu. Coraz wyraźniej widać, że większość z nich – to ludzie bez właściwości; pokorni mianowańcy tego czy innego – zmiłuj się, panie! – „wodza”, mentalni kundle. Z całym szacunkiem dla piesków.

Właściwie bycie posłem zaczyna być czymś podejrzanym i dyskwalifikującym towarzysko.

A zęby mnie wcale nie bolą. W moim wieku to oczywista przenośnia. Więc to tylko po to, żeby nie powiedzieć nieładnie wyraźnie: rzygać mi się chce, kiedy na tę bandę patrzę.

Ale jednak to mówię.

21.03

Zupełnie nic o polityce, pandemii i Danielu Obajtku. Jak powiadają dziewczyny – mamy tego wszyscy po kokardę a rzeczywistości nic nasze dąsy nie obchodzą, niestety. Zarządzam zatem dziś dzień wolny od obrażania się na nią; wrócimy do tematu bez wątpienia w przyszłym tygodniu, bo sama nam jednak wlezie.

Swoją drogą – dziwna z niej pani: niby nie reaguje na opinię a ciągle wymusza mówienie o sobie. Może to kwestia gender?

Do rzeczy zatem. Zafascynowała mnie wiadomość o mocno nietypowym zastosowaniu metod sztucznej inteligencji i analizy wielkich baz danych. Otóż w rezerwacie Sepak Wildlife Sanctuary w Kambodży, gdzie 72 funkcjonariuszy, pilnując terenu rozciągającego się na 1400 kilometrów kwadratowych absolutnie nie dawało sobie rady z kłusownikami wezwano na pomoc informatykę. Nakarmiono komputer danymi o wszystkich wykrytych w ciągu ostatnich lat naruszeniach prawa i stosowanych przez bandziorów narzędziach i stworzony program PAWS (Protection Assistant for Wildlife Security) wygenerował odpowiednie mapy, wskazując, gdzie należy działać. Przy okazji sam z siebie wskazał drogi poruszania się kłusowników; właściwie wystarczyło pójść tam, gdzie komputer wskazał i dokonać aresztowań. Wykrywalność wzrosła pięciokrotnie.

No i taka uwaga na marginesie: to wspaniale; ale czy tak do końca? A jeżeli zapolujemy w ten sposób nie na kłusowników? Proszę sobie dośpiewać resztę.

I druga sprawa, związana z nauką. Mianowicie od dawna głowimy się nad pytaniem o obecność życia we Wszechświecie. Statystyka mówi, że powinno ono tam być, że nasza Ziemia nie może być jakimś wyjątkiem (innego zdania są wyznawcy niektórych religii, ale ich zdanie jakoś mało mnie interesuje). Szukamy tego życia na planetach, które muszą znajdować się w tzw. ekosferze swoich gwiazd, czyli w takiej odległości od nich, że panująca tam temperatura pozwala na istnienie wody w stanie ciekłym.

Sporo takich planet już znaleźliśmy – i kicha.

A może… nie tam szukamy, gdzie trzeba?

Ostatnio zgłoszono hipotezę, że warunki do powstania życia, może nawet inteligentnego, panują również pod powierzchnią obiektów kosmicznych w znajdujących się tam zasobach wody. Tezę taką przedstawił niejaki S. Alan Stern z Southwest Research Institute z Teksasu. W samym Układzie Słonecznym istnieją światy, gdzie pod powierzchnią skał i lodu kryje się ocean; to księżyce wielkich planet jak Europa, Tytan czy Enceladus.

Ciekawe i inspirujące. Jeśli do tego dodamy, że przecież życie inteligentne wcale nie musi zawsze wyglądać podobnie do nas… I odwrotnie, istoty zupełnie podobne do nas wcale nie muszą być inteligentne, co możemy codziennie obserwować na konferencjach prasowych polityków?

Przypomina mi się anegdota ze słusznie minionych czasów.

Przyjechał na wieś prelegent z wykładem o Karolu Marksie. Po zakończeniu wykładu przewidziano pytania. Nastąpiła jednak chwila ciszy i wreszcie jakiś włościanin, jąkając się, spytał

– Panie prelegencie, czy na tym Marksie to jest życie?

– Też nie ma – odparł zrezygnowany wykładowca.

20.03

Dzisiaj będzie na początek o wybranych pozycjach weekendowej Wyborczej.

Borys Budka, człowiek skądinąd sympatyczny i na oko z gatunku tych, z którymi w latach młodości mógłbym sobie bez przykrości wspólnie obciążyć w trybie towarzyskim wątrobę, udzielił gazecie ogromnego i szczerego wywiadu. I chyba przesadził z tą szczerością, bo wyszło (w każdym razie: dla mnie) na jaw, że tak się nadaje na przywódcę politycznego, jak kozia dupa na saksofon.

Wyjaśnił otóż niefrasobliwie, że cały ruch wyborczy związany z Trzaskowskim był jedną wielką ściemą, z którą właściwie ugrupowanie Budki zupełnie nie wie, co zrobić…

Piersi opadają dziewicom samoczynnie, jak się coś takiego czyta.Z wywiadu wyziera poza tym obraz nieco zaaferowanego tzw. dobrego towarzystwa, które się kompletnie pogubiło w świecie. Na pewno się z niektórymi z nich (tymi mniej pryncypialnymi) miło gawędzi, ale…

Przypomina mi się autentyczna historia sprzed lat. Pewien ważny redaktor telewizyjny – tyleż popularny, co w życiu nieco obcesowy, łagodnie rzecz ujmując – miał zdecydować o przyszłości niezbyt urodziwego kandydata na prezentera, przysłanego na rozmowę kwalifikacyjną przez jakiegoś ważniaka. Popatrzył człowiekowi głęboko w oczy i powiedział: – więc planuje pan zostać prezenterem? Powiem panu szczerze, jak bym miał taką twarz, to bym na niej siadał, a nie pchał się na ekran…

Jakie kryterium byłoby na miejscu w wypadku kandydatów na polityków? Oto jest pytanie!

W każdym razie kilkunastu osobom ze świata polityki zaleciłbym bez sprawdzania żadnego kryterium zajęcie się na przykład hodowlą kanarków. I nie mam tu bynajmniej na myśli partii rządzącej, bo dla nich miałbym zupełnie inne propozycje, raczej nie związane z żadną ruchliwością – żeby nie powiedzieć więcej.

Druga pozycja weekendowej Wyborczej to zwykły błąd korektorsko–redaktorski, ale dla mnie bardzo śmieszny i wywołujący tak łatwe skojarzenia…

Otóż w tekście bardzo przeze mnie lubianego, szanowanego i co tam jeszcze pozytywnego da się o człowieku powiedzieć prof. Matczaka, którego felietony czytam zawsze z wielką satysfakcją, dwukrotnie wspomniany został seans „spirytualistyczny” zamiast „spirytystycznego”. I jedno z dwojga: albo przed drukiem redaktor dyżurny i korektorzy odbyli z powodzeniem właśnie seans spirytualistyczny, albo w gazecie nie ma już prawdziwego profesjonalnego działu korekty. Ze smutkiem obstawiam tę drugą ewentualność. W tę stronę właśnie pędzą współczesne media. Łbem w ścianę, a potem dziwimy się, że nakład spada.

I jeszcze coś z Internetu. Bez komentarza.

19.03

Dwaj panowie mnie ostatnio zasmucili.

Jeden – to niestety postać światowego wymiaru i w dodatku obdarzany przez wielu bliskich mi ludzi szczerą sympatią. Joe Biden mianowicie, prezydent USA. Otóż palnął on w jakimś wywiadzie publicznie (ściślej: zgodził się ze sformułowaniem pytającego dziennikarza), że Putin to zabójca.

Hm. Nie znam się na regułach dyplomatycznych, ale coś mi się zdaje, że jeszcze niedawno były ciut inne.

Zaraz się zaczęło usprawiedliwianie – że przecież co takiego, że prawdę powiedział, bo Putin wydawał polecenia zabicia różnych ludzi, więc tak jakby sam zabijał… A kto był wiceprezydentem USA, gdy siły specjalne swoimi dronami utłukły ładne parę osób, zresztą również cywilnych? Że w odwecie? Znowu: hm.

Powściągnąłbym trochę język, panie prezydencie. Jakoś potrafi pan przecież różnymi delikatnymi działaniami (na przykład: długotrwałym niedzwonieniem…) powiedzieć komuś, że za nim nie przepada.

Uważam tę wypowiedź Bidena za nierozważną.

BTW: oczywiście Biden jest nieskończenie lepszy od swojego poprzednika. I jako matematyk – kiedy mówię o nieskończoności, wiem, o czym mówię.

Ale – jak w każdym przypadku – widać raz jeszcze, że nic i nikt nie jest bez wad. Mnie na przykład spacerki pana prezydenta do kościółka troszkę od samego początku zniechęcają; ja jednak jestem stary niemoralny genderysta, lewak i bezbożnik. Samo zuo.

Jestem jednak w stanie zrozumieć: pewno w USA jeszcze inaczej nie można.

Zawsze jednak można wypowiedzieć swoje zdanie całkiem dobitnie bez łamania krzeseł; tak sądzę.

Warto też pamiętać o obowiązującym gdzieś kiedyś szlacheckim zwyczaju: jak się wyciąga szablę z pochwy dla demonstracji, to przed schowaniem trzeba się nią skaleczyć. Bo szabla nie służy do ostrzenia ołówków i wydobyta – musi umoczyć się we krwi. Inna rzecz, że co kraj to obyczaj: kowboje czasem się popisywali, robiąc efektownego młynka coltem bez strzelaniny. Ale oni chcieli komuś tylko zaimponować sprawnością chwytu, mam nadzieję.

Do tego typu demonstracji zaliczam też posłanie lotniskowca w pobliże Chin.

Drugi pan, który mnie swoim działaniem zasmucił – ale inaczej, nie budząc we mnie cienia zaniepokojenia – to Leszek Miller. Stanął na stanowisku czysto formalnym: że nie ma podstaw statutowych do połączenia SLD z inną partią i do zmiany nazwy, zatem Nowa Lewica jest nielegalna. W sytuacji, w której to ugrupowanie zdobywa akurat rosnące poparcie w najcenniejszym elektoracie, czyli u młodych, trudno to podejście uznać za racjonalne. Zachwyt prawicowych bublicystów (nie ma literówki) tę moją opinię potwierdza.

Niby też jestem formalista i spisane zasady uważam za święte. Ale… To ruch tak samo mądry, jak niegdysiejsze wystawienie kandydatury warzywa na wysoki urząd. Też legalne – bo czemu nie? – ale mizeria z tego wyszła straszna, prawda?

A nie niepokoję się – jak powiedziałem – bo pokolenie, do którego obaj z Millerem należymy – ma, żeby się w starym chwalonym wyżej dyplomatycznym stylu wypowiedzieć – coraz mniej do powiedzenia.

Możemy obaj już tylko w gruncie rzeczy pobrzęczeć. Niech tak zostanie. Biologia.

18.03

Wygląda na to, że wkrótce czeka nas ostateczna batalia o osobę następcy obecnego rzecznika praw obywatelskich. Wiele będzie zależało od stanowiska, jakie zajmie senator PSL, p. Libicki. Nie spodziewam się po nim zbyt wiele; zanadto ten człowiek, który część swojej kariery zawdzięcza niepełnoprawności, drugą – jako syn znanego polityka prawicy – nazwisku, a najmniejszą własnej osobowości, jest skażony religijnie.

Będę to obserwował z zainteresowaniem – głównie dlatego, że zapowiada on pójście pod prąd stanowisku swojej partii. Jeśli rzeczywiście, jak ogłasza, poprze prowokacyjnie zgłoszonego przez PiS kandydata – „twarz ustawy antyaborcyjnej” – i Kosiniak go nie wywali natychmiast – to PSL straci całkowicie wiarygodność i pogrzebie się ostatecznie. Może zresztą pora?

Rzeszów – próba sił. Bardzo ciekawie zapowiadają się dość niespodziewane wybory prezydenta Rzeszowa. Ustępujący T. Ferenc (wiązany z lewicą) zaskoczył i zniesmaczył swój elektorat „namaszczeniem” na swoje miejsce człowieka Ziobry. Tak sobie jednak myślę, że ten uważany za niezniszczalnego samorządowiec odpalił plan po prostu genialny: skoro to on postawił na Ziobrę, to automatycznie uniemożliwił poparcie tego kandydata przez PiS i gowinowców; summa summarum, o głosy rzeszowskiej prawicy zawalczy trójka kandydatów. Tymczasem cała opozycja się dogadała i wystawiła jednego, zresztą zastępcę popularnego Ferenca, więc niejako z natury „jego” człowieka… No i z pierwszych wyników badań opinii widać, że ten właśnie pan dość łatwo wygra, choć nie jestem pewien, czy już w 1. turze. Oj, chyba pan Ferenc wyciął prawicy numer wiekopomny…

To by znaczyło, że jednak można zjeść ciastko i mieć je nadal.

Debata nad wnioskiem o wypowiedzenie Konwencji Stambulskiej, (tej, która zabrania nawet katolikowi dokopać babie, kiedy jej się słuszny wpieprz należy), czyli kolejna odsłona drażnienia postępowej części społeczeństwa.

Prawdopodobnie ten pomysł Mordo Iuris przejdzie (tak mi wyłazi z rachunków) przez debatę plenarną i trafi do komisji, choć cała opozycja będzie chciała go uwalić w pierwszym czytaniu. Oficjalnie to nie Mordy go zgłaszają, ale…

Na marginesie tej kolejnej afery przypomina mi się piosenka z Kabaretu Starszych Panów „My jesteśmy tanie dranie”, w której genialni Wiesław Michnikowski wraz z Mieczysławem Czechowiczem oferowali proroczo…

Za świństewko drobne proszę pani
Pani płaci grosze
I za świństwo większej skali
Budżet panu nie nawali
Stosujemy zniżek system
Za abonamencik świństew
Kto rąk nie chce kalać zań
Je pokala tanio drań …

I w związku z tym pozwalam sobie zauważyć, że delegalizacja Mordo Iuris i związanego z nią Łobuz Dei powinna być jednym z priorytetów po odsunięciu pislamu od żłoba. Może nie w pierwszym tygodniu po zmianie władzy, ale już w drugim bym lubił.

17.03

Zaczynam od plot, ale potem będzie coś tip-top.

Podobno Stany Zjednoczone przyznały własne emerytury (zdezubekizowanym u nas) polskim oficerom służb specjalnych, którzy im dopomogli na Bliskim Wschodzie. Pyszna wiadomość. Jej rozpowszechnienie może wywołać skręt kiszek u paru osób, co dodatkowo by było ku pożytkowi publicznemu. Podobno.

Podobno syn p. Beaty Szydło opuściwszy w niejasnych okolicznościach stan kapłański odnalazł się pod zmienionym nazwiskiem w jednej z firm, podległych panu Obajtkowi. Też piękna i krzepiąca w dodatku wiadomość: jednak są w narodzie ludzkie uczucia. Inna sprawa, że fachowca z takim wykształceniem, to by zapewne nawet Uniwersytet Stanforda chciał zatrudnić. Podobno.

Nie wiem zupełnie, dlaczego przypomniała mi się taka historia. Co robi twój stary? – pyta młodzieniec kumpla. – Wykłada na Uniwersytecie. – O, matematykę może? – Nie, posadzki.

I na koniec jedna wiadomość ogólnie nieistotna, ale dla mnie ważna: jestem po pierwszym szczepieniu Pfizerem, i to w odległości 2 przystanków tramwajowych od domu. Poprawka za 6 tygodni. Objawy towarzyszące żadne, choć zafundowano mi nieintencjonalnie wielką przyjemność: z zapartym tchem obserwowały tę operację dwie wielkiej urody studentki medycyny. Mówcie sobie co chcecie, ale to bardzo podnosi nastrój starym sukinsynom.

16.03

Rozmawiam dzisiaj z kumplem z innego kraju.

– Aleście sobie wybrali przywódcę… – powiada.

Drętwieję. I nie o to chodzi, że ja tego faceta nie wybierałem i nie ma cienia możliwości, bym na kogoś z tej paki zagłosował. Nawet gdyby mi zagwarantował odmłodzenie (bo przecież dla nich obiecać i zagwarantować wszystko – to pryszcz i łatwizna).

Rzecz w słowie „przywódca”. Sięgam pamięcią wstecz jak tylko mogę – i nie widzę żadnego przywódcy. Jeśli już, to raczej dyktatorów, tych było sporo; no, może Piłsudski w swoim pierwszym przedmajowym okresie zasługiwałby na takie miano; może Wałęsa spełniałby też warunki przywódcy. Ale jednak z pewnością nie dla wszystkich. Dowódców było kilku; ale to jednak co innego.

Następna refleksja: przywódców się nie wybiera. Oni się pojawiają i idzie za nimi jakaś część ludzi; czasem spora i wówczas zazwyczaj dość szybko stają się właśnie dyktatorami. Albo chociaż próbują.

I wreszcie – najważniejsze. Mnie, jako  obywatelowi, żaden przywódca nie jest do niczego potrzebny. Potrzebny mi jest wysoce sprawny urzędnik, który będzie szybko i bez hałasu, ale za to skutecznie, załatwiał sprawy państwa. Musi być bardzo inteligentny, powinien być bardzo wykształcony. Byłoby idealnie, gdyby był autorytetem w jakiejś dziedzinie (ale nie w szeroko rozumianym przemyśle rozrywkowym; broń Boże, żeby mi się tu pchał jakiś celebryta!). Ot, dobry inżynier, wybitny lekarz, znany uczony – to by było coś z tych rzeczy. Ale to nie sa warunki konieczne, tylko bardzo pożądane.

W każdym razie ten mój wysoki urzędnik musi mieć do czego wrócić, jak mu – ja i współobywatele – podziękujemy i wymówimy; albo jak mu upłynie niebyt długa kadencja. Bo inaczej tyłek mu przyrośnie do krzesła i będzie kłopot.

No i tyle marzeń. Jest taki ktoś w zasięgu wzroku? Nie widzę, nie słyszę. Chociaż paru palantów się jednak zgłasza. Ale oni właśnie chcieliby przewodzić. A ja ich nie potrzebuję.

15.03

Obserwuję konferencję prasową, w której uczestniczy – a zapewne niejako ją prowadzi – pani rzeczniczka PiS. Widzę, jak po niektórych pytaniach dziennikarzy – zwłaszcza tych, dotyczących majątku pana Obajtka – czoło jej zielenieje i włos się stroszy samoczynnie. Słyszę w jej z pozoru spokojnej odpowiedzi tłumioną wściekłość i nienawiść.

Myślę: jak ten babon musi cierpieć, wiedząc, że gdy sobie choć trochę odpuści i wyraźniej da do zrozumienia co myśli – zostanie natychmiast memem i wszystkie media będą jej dawały do wiwatu przez dwa dni. Przecież ta z trudem tłumiona furia zniszczy jej wątrobę i co tam jeszcze może taka reakcja w organizmie zniszczyć. I myślę nieładnie, że jej się to serdecznie należy.

Myślę również, że prawdopodobnie odreagowuje tę sytuację w życiu prywatnym. I sądzę, że nie spodziewa się skutków. Za kilka miesięcy będzie się dziwić i będzie uważała, że to niesprawiedliwe.

I jeszcze myślę, że znakomita większość jej środowiska, na czele z nią, winna jest z jednego powodu wielką wdzięczność wiadomemu koronawirusowi: ten obowiązek noszenia maseczek to dla nich wizerunkowe błogosławieństwo.

Jeśli zaś państwo w związku z tym wszystkim uważają, że jestem wredny sukinsyn, to mają państwo rację. Ta opcja polityczna (nie tylko ta, ale o tej dzisiaj mówimy) ma to u mnie jak w banku.

14.03

Świat się zmienia – czasami boleśnie. Przeglądając Sieć znajduję informację o koledze (a nawet więcej niż koledze, przyjacielu) z bardzo dawnych lat. I oto pisze o nim jeden z jego studentów: miły starszy pan, z poczuciem humoru, świetny wykładowca – choć nieco cicho mówi; jeden defekt: nie sposób się z nim skomunikować, bo niemal głuchy… No i na egzaminie wymaga myślenia, zdać u niego nauczywszy się po prostu na pamięć – nie sposób.

Niespecjalnie odkrywcze pytanie: gdzie się podziała nasza młodość?

Swoją drogą, starość i emerytura mają swoje dobre strony też. Do dzisiejszych wymagań obyczajowych, zwłaszcza w relacjach męsko–damskich byłoby mi się strasznie trudno dostosować. Wszystkie działania, które niegdyś uznałbym za nieistotną poufałość czy żart – bez wątpienia zostałyby uznane za molestowanie. Nic takiego mi dzisiaj nie grozi; chyba że palnę coś niestosownego w tym miejscu… No ale za to nie pozbawiają emerytury – a za żarty czy nie w czas powiedziane komplementy można dziś stracić posadę.

Ciekawe, że te niemiłe sytuacje dotyczą głównie mężczyzn: jakoś nie czytałem żadnych sensacyjnych szczegółów o molestowaniu panów przez celebrytki na przykład. A co nieco sam widziałem… I o męskich karierach, związanych z możną protektorką też to i owo słyszałem.

Może jednak po prostu historia dąży do sprawiedliwości w tym względzie?

Zakończę te rozważania (mam nadzieję, że Czytelnicy zaakceptują ich żartobliwość, którą na wsiakij pożarnyj słuczaj podkreślam) propozycją, która powinna załatwić te sprawy na przyszłość. Otóż myślę, że najlepszą metodą wyjścia z kłopotów byłoby – państwowe naturalnie – losowanie partnerów, uwzględniające oczywiście ich wiadome preferencje. Taki totek matrymonialny. Nie byłoby niestosownych flirtów i banałów komplementowych, wysocy i niscy oraz ładni i brzydcy płci obojga mieliby równe szanse, nie byłoby żadnego bodyszamingu ani żadnych takich. Losowanie w razie czego można by powtarzać i w ten sposób wystarczyłoby tylko ustalić prawnie maksymalną dopuszczalną liczbę powtórzeń.

Tylko czy nie okazałoby się wtedy, że jakiś Obajtek losuje wciąż same hurysy?

13.03

Powraca dość stary pomysł zdekomunizowania Powązek. Z pewnym opóźnieniem dowiaduję się, że znany ze skrajnej prawicowości i antykomunizmu pan Płużański zgłosił 1 marca pomysł – poparty potem przez Macierewicza – usunięcia z Powązek zwłok wszystkich „niegodnych miana polskiego patrioty” i przeniesienia ich na cmentarz komunalny, „a najlepiej na cmentarz żołnierzy radzieckich”.

To, oczywiście, prawnie niewykonalne. Chyba że takim mykiem, jaki zastosowano na Placu Piłsudskiego: odbierając władzę nad terenem samorządowi i podporządkowując jakiemuś ministerstwu czy innej godnej zaufania rządzących instytucji; IPN sam się tu nasuwa.

Nie skomentuję tego szerzej. Szczytem idiotycznego antykomunizmu wydawał mi się dotychczas pomysł wyburzenia Pałacu Kultury. Ten kolejny pomysł jest nie tylko idiotyczny: jest maksymalnie obrzydliwy. ludzie, którym takie rzeczy przychodzą do głowy – są po prostu podli.

A dla porządku odnotuję jeszcze jedno wydarzenie, tym razem aktualne. Dziś wypuszczono pierwsze półoficjalne informacje o „Nowym Ładzie dla Polski”, jaki mają nam zaprezentować 20 marca na jakimś spędzie wiedźm i upiorów, który zwykło się ostatnio nazywać konwencją PiS. I znów komentarz będzie zwięzły: zęby bolą. Żaden „Nowy Ład”. Idioci idiotom – tak się to powinno nazywać.

Podłości chyba z reguły towarzyszy kłamstwo; odwrotnie niekoniecznie, czasami podłość zastępuje głupota. Ale to nie ten przypadek.

12.03

Nie wiem, czy mnie to bardziej śmieszy – czy złości. Oto pan Kurski… obraził się na organizatorów konkursu na tzw. Telekamery, bo żadna z postaci TVP nic nie dostała (tu aż się prosi przypomnieć stary kawał: postać? Raczej posiedzieć…). W wielostronicowych gorzkich żalach obciążył naturalnie Niemców i personalnie Edwarda Miszczaka, kończącego chyba karierę dyrektora programowego TVN, który jakoby zrobił „ustawkę”..
Dawno nie czytałem czegoś równie żenującego i niestosownego. A zorganizowana wokół tego upustu rozpaczy akcja popierających Kurskiego wypowiedzi „przypadkowych telewidzów” nie odbiega poziomem intelektualnym od samego dokumentu i jest boleśnie przewidywalna.

Przypomina mi się propozycja Brechta, by zawiedziony zachowaniem narodu rząd zmienił sobie naród na nowy. Tylko skąd go wziąć w tym wypadku? Jakoś nie widzę na horyzoncie żadnej grupy, idealnie pasującej do wymagań pana Kurskiego i jego Ukochanego Szefa.

Napisałem „przewidywalna” i popadłem w głęboki namysł. Prostuję: przewidywalna warunkowo.

Pod warunkiem przyjęcia założenia, że autorzy rzeczonego dokumentu są prymitywami ze wzdętym ego.

Druga sprawa, która mnie poruszyła mimo swojej oczywistości, to wystąpienie p. doktora wszelkich nauk wojenno-więziennych i europosła, Patryka Jakiego.

Piszę „oczywistości”, bo niczego innego się po tym osobniku spodziewać nie można: co otworzy otwór gębowy, to większa katastrofa i żenua. W ostatnim wystąpieniu w Parlamencie Europejskim, tym przeciw rezolucji o uczynieniu Unii obszarem wolnym od homofobii, pan doktor osiągnął szczyt swoich możliwości intelektualnych: takiego nonsensownego i nielogicznego bełkotu nie słyszałem dawno. Z nadętą miną wydalił z siebie kilkanaście zdań, z których żadne nie pasowało do poprzedniego ani nie miało cienia sensu.

Dobrze jeszcze, że dał sobie spokój z angielszczyzną (niegdyś próbował z bardzo zabawnymi skutkami) i poleciał patriotycznie po polsku; gdyby zrobił inaczej, odpowiadałby zapewne karnie za nagłą śmierć ze śmiechu niektórych słuchaczy.

11.03

Afera z panią Romaszewską, oburzoną, że jej nie wpuszczono do kościoła na mszę pogrzebową Jana Lityńskiego. Ona sama i cała prawica w śmiertelnym oburzu. Jak to: JEJ?

Rodzina Lityńskiego miała prawo imiennie zaprosić 31 osób. Taka jest pojemność tego kościoła w dniach pandemii. Nie zaproszono Romaszewskiej, ale – przyniosła wieniec od swego chlebodawcy – wieniec odebrano. Koniec sprawy.

Nie: nie narodziła się nam w latach 1980–89 (już nie mówiąc o późniejszych) nie tylko żadna nowa arystokracja, ale nawet nowa nomenklatura. Co najwyżej powstało kilka nowych sitw. Sitwa, do której zapisała się pani R. jest w dodatku coraz mniej modna.

Swoją drogą, pani R. nie jest nietypowa. Jak na moją wytrzymałość trochę zbyt dużo solidarnościowych hrabiów z własnego na ogół mianowania pałęta mi się koło kostek. Nie zdając sobie sprawy z własnej śmieszności; bo wzdęcie jest zazwyczaj śmieszne. A czasem w skutkach hałaśliwe. I brzydko pachnie.

10.03

Pan Obajtek zaczyna się wyraźnie denerwować. Ujawniają się coraz nowe fakty i pytania, wśród nich chyba to podstawowe: skąd człowiek wziął fortunę w czasach, w których raczej nie miał prawa tyle zarobić?

Nie dziwię się, że sypie na konferencji prasowej iskrami z ładnie rzeczywiście utrzymanych zębów przednich. To zresztą jakoś chyba w jego partii niemodne. Ale dziwią mnie jego współtowarzysze: trzeba już faktycznie w piętkę gonić, żeby wyciągać jako argument, że pan Obajtek na stanowisku szefa Orlenu nie zasłużył sobie na żadne zarzuty. Niemal automatycznie wywiadujący dziennikarz powinien rzecz skomentować błyskawicznym: rzeczywiście, jeszcze chyba nie.

A swoją drogą jakoś zespół Tourette’a mu chyba cudownie przeszedł? Może się pomodlił?

Często się modli chyba pan senator Libicki, który – występując jako „niezależny” – zapowiedział, że jeśli PiS wysunie jako kandydata na RPO tego pana, który skierował do Trybunału Julki pytanie o legalność aborcji; z wiadomymi skutkami, to on go poprze. Bo się panowie znają. Otóż pan senator wielokrotnie deklarował swoją zawziętą chadeckość, a oni chyba modlitwy mają w statucie. No i tak się porobiło, że nowo wymyślona przez prezesa (bo przez kogo?) kandydatura może przejść; podobno pani senator Staroń też ją wesprze.

Skomentuję to tak: nie najgorszy termin wybrali, wiosna idzie. Dziewczynom ze Strajku Kobiet i ich przyjaciołom milej będzie pójść na spacer, a ten spacer może jeszcze bardziej podgrzać temperaturę. Może być ciekawie.

9.03

Sprawa nr 1. Gazeta Wyborcza ujawniła dziś, a TVN24 wielokrotnie powtarza historię o tym, jak 5 lat temu PiS chytrze dokonał wrzutką w ostatniej chwili takiej modyfikacji prawa, która pozwala prokuraturze skierowaną już do sądu sprawę wycofać bez uzasadnienia i jednocześnie uniemożliwia złożenie na to zażalenia. Prawdopodobnie przepisy te zostały zastosowane tylko raz i wyłącznie w stosunku do p. Obajtka, (wówczas osobie nieznanej), oskarżonemu wtedy o „przyjęcie korzyści majątkowej” w wysokości jakichś drobnych 700 tys. złotych…

Skandal? No pewno. Warto grzać? Należy.

Tylko… gdzie byli w momencie uchwalania tego prawa specjaliści prawni prasy? A eksperci opozycji?

A, nie było ich i nie ma? A, kto by każde słowo i każdy przecinek ustawy analizował?

Przepraszam, nie chciałem. Pewno nie w tym kraju mieszkam co trzeba.

Sprawa nr 2. Wczorajszy romans Harlequina o największym w historii nakładzie. W dodatku wszystko się ruszało jak żywe.

Chodzi naturalnie o wywiad pani Winfrey z angielską parą eks-książęcą. W związku z tym żałuję tylko jednego, ale za to bardzo: TVN zdjął z anteny „Szkło kontaktowe”, żeby zrobić miejsce na to arcydzieło dziennikarstwa telewizyjnego. I na tym należałoby właściwie skończyć tę dosyć żałosną sprawę.

Ale wszyscy komentują, więc jakoś nie wypada milczeć.

Tak więc mój komentarz jest taki: po prostu obejrzeliśmy skutki kolizji dwóch światów. Świata monarchii brytyjskiej i współczesnego świata zamożnych, ale najzupełniej przeciętnych ludzi. Oba te światy rządzą się całkowicie różnymi prawami fizyki (jeśli ktoś woli: regułami współżycia). Kolizja musiała się więc skończyć katastrofą i w obu światach – zdaje się – nikt nie wie, co się właściwie stało i dlaczego.

Pani Meghan wydaje się np. najzupełniej nie rozumieć, że wychodząc za Harry’ego za mąż podpisała jednocześnie pełną wymagań umowę o pracę; wymagań m.in. takich, że nie wolno się pokazywać z gołymi nogami. Może te wymagania w normalnym świecie są idiotyczne; ale one są w umowie. I skoro się je przestało przestrzegać, to i pracodawca ma prawo nie dotrzymać np. warunku zapewnienia pracownikowi ochrony osobistej.

Dla mnie to proste jak konstrukcja cepa.

Jest oczywiście mnóstwo ludzi, których trzęsie święty oburz na samo istnienie monarchii. Hm… Czy państwo są do końca pewni, że demokratyczne wybory głowy państwa dają zawsze lepszy rezultat? Osobowościowo i pod każdym innym względem?

Jeśli tak, to gratuluję spostrzegawczości. Podobno najciemniej pod latarnią.

Tu ograniczę się jeszcze do takiej refleksji, że jednak (skąpe zresztą) rozdawanie tytułów szlacheckich daje w sumie mniej niemiłych konsekwencji finansowych i społecznych, niż obsadzanie swoimi durniami spółek skarbu państwa.

Sprawa nr 3. 20 marca PiS ogłosi ponoć program odbudowy po kryzysie – „nowy ład”. Jego częścią będą kwota wolna od podatku w wysokości 30 tys. zł i emerytura bez podatku do 2,5 tys. zł – twierdzi OKO.press. No i znów dyskusja: skąd na to wezmą kasę? Kogo teraz okradną i jak?

A ja sobie myślę, że puszczenie takiego przecieku oznacza jedno: szykujcie się bracia na przyspieszone wybory. Tego typu rewelacje ogłasza się TYLKO tuż przed wyborami. Bo one mogą wpłynąć na wynik, a ogłoszone przedwcześnie – dadzą znany efekt zamoczonego kapiszona. Aż tacy idioci to oni jednak nie są.

No, może się mylę; nie byłby to pierwszy raz w życiu.

8.03

Dzisiaj rocznica Marca, jednego z „polskich miesięcy”. Z trudem potem przyhamowany wybuch drzemiącego pod skórą w Polsce antysemityzmu. Pierwsze półoficjalne pokazanie się po wojnie neoendecji.

A co mamy dziś? Kilka cytatów. Tak to widzą:

Znikoma część Żydów wyjechała za granicę w wyniku rozruchów marcowych. Większość uciekinierów była rdzennymi Polakami, którzy podawali się za Żydów a w polityce partyjnej tamtych lat znaleźli pretekst i jedyną okazję do ucieczki na Zachód. […]

Część żydowskiej „młodzieży”, w tym Z. Baumann, L. Kołakowski, J. Kuroń spreparowali nośną na zachodzie Europy opozycję do takiego „narodowego”, „kołtuńskiego” komunizmu, który wziął górę w partyjnych rozgrywkach. Ci Żydzi- „trockiści” stali się zagorzałymi krytykami marksizmu, choć byli jeszcze niedawno jego ideologami. […]

Równoległe do zachodnich – w USA, Francji i Niemczech – protesty studenckie w Polsce organizowane były przez te same środowiska neotrockistowskie (min. Modzelewski, Kuroń*; lewica trockistowska była antynarodowa i przeszła później na stanowiska neoliberalne). Miały ten sam cel: obalenie zastanego porządku. Wielu historyków ocenia, że ta zbieżność nie była przypadkowa. […]

Dla większości studentów biorących udział w protestach zasadniczym powodem rewolty była walka z cenzurą antyrosyjskich (antyradzieckich) Dziadów. Ich udział w rewolcie miał charakter narodowowyzwoleńczy nie zaś jak w przypadku inicjatorów protestu internacjonalistyczny. Polscy studenci nie rozumieli tego konfliktu jako wewnątrzpartyjnego. […]

Innymi słowy, międzynarodowe żydostwo samo siebie z Polski wyrzuciło. Prawda?

PS. Wszystkie cytaty z jednego źródła. Mieniącego się katolickim. Nawet w wersji turbo. Nie wymienię, nie wypada.

7.03

Buszując tradycyjnie (bo co robić przy pandemii?) po Internecie, trafiłem dziś na zaciekłą dyskusję na temat, który i mnie od dawna rozgrzewa do białości – i to mimo że w najmniejszym stopniu już bezpośrednio nie dotyczy.

Chodzi mianowicie o to, że co pewien czas przez media przelewa się kolejna pełna grozy informacja, że oto Polska wymiera. Mimo wszystkich 500+ i różnych takich – kobiety nie chcą rodzić i za chwilę Polaków będzie o kilka milionów mniej…

Rzeczywiście: zastępowalność pokoleń (tak się to chyba nazywa) spada. Ale nie tylko w Polsce, lecz w całym w miarę cywilizowanym i zamożnym świecie. w wyraźnej dodatniej korelacji z pozycją kobiety w społeczeństwie i jej wykształceniem.

Oczywiście, istnieje coś takiego jak często przywoływany w dyskusjach, jakoby tępiony przez lewactwo, instynkt macierzyński (znacznie silniejszy zresztą niż ojcowski), ale ze względów obyczajowych, jeśli się już pojawia, to znacznie później niż kiedyś; na moje oko zaczyna być widoczny u kobiet koło trzydziestki. Bo trzeba skończyć studia, bo należy sobie zapewnić jakąś karierę zawodową…

I — od razu zdradzam swoje stanowisko: to dobrze. To bardzo dobrze. Bo słodkie dzidziusie, z których potem mają wyrosnąć nierozumiejący świata ONR-owcy i Weszpolacy są potrzebne tak naprawdę wszelkiego typu kaczoidom; jeśli zaś ci wyginą, to tym lepiej.

Rzecz jasna, bezpośrednim skutkiem takiego stanu rzeczy jest rosnąca przewaga ilościowa społeczeństw i ludów biedniejszych i gorzej wyedukowanych. Nacjonaliści i im podobni „patrioci” rwą więc szaty, że Polacy (ogólniej: Europejczycy; jeszcze ogólniej: biała rasa) wymierają. Zagraża nam „dechrystianizacja” i „islamizacja”, bo — właśnie! — nas najadą…

Stąd wezwania do płodzenia ile wlezie i wynoszenie na piedestał wieloródek, stąd stwierdzenia (ku mojemu zdumieniu: dość często głoszone przez kobiety) o „patriotycznym obowiązku” rodzenia. Stąd — motywowane w dodatku religijnie — wezwania o ograniczenie dostępu do antykoncepcji. Stąd walka z imigracją i z natury rzeczy niespecjalnie się mnożącym elgiebetem.

W gruncie rzeczy brakuje jeszcze wezwań do wprowadzenia numerus clausus dla kobiet na studiach; ale poczekajmy, Mordo Iuris do spółki z Jędraszewskimi nie takie bzdury potrafi upowszechniać.

Jak sądzę, związane z powyższym opowieści o tym, że już niebawem między Odrą a Bugiem będzie żyło ledwo ponad 20 mln ludzi, to nonsens. Być może, będzie to prawda w odniesieniu do „etnicznych Polaków”; ale nie mylmy ich z obywatelami. Liczba obywateli (a ta jest ważna dla państwa, podatki płacą i na nasze emerytury zarabiają właśnie obywatele, a nie etnicy) jak przypuszczam nie spadnie; lub spadnie nieznacznie.

Co żadnego wstrząsu ekonomicznego raczej nie wywoła, bo postępująca cyfryzacja, robotyzacja i automatyzacja ograniczą zapotrzebowanie na ręce do pracy. Wzrośnie za to zapotrzebowanie na pracę mózgów. Prawdopodobnie zaowocuje to rzeczywiście „dechrystianizacją”; ale bardziej tym owocuje księżowska pedofilia i pycha rozmaitych Gądeckich czy Głódziów, gdyby ktoś pytał.

Przy okazji drobna uwaga o etniczności: jak dobrze pogrzebiemy w naszych drzewach genealogicznych, to znajdziemy tam bez wątpienia różne niespodzianki. Tłumaczące nasz garbaty nos czy fałdę mongolską koło oczu. Gdzieś wyczytałem, że cofnąwszy się o jakieś głupie 6-10 tys. lat spotkalibyśmy samych krewnych…

Zatem szanowne panie: nie dajcie się wpędzić w żadne kompleksy. Nie ma nic nienormalnego w tym, że myślicie o własnym życiu i własnej karierze. I możecie mieć ochotę na rodzenie – albo jej nie mieć. Nie ma tu żadnego obowiązku ani patriotycznego, ani żadnego innego. Przepraszam, że piszę oczywistości. Ale czasem trzeba.

Z tym że za miesiąc znów jakiś idiota napisze alarmistyczny tekst, że wymieramy…

6.03

Na Warmię i Mazury trafiło prawie 6 mln maseczek, zgodnie z obietnicą władz. Wszystkie cztery gminy powiatu oleckiego otrzymały 137 tys. sztuk. Maseczki są bezwartościowe, bo data ich ważności minęła – podaje „Gazeta Olsztyńska”.

Właściwie to by było o polityce na dzisiaj tyle. Więcej nie trzeba. Żyjemy w kraju kanciarzy, wydrwigroszy i oszustów; to jedna grupa. To ci „trzymający władzę”. A druga, jeszcze chyba ważniejsza, właśnie tego chce. Ona się nazywa elektorat.

Zostawiamy politykę, będzie teraz o prezenterach telewizyjnych, głównie o samicach, ale nie tylko; rzecz dotyczy również i samców, zwłaszcza tych poniżej 45 roku życia. Otóż dostaję afcicy racic i pyska, słuchając ich „melodyjnego” zawodzenia, zwanego zapewne modulacją głosu. Druga maniera – to krzyk. Trzecia – machanie łapami, jakby jama ustna nie wystarczała.

Kiedyś, kiedyś, byłem przez czas jakiś członkiem komisji, przyznającej tzw. karty mikrofonowe i ekranowe, uprawniające do występów w tv. Nie każdy wie, że dzieliły się one na kategorie: karta S upoważniała do mówienia własnym tekstem w dowolnym programie i pokazywania całej postaci, karta L – tylko do czytania cudzych tekstów bez pokazywania (lektor), były jeszcze kategoria I, II i karta „warunkowa”, przyznawana na 3 miesiące.

Gdybym powiedział (a nie powiem, bo chodzi o starych dziś ludzi) kto NIE DOSTAŁ uprawnień z powodu nieusuwalnych wad wymowy – bardzo byście się zdziwili.

Została potem osoba gwiazdą; ale to nie znaczy, że myśmy się mylili, tylko że kryteria spadły na dno i się potłukły.

Wiem, byliśmy katami, niedopuszczającymi do miodu zdolnej młodej konkurencji. I tak, jak się ktoś jąkał i był bezpartyjny, to karty nie dostawał.

Jakieś 95% występujących obecnie nie dostałoby nawet „warunku”.

5.03

Kilka luźnych uwag dzisiaj. Ot, takie skakanie po rzeczywistości.

Pierwsza: coraz gorzej jest z dostępem do informacji. Wiem, oczywiście, że robienie profesjonalnego medium typu informacyjnego na jakim-takim poziomie wymaga sporych nakładów; zatem rozumiem, że redakcje „idą w reklamę”.

Ale zaczyna to już być — przynajmniej w Polsce — przesadne.

Migotki, błyskotki, trzy zdania i miejsce na jakąś wiadomość, tytuły robione wyłącznie pod kątem klikalności… Nie da się czytać. Tym bardziej że te reklamy są z jednej strony coraz bardziej kretyńskie, z drugiej zaś — robione jak spod sztancy.

Te same rodzinki 2+2, głupie uśmiechy, rozbielone romantyczne kadry… Na moje oko w tej branży już powstały monopole, które tłuką swoje arcydzieła seryjnie.

A można inaczej. Czytam „The New York Times”, który też za coś jest wydawany i zarabia (paywall tam działa, ale bez przesady; leady niosą w sobie jakieś wiadomości, płatne rozwinięcia są tylko rozwinięciami właśnie) i też zamieszcza reklamy; ale jakoś tak, że nie leją po oczach i nie przeszkadzają w lekturze.

Albo polskojęzyczny Euractiv (euractiv.pl); radzę spróbować. Ci z kolei utrzymują się z dobrowolnych datków. Pewno jest tam jakieś źródło zasilania, ale czytelnika się nie doi.

Płynnie przechodzimy zatem do drugiej uwagi. Bardzo interesująco rozwija się sytuacja w USA, o której (oczywiście: szalenie jednostronnie, krytycznie wobec Bidena) paradoksalnie najwięcej w naszych mediach prawicowych. Odnoszę wrażenie, że coraz wyraźniejsza linia polityczna nowego prezydenta staje się jakby dla prasy centrowej i lewicowej kłopotliwa.

Wyczuwam takie mówienie półgębkiem. No bo Biden się nie szczypie: wziął prawicę ostro za łeb, śledztwa w sprawie próby rewolty trumpowskiej toczą się ostro, o kwestiach LGBT wypowiada się jednoznacznie, bez żadnych uników i serwitutów…

A to tylko przykłady. Sądzę, że gdyby teraz w Waszyngtonie ktoś spróbował zrobić coś w rodzaju naszego Marszu Niepodległości z jego pirotechniką i hasłami, to grzmot pał oddziałów szturmowych tamtejszej policji słychać by było w Europie. Nawet gdyby członkowie tych oddziałów specjalnie nie mieli na to ochoty.

To właśnie – to zdecydowanie – jest wyraźnie u nas kłopotliwe. Amerykanie chyba zrozumieli, że faszyzm trzeba brutalnie zdusić, gdy tylko podniesie łeb; bo może potem być z późno.

Ale może mój ogląd rzeczy jest skażony lekturą NYT i obrazem z CNN. Tylko skąd mam brać inne spojrzenie?

Skoro już jesteśmy w USA… Tamtejsi hierarchowie katoliccy oprotestowali szczepionkę antykowidową firmy Johnson&Johnson, bo jakoby robiono ją z wykorzystaniem do badań komórek abortowanych płodów (to taka manipulacja, że nawet mi się nie chce wyjaśniać: kto wie, ten wie).

Pięknie to współgra z oburzonym biadoleniem krajowych biskupów z Płocka po wyroku, uniewinniającym dziewczyny w słynnej sprawie Tęczowej Maryjki.

Refleksja może być tylko jedna: jak ktoś chce zrobić z siebie idiotę, to jego sprawa. Niestety, w kraju nad Wisłą na tym skończyć nie wolno; to jednak nie USA, gdzie katabasy mogą sobie gdakać do woli i spowodują najwyżej wybuch śmiechu. U nas Czarna Sotnia jeszcze nie wie, że weszła na równię pochyłą; co gorsza, nie wiedzą o tym również rządzący wszystkich szczebli.

No to trzeba im to będzie uświadomić.

4.03

Napisał do mnie jakiś pan z TVP z prośbą o rozmowę w związku z tym, że jest jakaś tam rocznica wprowadzenia do Polski koloru w przekazie telewizyjnym — a tak się składa, że pierwszy publicystyczny program w kolorze był wedle mojego scenariusza i ja go prowadziłem (nie mówię o w ogóle pierwszym programie kolorowym, bo to akurat była transmisja obrad VI Zjazdu PZPR). Dla porządku, były to „Spotkania w kolorze”, nadawane co tydzień w pr. II. Pan zapewnił, że jego redakcja jest „niepolityczna”.

Odmówiłem, informując, że z TVP nie mam zamiaru współpracować.

Rozwinęła się krótka korespondencja, która — jak sądzę — może być ciekawa.

TVP do mnie:

W ten sposób to my się w Polsce nigdy nie dogadamy… Równie dobrze ja mógłbym uczynić zarzut z pracy w TVP w latach 70., która była reżimowa – tego nie czynię, bo piszę o wprowadzeniu koloru w telewizji (nie tylko czerwonego)…

Na to ja:

Faktycznie, nie dogadamy się; przynajmniej ja tego nie planuję. Po prostu TVP (poza fragmentami kanału „Kultura”) dla mnie przestała istnieć. I o żadnym „dogadywaniu się” nie może być mowy.

Wszyscy pracownicy i współpracownicy TVP dokonują świadomego wyboru i powinni sobie zdawać z tego sprawę. Tak było zawsze, choć nie wszyscy – także w dawnych czasach – to zrozumieli. Czasem ten wybór bywał i zapewne bywa motywowany finansowo, czasem politycznie (jak pan woli, „kolorowo”).

Ja też w swoim czasie dokonałem świadomego wyboru (niekoniecznie politycznego, choć także) parokrotnie i parokrotnie poniosłem z tego powodu konsekwencje, które mnie rzadko zaskakiwały. Na ogół wiedziałem co robię i robiłem to świadomie.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie mam nic osobiście przeciw panu, choćby dlatego, że pana nie znam. Ale ludzie z firmy pana Kurskiego tylokrotnie dali dowód swojej nierzetelności, że żadne zapewnienia o „niepolityczności” czy „uczciwości” jakiejkolwiek agendy tej organizacji nie są już wiarygodne.

Rozumiem, że człowiek musi z czegoś żyć, choć to motywacja umiarkowanie szlachetna. Władza jednak przemija, każda; warto to uwzględniać w kalkulacjach życiowych. A co potem?

Życzę powodzenia w tych przemyśleniach.

3.03

Środa – a więc zaczynamy dzień po rytualnych ablucjach od kawy i lektury „Polityki” (od pierwszego numeru nieustannie mojego tygodnika numer 1 – nie ma drugiego takiego). Czasem jest lepsza, czasem gorsza — jak to bywa. Nie można być co tydzień geniuszem. Ale zawsze jest coś do poczytania.

W tym numerze jest godny polecenia tekst Janusza Majcherka: „Narodowo i na ludowo”, powstały na marginesie głośnej „Ludowej historii Polski” Leszczyńskiego. Majcherek otóż idzie mocno pod prąd fali lewicowych zachwytów nad książką i zwraca w szczególności uwagę, że tłumaczenie obecnej sytuacji politycznej i popularności PiS odreagowaniem ludu na wieki ciemiężenia przez klasy wyższe — jest, delikatnie mówiąc, nieporozumieniem.

Oczywiście Majcherek wie doskonale, że obaj (bo w pełni podzielam jego opinię) zostaniemy natychmiast obarczeni nowym stosunkowo epitetem „klasizmu”, ale w moim głębokim przekonaniu ma rację. Lud polski niczego nie odreagowuje, bo nie bardzo wierzę w jakąś pamięć zbiorową. To jest tylko tłumaczenie wymyślone przez zażenowanego istniejącą sytuacją intelektualistę. Takie dopasowywanie teorii do faktów. Które są zawstydzające.

Ludowi polskiemu bowiem brakuje (niekoniecznie z własnej winy, zaznaczam dla porządku) wiedzy i wykształcenia; a ponadto nadal jest pod istotnym wpływem kleru. Z tego wynika jego postawa, nie z żadnej potrzeby odwetu. Jeśli jakieś motywacje psychologiczne wchodzą tu w rachubę, to wyłącznie kompleks niższości; ale w żadne zbiorowe motywacje tego typu nie wierzę.

Warto czytać Majcherka.

2.03

Odnotowuję dwa ważne wydarzenia, które (obym był złym prorokiem) więcej narobiły huku, niż z nich coś sensownego wyniknie.

Pierwsze – to wyrok sądu w Płocku, uniewinniający trzy dziewczyny w sprawie tzw. tęczowej Maryjki. Czyli – co tu będziemy ukrywać – procesu o bluźnierstwo, które to przestępstwo w kodeksach od dawna nie figuruje, ale ma swój myk w postaci możliwości sądzenia za urażenie tzw. uczuć religijnych.

No więc fajnie, że dziewczyny sąd uniewinnił, ale to pierwsza instancja dopiero.

Godkoidy (od nazwiska słynnej aktywistki prokościelnej) żyć im nie dadzą.

Co najważniejsze, ten idiotyczny (bo zupełnie nielogiczny i pozbawiony sensu) artykuł kodeksu jest nadal ważny.

Więc – owszem, dobrze – ale nie za bardzo.

Druga sprawa to wyrok TSUE, który niby przyznaje rację polskiej opozycji, ale w gruncie rzeczy spuszcza odpowiedzialność na sądy krajowe. Czyli – macie rację, ale sami to sobie zwerbalizujcie. A jak wasz sąd uchwali, że KRS jest do dupy, to staniecie przed nieważnym Trybunałem Julii i sprawa zatnie się na dobre.

Czy oni nie widzą, że zapętlili proces, czy też zrobili to celowo? Bo – wicie, rozumicie – jedność Unii i te rzeczy… Boję się, że to drugie.

Znów: dobrze, ale nie beznadziejnie.

1.03

Mamy dziś 1 marca. Święto tzw. żołnierzy wyklętych.

Najpierw o tym, dlaczego właśnie ta data: dlatego, że tego dnia w 1951 roku stracono tzw. IV Komendę WiN.

No dobrze; mogli wybrać rocznicę zamordowania w Puchałach Starych 30 chłopów białoruskich przez „Burego”, czyli uwielbianego przez białostockich młodych faszystów pana Rajsa. Jak słyszę to towarzystwo skandujące „Bury, Bury nasz bohater!”, to mi się zimno robi.

Mogli też wybrać rocznicę któregoś z wyczynów „Ognia”.

Więc – nie najgorzej, prawda?

Oczywista, takie święto nie mogło się odbyć bez wypowiedzi pana Dudy (jakoś jego funkcja nie może mi przejść przez klawiaturę). Pan Duda zaś był łaskaw polecieć po całości i powie-dział m.in. „Polskie podziemie niepodległościowe to było ponad 300 tys. ludzi – tak szacują historycy”.

Albo pan Duda sięga po dzieła „historyków” a nie historyków, albo inaczej nie umie; musi troszeczkę podkoloryzować. Nawet dość starannie pod tym względem pilnowana przez prawicę „Wikipedia” podaje, że liczbę członków wszystkich organizacji i grup konspiracyjnych szacuje się na 120–180 tysięcy osób. W ostatnich dniach II wojny światowej na terenie Polski działało 80 tysięcy partyzantów antykomunistycznych. A mam podejrzenie graniczące z pewnością, że i te liczby są mocno przesadzone.

Jednego możemy być pewni: jeśli nic się w tym kraju (celowo używam tego zwrotu, żeby rozwścieczyć turbopatriotów: sadystycznie lubię, jak toczą pianę z pysków…) nie zmieni, to „wyklęci”, „niezłomni”, czy — a co się będziemy szczypać — po prostu „święci” żołnierze będą się pośmiertnie rozmnażać jak króliki.

Niewykluczone, że nasze prawnuki będą się dziwić -. jak to się stało, że powstał ten PRL: przecież z jednej strony było 300 staruszków bez wykształcenia, a z drugiej – cały NARUT.


Poprzednie miesiace

Print Friendly, PDF & Email

42 komentarze

  1. Mr E 2021-03-02
  2. slawek 2021-03-04
    • Yac Min 2021-03-06
  3. Musz 2021-03-05
    • Yac Min 2021-03-06
  4. Yac Min 2021-03-06
    • Magdalena Ostrowska 2021-03-07
      • Yac Min 2021-03-08
  5. Magdalena Ostrowska 2021-03-07
    • Yac Min 2021-03-08
      • Magdalena Ostrowska 2021-03-08
        • Yac Min 2021-03-08
        • Magdalena Ostrowska 2021-03-09
        • Musz 2021-03-11
        • Magdalena Ostrowska 2021-03-12
  6. Yac Min 2021-03-08
  7. Magdalena Ostrowska 2021-03-11
  8. Magdalena Ostrowska 2021-03-12
  9. Magdalena Ostrowska 2021-03-12
  10. slawek 2021-03-12
  11. PIRS 2021-03-13
  12. PIRS 2021-03-17
  13. Magdalena Ostrowska 2021-03-17
    • Musz 2021-03-20
  14. Arkadiusz Głuszek 2021-03-17
  15. Magdalena Ostrowska 2021-03-20
  16. slawek 2021-03-22
  17. Magdalena Ostrowska 2021-03-22
    • Mr E 2021-04-02
      • Magdalena Ostrowska 2021-04-08
        • Mr E 2021-04-10
  18. Musz 2021-03-23
  19. Arkadiusz Głuszek 2021-03-23
  20. slawek 2021-03-26
  21. Yac Min 2021-03-28
  22. Magdalena Ostrowska 2021-03-30
  23. slawek 2021-03-31
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com