Bogdan Miś: Upusty żółci (marzec)65 min czytania

()

01.03.2021

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.

Może teraz.

31.03

Zaczyna się robić naprawdę ponuro.

Nie, nie chodzi o pandemię. Tu, mimo alarmująco wyglądających liczb zaczynam być umiarkowanym optymistą. Jeśli tylko uda się nieco ograniczyć jazgot antyszczepionkowych kretynów (jeśli odrobinkę mocniej naciśniemy pedał medialny – powinno się udać) i jeśli firmy produkujące szczepionki nie nawalą – rzeczywiście, powinniśmy w jesieni zacząć wracać do normalnego życia.

Z tym że to będzie całkowicie nowa normalność, dużo bardziej kameralna niż niegdyś, raczej bez tłumów na ulicach, hucznych weselisk i kilometrami ciągnących się pielgrzymek oraz idiotycznych masowych wycieczek na Giewont, bez dziesiątków tysięcy kibiców na stadionach. To se ne vrati. Raczej. Bo jak nie, to se vrati nowa pandemia. Może zrozumiemy.

W moim pojmowaniu ta nowa normalność będzie oznaczała – tylko i aż – zezwolenie na życie nadal z najwyższą ostrożnością, ale bez lęku. Też dobrze.

Nie o tym jednak chciałem.

Porusza mnie i przygnębia absolutnie panoszące się zwykłe bezprawie, od góry do dołu. Coś tam sobie dziś szemrze Komisja Europejska i TSUE, a my – ustami tego niedorzecznika z brzęczącym blaszanym głosem bez cienia inteligentnej intonacji – zapowiadamy z góry, że mamy to w nosie. Prawo? Jakie prawo? Prawo to wola ludu. A formułuje je On; i jego zbiry. Czyż nie?

Wywalą nas z tej Unii jak nic.

Pamiętam, jak do niej wchodziliśmy – i jak bezzębne i bezmózgie dewoty w towarzystwie swoich parcianych mężów i brzuchatych katabasów w sutannach demonstrowały na Krakowskim Przedmieściu przeciw „bezbożnikom”; spluwałem wówczas w tym kierunku i byłem pewien, że to ich ostatnie podrygi.

Tymczasem to był początek… moich ostatnich podrygów.

Na dole mamy też swoiste hulaj dusza–piekła nie ma. Drobny przykład.

Z zasady patrzę z obrzydzeniem na zawodowy sport (choć przyznaję – bywa pięknym spektaklem) i nie mam wątpliwości, że nie jest to żadna „czysta rywalizacja” tylko brudne i cuchnące mafijne interesiki; ale to, co wyczytałem dzisiaj o „szlachetnej dyscyplinie dam i dżentelmenów”, za jaką uchodzi tenis – przekracza wszelkie granice. Działacz tego związku otóż otwartym tekstem przyznaje się do fałszowania dokumentów, żeby utalentowane dziecko mogło wziąć udział w komercyjnym turnieju – i jeszcze się tym sukinsyn chwali.

To dziecko, dziewczynka, ma – zależnie od potrzeb „związkowych” w dokumentach od 12 do ukończonych 14 lat; naprawdę ma 11. A dzieciom z dorosłymi grać nie wolno; nie dlatego, żeby nie kompromitować dorosłych, ale dla ochrony rozwijającego się organizmu. Ale nic to, nic prawo.

Związek Tenisowy po dzisiejszym artykule „Wyborczej” (ostatnia kolumna) powinien zostać automatycznie rozwiązany bez prawa ponownego organizowania podobnej organizacji przez najbliższe 10 lat. A „działacze” co do jednego zdyskwalifikowani dożywotnio i postawieni przed sądem za fałszowanie dokumentów.

Że stracą na tym nasi „wielcy sportowcy”? Jeśli będą w tej haniebnej sprawie siedzieć cicho, to pies z nimi tańcował. Jeszcze bym im dołożył całkowity zakaz sponsoringu przez spółki skarbu państwa.

Ktoś, jakiś lekarz – chyba w Hiszpanii – powiedział: płaciliście gwiazdom sportu setki milionów? Niech was teraz oni leczą. Popieram takie myślenie.

Nie mam jednak wątpliwości czym akurat ta afera tenisowa się skończy: niczym. I dlatego mówię, że zaczyna się robić naprawdę ponuro. Ta duperelna w końcu sprawa jest świadectwem upadku państwa i społeczeństwa wcale nie gorszym niż tolerowanie przestępstw bezczelnej zgrai biskupiej czy wyczyny „reformatorów” szkolnictwa i nauki spod znaku rozmaitych Czarnków.

Boję się, że na odkręcanie tego wszystkiego dwóch pokoleń nie starczy. Jeśli w ogóle.

30.03

Temat, narastający od kilku dni: zachowania przemocowe w szkołach aktorskich.

Oczy mam już od czytania tych tekstów jak filiżanki. To są wyższe uczelnie? Wyzywanie wulgarnymi słowami studentów, a nawet bicie ich? Rzucanie krzesłami przez wykładowców?

To nie jest jakaś choroba. To nie jest grypka. To jest rak, trąd i dżuma. System przy tym jest groźny: ci sami ludzie są – pożal się, nieistniejący Boże – wykładowcami i szefami teatrów i reżyserami. Kto podskoczy w szkole – może się przekwalifikować, najlepiej na śmieciarza.

Słów brakuje.

Najłagodniejsza rzecz, którą można zrobić, to wprowadzić ścisłe rozdzielenie funkcji wykładowców i funkcji kierowniczych w jakiejkolwiek instytucji poza uczelnią.

A najlepiej chamów i opryszków płci obojga wyrzucić na zbitą twarz. Bez względu na zasługi i nagrody.

Słyszę też, że niektórzy z tych ludzi mają doktoraty czy nawet habilitacje. Włosy na głowie stają: z czego? Z jakiej dyscypliny naukowej? Jeśli to jest jakaś dyscyplina pozateatralna: historia sztuki, filozofia, socjologia, językoznawstwo – rozumiem. Może być. Ale pod warunkiem, że recenzentami i promotorami takich rozpraw będą uczeni, niemający absolutnie żadnego związku ze środowiskiem teatru czy filmu.

A może istnieją również doktorzy habilitowani suflowania?

***

W Sejmie przeszedł projekt Ordo Iuris, który upoważnia prezydenta do wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej („stambulskiej”). Został skierowany do dalszych prac w komisjach.

Przeciw byli wszyscy posłowie Lewicy i Polska 2050. Za projektem zagłosowało troje posłów KO: Joanna Fabisiak, Haidar Riad, Munyama Killion. Bogusław Sonik się wstrzymał. Oraz sześcioro posłów PSL: Marek Biernacki, Mieczysław Kasprzak, Jan Łopata, Jacek Tomczak, Bożena Żelazowska, Marek Sawicki.

Zapamiętamy te nazwiska. Sami chcieli.

29.03

Troszkę jestem zdumiony – a troszkę nie.

Tomasz Lis wywalił w swoim dzisiejszym „Newsweeku” na dwie kolumny felieton wstępny, w którym bierze w obronę poniewieranych publicznie ludzi wierzących, zwłaszcza zaś katolików. Dostrzega narastającą kampanię antychrześcijańską. I protestuje. Bo ludziom w czasach pandemii potrzebna jest jakaś ściana moralna, o którą mogliby się wesprzeć.

Nie, nie będę go cytował i polemizował z każdym zdaniem po kolei. Byłyby zresztą dosyć łatwe do wyszydzenia, więc po co? Jaki koń jest, każdy widzi. Nie widzi tutaj, niech sobie poczyta. Niech będzie: uprawiam promocję. Wyjaśniam: to nie jest product placement. „Newsweek” to naprawdę dobre pismo.

Kilka słów tylko zatem. Ogólnie rzecz biorąc, Lis wolałby, żeby ludzie niewierzący siedzieli po prostu cicho i nie wypowiadali swoich poglądów publicznie. Prawdopodobnie to właśnie zakłóca spokój społeczny i zapewne dokładnie to jest ową kampanią antychrześcijańską; bo jakoś tarzania kapłanów w smole i pierzu przez zdziczałą ateistyczną tłuszczę ani innych brutalnych ekscesów w rodzaju bezczeszczenia hostii – nie widziałem.

Więc chyba chodzi tylko o to zabieranie głosu; kiedyś za takie coś palili na stosach, więc dziś, jak tylko mówią „stul pysk”, to są przecież bardzo tolerancyjni.

A, lewica (wszak ohyda sama w sobie, n’est ce pas?) zaczęła jakąś kampanię, promującą apostazję; jakim prawem? Przecież takie prawo mogłoby ewentualnie przysługiwać tylko katolikom; że to sprzeczność? No to co? Jest chrystianofobia? Jest.

A, przepraszam: wlepki z tęczą na obrazkach, będących kopiami jakiegoś znanego malowidła, to przecież straszna zbrodnia i podłość, którą Lis widzi i rozumie; inne na to spojrzenie, to zmuszanie katolików do akceptacji czegoś, czego nie chcą. Chrystianofobia. Proste jak ogon śledzia.

Tu chciałbym tylko spytać, czy domalowanie czegoś na kopii takiego obrazka lub kopii jego kopii – to też obrażanie czyichś uczuć, i gdzie się kończy ta iteracja bezeceństw?

Może i nie kończy się w ogóle, ale to już jest wrażliwość zatrącająca dla mnie o paranoję.

Watykan ogłosił dziś swój werdykt w sprawie dwóch purpuratów, Głodzia i Janiaka. Uznał, że zawinili (choć nie sprecyzował na wszelki wypadek nagannych czynów) i – zdaniem sporej części mediów „surowo” albo „przykładnie” ukarał. Nie, nie wywalił obu panów na opuchniętą od alkoholu twarz, nie wydalił ze stanu duchownego. Nie zdegradował nawet i nie zakazał purpur. Zabronił udziału w ceremoniach i zamieszkiwania na terenie byłych księstw, którymi władali (widać wziął pod uwagę, że skromny zameczkopałacyk Głódź sobie wybudował poza tym obszarem, więc spoko – nic mu nie będzie). A, nakazano jeszcze obu panom wpłacenie z własnych pieniędzy „odpowiedniej sumy”. Dla kogo odpowiedniej to już zupełnie inna kwestia.

Wracając do Lisa: zapewne to, co wyżej napisałem jest świetnym przykładem tej brutalnej napaści ateistów na największe świętości chrześcijańskie… Ktoś złośliwie szydzi nie tylko przecież z dwóch obrońców pedofilów, ale i z ich przenajświętszych przełożonych. Czysta chrystianofobia, chamska i brutalna.

***

Kiedyś napisałem, że uważam Lisa za dziennikarza totalnego. Potrafi błyskotliwie posługiwać się każdą formą dziennikarską. Jest tak samo sprawny przed kamerą telewizyjną, mikrofonem radia, jak wówczas, gdy bierze w rękę długopis czy siada do klawiatury. Nie wycofuję tych słów. Tylko to, co przeczytałem w „Newsweeku” trochę mnie w tym kontekście dziwi, żeby wrócić do początku.

Ostatnio go widziałem w telewizji. Kamera go chyba już tak nie kocha, jak przed laty. Czas swoje robi? Po dzisiejszym tekście mogę tylko dodać: zdania składa nadal sprawnie w logiczny wywód, ale nie sądzę, by wnioskował poprawnie. Przyjął fałszywe założenia: szkoda.

A, przypomniałem sobie dziennikarza, który łkał na wizji, gdy zszedł z tego świata pewien pan, uznany potem przez katolików za świętego. Wtedy mnie to trochę zdziwiło. Więc teraz mnie to wszystko razem trochę nie dziwi.

Ale trochę jednak dziwi.

28.03

Wracamy do rzeczywistości. Jest paskudna: niedziela, a liczba zachorowań na covida znowu wydatnie większa od zeszłotygodniowej.

Jak co niedziela – w TVN 24 nielubiana przeze mnie „Kawa na ławę”; nie lubię tego programu nie tylko ze względu na zdecydowanie niesympatycznego, nabuzowanego przekonaniem o własnej wyjątkowości prowadzącego, ale przede wszystkim z uwagi na formułę: to przekrzykiwanie się tzw. polityków jest po prostu nie do zniesienia. Bez względu na płeć są to na ogół zwykłe przekupy. W dzisiejszym wydaniu błysnął intelektem przedstawiciel Dudy, który na pytanie o to, co tenże zrobił dla państwa w walce z pandemią – poza wyjazdami na narty – zabełkotał coś o telefonie do szefa Chin; jak na przeszło rok pandemii, to faktycznie się pan prezydent mógł przepracować…

Obserwując to kłócące się towarzystwo doszedłem do pewnej refleksji ogólniejszej na temat obecnego ustroju. A właściwie jego podobieństwa do ustroju, przez niektórych zwanego z przekąsem „słusznie minionym”. I różnic między tymi ustrojami.

Otóż jednym z głównych zarzutów, wysuwanych pod adresem tego minionego czasu było i jest stwierdzenie o występowaniu w nim pewnej uprzywilejowanej warstwy społecznej, zwanej nomenklaturą. To ona miała dostęp do różnych dóbr, niedostępnych dla zwykłych ludzi. Rekrutowała się w zasadzie spośród członków jednej partii i związanej z nią stronnictw „sojuszniczych”…

Tu dygresja w formie anegdoty. Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Siedzimy z przyjacielem – też dziennikarzem telewizyjnym – w hotelu „Bristol”, w reprezentacyjnej restauracji „Malinowa”. Obsługuje nas – znany nam doskonale, bo jesteśmy tu często – kelner, Eugeniusz. Czegoś zasępiony.

– Coś się stało, panie Geniu? – pyta przyjaciel.

– E, nie – powiada pan Eugeniusz – tylko tak tu panów obsługuję i myślę sobie: gdzie tu sens? Przecież ja mam tyle pieniędzy, że mógłbym kupić za gotówkę połowę tej panów telewizji, a to ja panów obsługuję, nie odwrotnie. I gdybym sobie kupił nowego mercedesa, to za tydzień by mnie skarbówka trzepała i miałbym taki kipisz, że bym własnej chałupy nie poznał…

Myślę, że dziś pan Genio nie miałby takich kłopotów. Oczywiście, gdyby był w odpowiedniej partii i udzielał się społecznie. Niekoniecznie w samej partii, ale w jakiejś radzie parafialnej byłoby w sam raz…

No i nie używa się już słowa „nomenklatura”. Zamiast obsługiwać dziennikarzy telewizyjnych, byłby Genio zapewne wiceministrem. Mentalnie w każdym razie dzisiejszych dostojników przerastał o kilka długości; nie mówiąc o manierach. A dzisiejsi dziennikarze telewizyjni odpowiadający naszej randze sprzed lat zapewne zastanawialiby się – komu się należy ukłonić, by zamienić śmieciówkę na etat. No i „Bristol” mogliby ewentualnie pooglądać z zewnątrz (sam tam byłem po raz ostatni chyba pół wieku temu albo i lepiej).

Chcę przez to powiedzieć, że i wtedy i dziś mamy do czynienia z podobnym mechanizmem. „Słusznie miniony” ustrój się tu zatem funkcjonalnie nie wyróżnia. Warstwa uprzywilejowana chyba więc powstaje zawsze, tylko kryteria są inne. I średni poziom tej warstwy też jest jednak dziś inny… On się oczywiście z latami podniesie, za jakieś dwa pokolenia. O ile tyle czasu państwo z nimi wytrzymają.À propos wczorajszej nomenklatury, czy – jak to lubią nasi aktualni władcy czasami mówić – klasy politycznej: zajrzałem sobie – tak mimochodkiem – do Wikipedii i poczytałem hasło „Mateusz Morawiecki”.Nie, nie będę się nad człowiekiem pastwił. Proponuję państwu tylko dwie rzeczy: policzenie w ilu miejscach widnieje tam drobnym drukiem przypis „niewiarygodne źródło”. Bardzo pouczające może być także zrobienie na podstawie zamieszczonych tam wiadomości tzw. time line życiorysu pana premiera. Kto to potrafi zrobić i nie zobaczy, że różne elementy się dosyć nielogicznie pokrywają i mało do siebie pasują, ten…

Ten z pewnością należy – lub akurat aspiruje – do nowej klasy politycznej.

PS.

Przypomniało mi się. Ważna różnica: przed laty było dużo mniej do ukradzenia.

27.03

Robię sobie odpoczynek od polityki i spraw bieżących. W końcu jeden dzień bez uczucia mdłości się starszemu panu należy.

Zatem dziś kilka słów o świeżo zakończonej lekturze: o „Naborze” V. V. Severskiego, niekoronowanego króla polskiej powieści szpiegowskiej. 800-stronicowy buch zajął mi trzy wieczory, co już samo w sobie coś mówi.

Nie pokuszę się o prawdziwą recenzję krytyczno-literacką; nie moja broszka. Zauważę jedynie, że autor – od początku swojej kariery dobry – pięknie się rozwija. Postacie bohaterów są pogłębione psychologicznie, wielowymiarowe i ciekawe. Dialogi z książki na książkę lepsze i bardziej wiarygodne. Dokumentacja rzeczowa doskonała: kilka razy sprawdzałem Severskiego co do różnych szczegółów – wszystko się zgadza i siedzi na swoim miejscu. Nawet co do opisów pewnych rozwiązań technicznych, które na pierwszy rzut oka wydają się rodem ze science-fiction (chodzi mi o wykorzystanie mikrodronów) – wcale nie byłbym taki do końca pewny, czy autor troszkę przesadził dla celów konstrukcji akcji. Jeśli nawet to zrobił, to wykonał robotę nader zręcznie a opisane narzędzia są prawdopodobne. Dokładnie tak: jeśli to nawet nie jest prawda, to rzecz jest dobrze wymyślona.

Niespodziewanie głównym, pełnowymiarowym i krwistym bohaterem książki staje się postać w poprzednich książkach (to już siódma z kolei!) cyklu ważna, ale nie pierwszoplanowa: żołnierz rosyjskiego specnazu, chorąży Andriej Trubow, czyli Jagan, który z dawnego niemal potwora przechodzi przemianę w bohatera pozytywnego. A może od początku taki był, tylko autor pokazał tę złożoną postać z innej perspektywy?

Na jego tle inni męscy bohaterowie wydają się troszkę przeintelektualizowani a niekiedy lekko psychotyczni. Kobiety wypadają troszkę gorzej, ale o tym jeszcze dwa słowa niżej.

Wątki związane z Rosją – żeby wrócić do Jagana – są w książce smakowite i soczyste; przy tym bynajmniej nie wrogie w stosunku do naszego wschodniego sąsiada. W ogóle w książkach Severskiego – wydaje mi się – prawie nie ma wrogów. Są przeciwnicy, którzy niekiedy okazują się w określonych sytuacjach przyjaciółmi i sojusznikami – i odwrotnie; bardzo mi to podejście odpowiada. W fachu szpiegowskim wydaje mi się po prostu profesjonalne.

Jest jednak w całej twórczości Severskiego grupa ludzi narysowana zdecydowanie negatywnie – i od razu powiem, że tu też całkowicie podzielam jego opinię.

Tą grupą jest po prostu władza, politycy. Niezależnie od zabarwienia, choć sympatie autora bez wątpienia nie są prawicowo-nacjonalistyczne.

Tym razem, gdy chodzi o sytuację polską – autor zdeklarował się zupełnie jednoznacznie w sposób, który mi w pełni odpowiada. Reszta niech będzie milczeniem. Dopowiem jedynie, że pomysł skrzyknięcia się oficerów będących już poza służbą w celu zrobienia czegoś pożytecznego dla państwa – jest godny uwagi.

Powrócę do wątku kobiecego. Śledzę sylwetkę autora w Internecie i wiem, że czytelnicy stale mu zadają pytanie: co dalej i czy coś dalej będzie? Nie zdradzając zupełnie zaskakującego i lekko pesymistycznego zakończenia książki, powiem tylko tyle: Severski bardzo zgrabnie ustawił sobie wszystkie wątki tak, by móc swoje dzieło kontynuować. I jeżeli to zrobi, to w następnym tomie cyklu będziemy mieli do czynienia z erupcją feminizmu.

Oczywiście, trochę żartuję. Ale że w kolejnej książce pierwszoplanową postacią będzie kobieta – nie mam wątpliwości. Osobiście stawiam na szpieginię działającą pod legendą właścicielki warszawskiej galerii sztuki. Ona nam w ostatnich tomach jakoś rośnie i rośnie… Mylę się, panie pułkowniku?

A swoją drogą: zdjąć kapelusz (jeśli ktoś jeszcze nosi) przed pracowitością i wydajnością pisarską.

26.03

Nie lubię się bez wyraźnego powodu wyrażać, ale dziś muszę. Dwie rzeczy przyprawiają mnie o nagły atak uogólnionej kurwicy.

Pierwsza to historia relacji państwo–kościół w kontekście pandemii. Rozumiem, że nieszczęsny konkordat, w który nas wpędziły cynicznie i skwapliwie pierwsze rządy „Solidarności”, uniemożliwia dziś formalnie wezwanie przez szefa rządu na dywanik szefa episkopatu i po serdecznym opieprzeniu nakazanie mu natychmiastowego całkowitego zamknięcia kościołów i zaprzestania udzielania ślubów (które z łatwością można oddać z powrotem administracji cywilnej wraz z przeniesieniem formalności do Internetu).

Rozumiem, że to dziś – w gruncie rzeczy dzięki paru nadgorliwym i w sumie dość obrzydliwym osobom – jest prawnie niemożliwe.

Ale publicznego powiedzenia wyraźnie i dobitnie, że kiwanie państwa w kwestii zaniżania frekwencji i nieprzestrzegania nakazanej odległości między ludźmi – to zwykłe draństwo i igranie życiem ludzi – żaden konkordat nie zakazuje.

Mówienie przez turbokatolików, że „kapłan ma konsekrowane ręce, więc nie zaraża” i walka z udzielaniem komunii na rękę – to gorzej niż skretynienie. To brnięcie w przestępstwo. Da się z łatwością podciągnąć pod nieumyślne powodowanie śmierci. Więc czyn surowo karany. Wcale nie mniej naganny od księżowskiej pedofilii.

W tę samą poetykę wpisują się ostatnie decyzje ministra zdrowia w sprawie ustanowienia pełnomocnika w warszawskim Szpitalu Południowym. Przecież ten pan musi wiedzieć, że nie da się zapewnić obsady medycznej tego szpitala inaczej, jak zabierając lekarzy i pielęgniarki z innych miejsc. Robienie więc zarzutu z uruchomienia zbyt małej liczby łóżek w tym szpitalu przez władze Warszawy – jest znowu cynicznym kantowaniem opinii publicznej.

A mianowanie wspomnianym pełnomocnikiem osoby, usuniętej w Warszawie z pracy za karygodne i oczywiste błędy w zarządzaniu, to po prostu haniebna bezczelność i arogancja beznadziejnie nieudolnej władzy prymitywnych populistów, którzy za wszelką cenę chcą wykorzystać politycznie każdą okazję, jak im się nadarzy; nawet taką, w której ich „środki zaradcze” to zwykłe – publiczne, więc dodatkowo idiotyczne – robienie sąsiadowi kupy na słomiankę pod drzwiami.

Na marginesie: nie wierzę, że którykolwiek z tych tzw. ministrów, sekretarzy stanu i jak się ta cała zgraja z upodobaniem tytułuje – podejmuje samodzielnie jakiekolwiek decyzje. Albo usiłują się jednemu gościowi podlizać i zgadują jego myśli, albo on wręcz im te wszystkie duractwa zleca.

Oni pewno wszyscy myślą, że jak przykryją teraz łeb kocem i powiedzą „to nie ja, tylko tamten” – to ich nie będzie widać. Mylą się. Zapamiętane będzie wszystko. I nic nie zostanie już zaniechane. Tym razem ktoś, kto – jak niegdyś prominentni platformersi – zrobi w kwestii odpowiedzialności tych gangsterów unik, będzie skończony natychmiast wraz z nimi.

Kto planuje, że jednak tak zrobi – niech sobie lepiej sam sobie kupi mocny sznurek. Albo już teraz na wszelki wypadek wypierdala.

25.03

Przekazuję niniejszym wyrazy obrzydzenia panu premierowi Morawieckiemu. Wzywanie opozycji do zaniechania walki politycznej, bo „wszystkie ręce na pokład wobec pandemii” – to szczyt bardzo niemądrej (nie będę się wyrażał) hipokryzji.

Gdyby panu premierowi rzeczywiście chodziło o jedność w obliczu niebezpieczeństwa – powinien powiedzieć mniej więcej tak: oświadczam, że dziś wydałem wszystkim członkom gabinetu zakaz krytykowania opozycji – i ośmielam się liczyć na to, że opozycja postąpi podobnie i chwilowo zaniecha korzystania ze swoich uprawnień.

Też by to nie było przesadnie rozsądne (bo przecież każdy wie, że takiemu Ziobrze i jego szajce to może co najwyżej nagwizdać do kieszeni, a nie wydawać polecenia…), ale przynajmniej w miarę eleganckie.

A potem pan premier zaatakował prywatną służbę zdrowia. Jakbym słyszał Hilarego Minca w latach czterdziestych, kiedy zaczynał on osławioną bitwę o handel, którą zresztą wspaniale wygrał, fundując nam w rezultacie puste półki.

Prywatne – wredne. Żony/mężów też upaństwowimy. A co?

Mincowi jednakże zawdzięczamy wprowadzenie do naszego jadłospisu karpia, panu Morawieckiemu zaś tylko dobrze przez nas zapamiętane tak liczne samozachwyty nad udaną walką z wirusem, którego „już nie ma”.

Zakończę banałem, choć zapewne nie przez wszystkich dostrzeganym: ta władza jest kompletna. Jak wygląda, tak postępuje. Każdy egzemplarz spod tej samej sztancy intelektualnej. Jakby im kto mózgi przez kalkę robił.

Sama zaś sztanca… Szkoda gadać. A zakochani wszyscy w sobie samych z widoczną wzajemnością.

Szukamy w Kosmosie obcego życia. Nie widzimy, że mamy je tuż–tuż. Zupełnie inną cywilizację. Tfu, nie tego słowa użyłem: cywilizację?

24.03

Oczywiście – dziś wszędzie dominuje jeden temat: działania prokuratury, która pisarzowi J. Żulczykowi chce wytoczyć proces (groźnie powarkując w oświadczeniach prasowych, że czyn jest zagrożony karą więzienia do lat trzech) za znieważenie głowy państwa przez nazwanie Andrzeja Dudy „debilem”. Przy okazji: wyguglujcie sobie dziś słowo „debil” i zobaczcie co z tej afery wynikło dla pana prezydenta; jak wam się nie chce, to powiem: nic, ale to zupełnie nic dobrego.

Na marginesie tego śmiesznego wydarzenia trzy refleksje: po pierwsze, przez użycie jednego słowa Żulczyk zapewnił sobie popularność w skali światowej, na którą taka np. Olga Tokarczuk zasłużyła dopiero Noblem. Po drugie, prokuratura i w ogóle władza wykazała się w tym (również) wypadku kompletnym brakiem poczucia śmieszności i drętwotą umysłową typową dla ludzi o mentalności szturmana z SA. Po trzecie zaś – reakcja prawicowej prasy, która wprost zawyła z zachwytu jedną pieśń „nie będą nam tu bezkarnie znieważać naszych idoli” też nie jest oryginalna. „Der Stuermer” grał podobne melodyjki…

A w ogóle, mając takich specjalistów od public relations lepiej się natychmiast zastrzelić, niż z nich dalej korzystać.

Druga sprawa, która mnie w tych dniach nurtuje, to niesamowita afera ze szczepionką firmy Astra Zeneca. Otóż albo jesteśmy świadkami czarnej propagandy na niesłychaną skalę, rozpętanej przez konkurencję – albo rzeczywiście sama ta firma troszkę sobie podretuszowała wyniki badań, żeby lepiej wypaść na rynku. Skłonny byłem rozważać tę pierwszą ewentualność, ale dziś doszła do nas informacja, że Astra zachomikowała sobie i ukryła przed światem 29 mln dawek swojego leku; po co? Żeby zarobić na wywołaniu zwyżki ceny? Żeby kogoś sobie kupić?

Jakkolwiek jest, którakolwiek z tych ewentualności jest prawdziwa – sytuacja brzydko pachnie. Obawiam się, że zobaczyliśmy fragment fotografii współczesnego biznesu, którego wcale nie chciał nam pokazywać…

PS. Autor mi przesłał:

23.03

Dziś nie będzie długich rozważań, przepraszam. Jestem jeszcze trochę oszołomiony tym, co się wydarzyło wczoraj wieczorem w Boulder, Colorado. Każdy wie: jakiś psychol wziął karabin  automatyczny i zrobił ludziom kolejną jatkę. I to społeczeństwo nadal chce swobodnego dostępu do broni, włącznie z tą wojskową, do zabijania masowego właśnie stworzoną, nie do żadnej obrony osobistej…

Co więcej, gdzieś w jakiejś prawicowej szmacie (tak, tak – czytuję: jak był stan wojenny, to też namiętnie czytywałem „Rzeczywistość” dla wypisywanych tam kretynizmów i podniesienia sobie ciśnienia…) wyczytałem pochwałę dla tej „ważnej amerykańskiej swobody”. A parę dni wcześniej były tam zachwyty, że Radomskiej Fabryce Broni udało się na amerykańskim rynku upchnąć z powodzeniem do sprzedaży dla osób prywatnych właśnie jakąś sporą partię polskich narzędzi do mordowania.

Biznes usprawiedliwia wszystko. No i odpowiednio wybrany cel. W przypadku Boulder zdaje się tak nie było; ale gdyby tak ten młodociany świr rozwalił nie dzieciaki, tylko jakichś lewaków… Dopiero by było co poczytać, zwłaszcza w komentarzach.

Drugi powód, dla którego będę zwięzły, jest ściśle prywatny. Otóż dzisiaj kurier mi przyniósł najnowszą książkę V. V. Severskiego i mam zamiar cynicznie i egoistycznie poświęcić się lekturze. Zdaje się, że pan pułkownik zdrowo przywalił między wierszami naszej rzeczywistości (tej bez cudzysłowu i pisanej małą literą). Opowiem jak przeczytam – co jednak kilka dni zajmie, bo buch ma osiemset stron.

22.03

Zęby mnie bolą.

Oglądam dekorowanie przez pana prezydenta Roberta Lewandowskiego wysokim orderem i żenuje mnie ten potok ckliwych i fatalną polszczyzną głoszonych wzniosłych banałów, który wylewa się z górnego otworu dekorującego. I nie podoba mi się pewne uleganie sytuacji przez piłkarza; który wykonuje wprawdzie swój zawód dość perfekcyjnie, ale – na litość! – jest jedynie znakomitym i sprytnym biznesowo piłkarzem, może nawet i najlepszym na świecie; co z tego?

Byłby nie tylko piłkarzem – gdyby odmówił. Albo przynajmniej coś niemiłego a inteligentnego przy okazji powiedział. Nie musiał być dosłowny. Miał szansę; nie skorzystał.

I tak, nie potrafiłbym ja ani nikt z moich znajomych nawet we śnie i wszystkimi czterema kończynami na raz zrobić tego, co on robi bez wysiłku małym palcem lewej nogi, więc proszę mi tego nie wypominać. Każdy coś umie – a czegoś nie umie. I nie zazdroszczę nikomu żadnych broszek. Tylko mi ciągle chodzi po łbie staropolskie „znaj proporcje, mocium panie”. I to, że wielka szansa trafia się czasem raz w życiu.

Trudno, nie jestem „fizyczny”; pewno dlatego mam taką perspektywę. Wolałbym na miejscu pana RL widzieć – powiedzmy – jakiegoś profesora, a jeszcze lepiej profesorkę. Byle nie z KUL czy podobnej instytucji paranaukowej. Ale i na miejscu dekoratora wolałbym też inną postać, więc uznajmy w sumie incydent za niemiły, ale zakończony. Ktoś puścił bąka – i tyle. Nie prowadźmy śledztwa – kto.

Drugi powód dzisiejszego zbrzyda – to pociągnięcie tej sejmowej paniusi, która przeniosła się ze skrajnej (podobno) lewicy, czyli partii WIOSNA na prawicę, czyli do pana Gowina. To jest dla m