01.05.2021

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.
Może teraz.
31.05
Pan prezydent zrobił przedstawienie stand–up pod tytułem „Podpisanie ratyfikacji ustawy o Funduszu Odbudowy”. Dość marny był to spektakl, niestety – głównie dlatego, że mówca najwyraźniej zapadł już dawno na typową chorobę prezenterską.
Polega ona na tym, że w pewnym momencie człowiek zaczyna czuć, że już wystarczająco panuje nad głosem i retoryką (co jest oczywiście zupełną nieprawdą) i przestaje się przygotowywać do wystąpień. Zaczyna coraz częściej pozwalać sobie na improwizację, znaną powszechnie jako mówienie „z głowy, czyli z niczego”. Czyli po prostu wyplata, co mu ślina na język przyniesie i sądzi, że nieuniknione pustosłowie pokryje z łatwością rozłożeniem akcentów w zdaniach, transakcentacjami w poszczególnych słowach i w ogóle tym, co ja nazywam „śpiewaniem”.
I o ile taki śpiew jest – z dużym trudem, ale ostatecznie do przyjęcia w wypadku telewizyjnej prezenterki pogody, o tyle w wypadku głowy państwa mamy do czynienia z czymś, co dzisiejsza młodzież określa z francuska brzmiącym słowem żenua.
Tak też było dziś. Na szczęście panu prezydentowi ktoś odradził chodzenie bez maseczki antycovidowej (pamiętacie to: nie, bo nie?), bo już dołożenie do tego beztreściowego słowolejstwa jeszcze mimiki – byłoby spektaklem trudnym w odbiorze nawet dla wyrafinowanych miłośników kiczu.
Doradzałbym jeszcze używanie ciemnych okularów, bo oczy też gadają…
Na szczęście zaczął się turniej French Open i Iga Świątek pokazała raz jeszcze, że cholernie dobrze umie grać w tenisa. Przy okazji – tak sobie myślę, że jeśli wygra ten turniej – czego jej oczywiście serdecznie życzę z okazji pięknego jubileuszu 20 urodzin (co zresztą napełnia mnie smętną refleksją, że przy odrobinie niefartu paru pokoleń mogłaby być moją … prawnuczką) – otóż jeśli wygra ten turniej, to naród oraz NARUT zwariują i zacznie się taka Igomania, przy której niedawna Małyszomania będzie zabawą przedszkolaków. Z góry chichoczę, bo przy pomyślnym dla dziewczyny rozwoju sytuacji, to w ciągu dziesięciolecia zabraknie dla niej orderów… No ale te, co lepsze, to już jej będzie jednak wręczał kto inny. Uf.
30.05
Dziś na początek – i w zasadzie na koniec też, bo komentarz będzie minimalny – kilka informacji.
Pierwsza. Rzecze abp Skworc:
W czasie, kiedy rządzący szukają szerokiego poparcia dla programu Nowy Polski Ład, trzeba przypomnieć, że fundamentem jego realizacji powinien być najpierw ład moralny […]. – Więc apelujemy i prosimy, aby nie demolować życia społecznego, rodzinnego, przymusowym „zaciągiem” tysięcy obywateli, zwłaszcza kobiet do niedzielnej, niekoniecznej pracy.
Arcybiskup nawiązał także do przejęcia przez PKN Orlen wydawnictwa Polska Press. Duchowny podziękował koncernowi „za wykupienie od kapitału niemieckiego polskiej prasy lokalnej”
Druga. Zabulgotał Czarnek:
Myśmy na przestrzeni ostatnich kilku dekad zaprzestali wychowywać i uczyć o obowiązkach. Wszyscy mają prawa. Każdy jeden (cytuję dosłownie – BM) ma prawo. Już dzisiaj nawet się mówi o prawach zwierząt. W sobotę w zeszłym tygodniu był ogólnopolski dzień praw zwierząt, na przykład prawo do życia kury itd. Wszyscy mają dzisiaj prawa, łącznie ze zwierzętami, a gdzie są obowiązki?
Trzecia. Kontrowersje wokół rzeźb niejakiego Pityńskiego. To polski rzeźbiarz pochodzący z Ulanowa na Podkarpaciu, od 40 lat tworzący w Stanach Zjednoczonych. Już nie żyje. Zmarł 18 września 2020 roku.
No i stworzył on dzieło takie:
Pomnik mierzy 14 metrów i waży 7,5 tony. Przedstawia orła z wyciętym na piersi krzyżem. W środku krzyża znajduje się dziecko nabite na widły. „W symboliczny sposób nawiązują one do ukraińskiego tryzuba, który dla Polaków na Wołyniu oznaczał śmierć” – wyjaśniono zamysł artysty.U podnóża instalacji znajdują się naturalnej wielkości postaci: ojca, matki z niemowlęciem, chłopca i dziewczynki. Za nimi znajduje się fragment ogrodzenia ze sztachetami, na które wbite są trzy główki dziecięce, a czwarta leży obok płotu na ziemi. Postaci otoczone są przez płomienie, które jednocześnie stanowią podstawę pomnika.Na rozpostartych skrzydłach orła rozpostartych skrzydłach znajdują się nazwy miejscowości, gdzie doszło do mordów na Polakach dokonanych przez UPA. Do obejrzenia poniżej.

Lata całe nikt nie chciał tego arcydzieła eksponować publicznie. Ale jak wiadomo, tempora mutantur. W końcu „Rzeź Wołyńska” znajdzie swe miejsce w Domostawie w gminie Jarocin.
Czy tylko ja mam wrażenie, że żyję w domu pełnym opętanych szaleńców i sadystów?
29.05
Wygląda na to, że wysokie układające się strony – czyli PiS i opozycja – dogadały się w sprawie pewnego targu.
Otóż podobno przejść ma w głosowaniach kandydatura opozycji na RPO w zamian za to, że Senat nie będzie się sprzeciwiał powołaniu na stanowiska prezesa IPN dotychczasowego – mającego raczej marną opinię – dyrektora Muzeum II Wojny Światowej. Przyznam, że mam uczucia mieszane.
Z jednej strony pani senatorka Lidia Staroń nie budzi mojej sympatii (delikatnie mówiąc), więc dobrze by było, gdyby poległa – z drugiej strony pan dyrektor wydaje się także postacią dość wredną. No ale w tego typu umowach zawsze jest coś za coś; jeśli więc chcemy, żeby impas w sprawie RPO się zakończył, to trzeba na to pójść. A chyba chcemy, bo PiS za plecami trzyma spluwę w postaci groźby uchwalenia specustawy, która pozwoli im wprowadzić do biura Rzecznika komisarza…
Jeśli ten deal przejdzie, to „zaplusuje”, jak niekiedy ślicznie mówią nasi dziennikarscy stand–uperzy … PSL, którego wybrańcem jest właśnie kandydat opozycji na nowego RPO. Dość zabawne.
Taka to jest, ta polityka. Troszkę przypomina rzeźbienie w gównie, nieprawdaż?
28.05
Mieliśmy niegdyś na niezapomnianym Studium Wojskowym UW pewnego podoficera, który brał udział jeszcze w bitwie pod Lenino. Biorąc pod uwagę jego nieprzesadny stopień wojskowy – sami rozumiecie, że musiał nie być specjalnie lotny, bo ci co bystrzejsi weterani to już byli w okolicach pułkownika. Co najmniej.
Może i na jego brak awansu złożyło się także zamiłowanie do niezbyt wyszukanych trunków, ale to nam akurat pasowało. Bo nasz plutonowy jak mu się postawiło ćwiarę, to opowiadał o rzeczonej bitwie i swoich przygodach. A opowieść była taka:
– No to, chłopaki, stoimy w tej mgle i czekamy na sygnał. A tu nagle jak nie pizdnie! Buch – i jasno! Łubudu – i ciemno! A my, kurwa, do ataku! I znowu: łup, łup! Jasno, ciemno! Patrzę, kurwa, ręki nie mam! Ale idę! I doszli my, i tę bitwę my wygrali!
Żeby było ciekawiej, pan plutonowy miał obie ręce całkowicie w porządku.
Po co od tego zacząłem? Żebyście się trochę uśmiechnęli. Bo takie czasy nastały, że nie ma się z czego śmiać już zupełnie. Trzeba sięgać w odległą przeszłość, bo z dnia dzisiejszego można już tylko szydzić.
No bo tak:
PO w idiotyczny sposób przegrywa w Senacie ważne głosowanie; śmiać się z tego nie można; a nawet nie wypada. Wcale mnie to nie cieszy – choć nigdy nie byłem ich wyborcą, ale paru inteligentów w swoich szeregach mają – ale nie ulega wątpliwości, że to ugrupowanie pikuje. I wcale nie jestem pewien, czy to jest lot kontrolowany…
Lewicowe damulki z kolei się tak zapiekły w swej parafialnej rewolucyjności, że jak zobaczyły niespecjalnie ukryty dobry biust dzielnej i pięknej Białorusinki – to się zapluły ze zgorszenia… Równie dobrze mogły zmienić imiona na Katastrofa.
Kolejny kwiatek, dla mnie łamiący. Teoretycznie porządny tygodnik Newsweek wykonuje numer, od którego się słabo robi. Otóż walą wywiad z panią prof. Staniszkis, w którym – co jest dla niewtajemniczonych pewną sensacją – pani profesor po prostu bredzi i demonstruje poglądy dość dokładnie przeciwstawne… swoim własnym oświadczeniom z nieco dawniejszych czasów. Sensacja, czytadło, cytowanie… Sprzedaje się.
A tu ukazuje się list córki pani profesor, która informuje, że matka ma od dłuższego czasu ciężką demencję. Że w ogóle nie kojarzy tego wywiadu, że nie umie powiedzieć, czy go autoryzowała. Po prostu – nie wie, nie pamięta. I otóż córka w tej sytuacji prosiła redakcję, by tego wywiadu nie publikować.
Opublikowali. Bo pani profesor nie jest ubezwłasnowolniona sądownie, więc formalnie wszystko w porządku. Podpisała autoryzację, publikujemy. Nakład wzrośnie.
To nie jest dziennikarstwo, proszę państwa. I to jest najłagodniejsza możliwa ocena, na jaką mnie stać. Myślałem dotąd, że takie numery są specjalnością kurwizji „na wyłączność”. Okazuje się, że nie.
Zaraza się rozprzestrzenia. Zaraza roboty na odpieprz, bez myśli o nieuniknionych konsekwencjach. Myślą, że stracą to i owo, ale bitwę przecież wygrają?
To nie Lenino, panie i panowie. Tu jak pierdyknie, to ręki nie będzie naprawdę. Nogi też. Bo głowy to już dawno nie ma.
27.05
No to chyba stało się coś znaczącego.
Mamy konfrontację dwojga kandydatów na RPO i Gowin poparł kandydata opozycji; może być bardzo ciekawie. Z drugiej strony Bielan puszcza przecieki, że wejdzie do Zjednoczonej Prawicy jako czwarty partner – co oznacza, że uznaje swoją próbę przejęcia ugrupowania gowinowców za przegraną. Ruch Gowina w sprawie RPO zaś pokazuje, że nie zamierza on już dłużej ukrywać podziałów…
Co obstawiam? Po pierwsze, przegrana PiS w kwestii RPO. Po drugie, bliski koniec Zjednoczonej Prawicy. Po trzecie – za jakieś pół roku przyspieszone wybory.
I to już tym razem będzie koniec Kaczyńskiego; ale żeby hydra się nie odrodziła, tym razem nie wolno mieć „innych pilnych zajęć” ani „wizyty u córki”, tylko trzeba kilkanaście osób postawić pod sąd.
Zapewne trzeba będzie pomyśleć o jakimś nadzwyczajnym Karnym Trybunale Narodowym, ale o to niech się już martwią prawnicy. Nie mam wątpliwości, że paru wybitnych poświęci temu celowi swój czas z niekłamaną przyjemnością.
Na marginesie: z pewną satysfakcją odnotowuję kandydaturę Marka Brzezińskiego na ambasadora USA w Warszawie. Może być niespecjalnie sympatycznie dla rządzących.
Sprawy białoruskie. Trolle wiadomej strony zaczęły walczyć w obronie Łukaszenki nawet niegłupio: powiązały porwanego chłopaka z ukraińskimi nacjonalistami, których u nas w Polsce specjalnie się nie lubi. Wypreparowano na szybko pewien zestaw zdjęć, na których ktoś podobny do niego hajluje, pokazano go w mundurze i uzbrojeniu batalionu „Azov”, wiecie. Zwrócono uwagę, że na odznace tego batalionu widnieją jakieś niby swastyki czy tryzuby… Tak mimochodkiem.
Po pierwsze – najczęściej pokazywane zdjęcie (to z hajlującymi dwoma chłopakami, opatrzone logo ich kanału na Telegramie NEXTA) jest jawnym fotomontażem: zwykłe odwrotne przeszukanie w Sieci obrazem znajduje natychmiast pierwowzór – identyczny, tylko bez owego logo, co już samo świadczy o manipulacji – datowany na rok 2015.
Sześć lat temu porwany aktywista miał zaś lat szesnaście; może siedemnaście. Co w tym wieku można zrobić świadomie? Ewentualnie zakochać się w koleżance, i to nie na pewno. Na ogół to jest w męskim życiu okres końca zmaz nocnych, nie decyzji politycznych. Po drugie, osoby na tym zdjęciu wyraźnie są bardziej dorosłe i wcale nie podobne do „oskarżonego”.
Być może, inne zdjęcie tego chłopca z bronią i w mundurze – tu jest podobniejszy – jest autentyczne. Ale ilu polskich chłopaków w tym wieku bawi się w jakieś grupy rekonstrukcyjne? Gdzie i kiedy to zdjęcie zrobiono? I czy przypadkiem pewien polski polityk nie ma podobnych fotek z Azerbejdżanu sprzed lat i jakoś mu to darowano?
Trolle – a ja nie mam wątpliwości, że to właśnie one – miałyby zapewne większy sukces, gdyby przedstawiły swój obiekt ataku jako „zielonego ludzika” z Donbasu; też bez sensu z uwagi na jego wiek, lecz owe „zielone ludziki” są w Polsce chyba znacznie niemilej widziane, niż Ukraińcy. No ale wtedy musiałyby w złym świetle przedstawiać kogoś, kto im płaci…
No i nie zdobyto by poparcia polskich młodych przeciwników własności prywatnej, którzy sami się lubią głupio przedstawiać jako „komuniści”. A tak, to pojawiły się w sieci gromkie okrzyki, że Łukaszenka robi to, co robi – aby obronić „swój naród” przed zagrażającą mu prywatyzacją i najazdem ideowym wrednego Zachodu…
Słowem: dziwnych czasów dożyłem. Niewątpliwie – ciekawych; ale nie wiem, czy mnie to przesadnie cieszy.
26.05
Pomieszanie z poplątaniem.
Turbokatolicy zachwycili się dziś tekstem niejakiego Rodneya Pelletiera z czasopisma „Church Militant” („Bojownik Kościoła”; ciekawe, że oni tak kochają skojarzenia militarne). Ów pan otóż napisał, że „jedną z najbardziej niszczycielskich broni, jaką marksiści kulturowi wystawili przeciwko katolickiemu Zachodowi, jest rozprzestrzenianie się i normalizacja pornografii”.
Brednia jest to tak wielopiętrowa, że aż imponująca. Nie warto objaśniać. Ale nie o to biega.
Nasi rodzimi znawcy przedmiotu piszą z kolei o „neomarksizmie kulturowym”, który na przykład opanował polskie wyższe uczelnie.
Nie będę dalej cytował, wszystko jest wedle tego samego szablonu. Coś, co się komuś z prawej strony nie podoba – zaraz jest łączone z nazwiskiem nieboszczyka Karola. Który ze sprawą na ogół nie miał nic wspólnego ani o żadnym jej aspekcie nie pisał. Zazwyczaj zresztą nie robili tego również wyznawcy jego teorii. Ale piszący uważa, że to połączenie automatycznie wzbudzi u czytelnika co najmniej niechęć, a najlepiej żywą katolicką serdeczną nienawiść.
Nie chodzi mi o to, że to są ordynarne manipulacje, ale o to, że piszący w ten sposób obrażają naszą inteligencję. U podstaw ich pisania leży bowiem głębokie przekonanie, że żaden z czytających nic o tym Marksie nie wie – poza tym, że on jest „be”. Tymczasem co starsi i lepiej wykształceni wiedzą, że to lipa – a młodsi i wykształceni gorzej i tak nic nie zrozumieją.
Z tym marksizmem to jest trochę tak, jak ostatnio ze szczepionkami. Pół Internetu się kilka dni temu podniecało filmikami, pokazującymi jak po zaszczepieniu miejsce wkłucia przyciąga przedmioty metalowe. Co miałoby dowodzić, że szczepionki w składzie mają magnesy, a to – wicie, rozumicie, coś musi znaczyć i na pewno nic dobrego.
Tylko że zrobić taki filmik i wsadzić do Sieci to banał: potrzebny efekt uzyskuje się na przykład przez użycie porcji odpowiednio mocnego kleju. Ala do słowa „szczepionka” przyczepia się negatywne skojarzenie, taki neomarksizm właśnie.
Moja rada: chłopaki, wymyślcie sobie do nienawidzenia kogoś z bliższych czasów. Może być nieznany albo nawet nieistniejący; brednię będzie łatwiej ukryć i przynajmniej wśród pewnej części społeczeństwa nie wyjdziecie na idiotów. A do obrzydzania szczepionek też używajcie nieco bardziej wyrafinowanych sztuczek…
Acha: retuszowane zdjęcia też się łatwo demaskuje. Zwłaszcza że na ogół zawierają tzw. metadane, dość łatwe do odczytania i obśmiania.
Rada jest do zastosowania, jeśli w ogóle umiecie myśleć. W co wątpię.
25.05
Szlag mnie trafił.
Najpierw wyczytałem gdzieś w odmętach Internetu triumfujący wpis jakiegoś trolla, który „zjadliwie” (własnym zdaniem) protestował przeciw potępianiu bandyty Łukaszenki. Pisał „Żydów za porwanie Eichmanna to chwalicie, a jak Białorusini robią to samo, to ich potępiacie”… I nawet były jakieś łapki w górę.
Nie włączyłem się. To w oczywisty sposób człowiek, na wymianie poglądów z którym można tylko stracić. Człowiek, na którego edukację przeznaczone pieniądze zostały najwyraźniej wyrzucone w błoto. Nie widzieć różnicy między młodym blogerem a kimś, kto organizował Holocaust?
Mamy tu do czynienia z klasycznym oderwaniem czynu od jego kontekstu. A to na ogół prowadzi do katastrofy pojęciowej.
Drugi powód mojego – nazwijmy to tak – dzisiejszego niezadowolenia z rzeczywistości, to pozorny dialog Morawieckiego z premierem Czech.
Najpierw pan M. i „prawe i sprawiedliwe” media triumfalnie ogłosiły, że panowie się dogadali i za cenę – jak można było wywnioskować z oświadczenia Morawieckiego „40 do 45” milionów euro – Czesi zgodzili się wycofać z TSUE swój wniosek o zabezpieczenie sprawy Turowa. Zaczął się festiwal wychwalania sprawności polskiego rządu, uwagi typu „gdyby to była Platforma, to nic by nie załatwiła”…
A potem wyszedł premier Czech i powiedział, że to wszystko nieprawda.
Coś jednak jest na rzeczy w opinii, że Morawiecki ma takiego dynksa w mózgu, co mu organicznie nie pozwala mówić prawdy. Pewno mu Gates eksperymentalnie wszczepił.
Na marginesie tej historii warto tęsknie zauważyć, że w czasach mojej młodości politycy mieli jednak lepiej. Jak nałgali, to to łgarstwo było po dwóch dniach w zasadzie widoczne tylko w archiwach: prasa – a jeszcze bardziej radio czy telewizja – były niegdyś towarem ulotnym, jednorazowego użytku. Jak ktoś grał na bezczela, to po tygodniu na upartego mógł się wyprzeć tego, co powiedział. Zawsze mogło się to okazać „wyrwane z kontekstu”.
A dziś – kicha z grochem. Internet nie zapomina i jak ktoś zrobi z siebie idyjotę, to już tak zostanie.
Którą to konstatację polecam również licznym paniom (co zabawne – wiele z nich deklaruje się jako „lewicowe”), co to zapłonęły świętym oburzem, że świetna i urodziwa aktywistka białoruska wystąpiła publicznie wyraźnie bez stanika.
Mogę tym paniom, które „pragmatycznie” zauważały, że tym samym białoruska piękność osłabiła siłę polityczną swego przekazu przesłać tylko pogodny uśmiech zrozumienia; ale nie bardzo mi się chce.
Domniemywać otóż należy, że nasze lewicowe damy nie dałyby rady rozproszyć nikogo niczym; i po prostu zażarła tu zwykła zawiść. Nie wiem, czemu przypomniała mi się anegdotka o pewnej leciwej dość działaczce partyjnej z gatunku, zwanego „ciotkami rewolucji”; wtargnąwszy do sypialni młodego aktywisty, wydała ona z siebie namiętny meldunek „towazysu, mozecie nie uważać”.
I była mocno zawiedziona, że jej jednoznaczny komunikat pozostał niezrozumiały…
24.05
Co jest dziś najważniejsze?
Nie ma kwestii: piractwo powietrzne łobuza Łukaszenki. Zmuszenie do lądowania obcego samolotu, zatrzymanie pasażera, grożenie zestrzeleniem – to nie żaden terroryzm państwowy, tylko zwykły chamski akt bandytyzmu. Skierowany przeciw obywatelom nie tylko Polski jako kraju Unii Europejskiej, ale także przeciw Polsce jako krajowi NATO. Akt, graniczący z agresją i ocierający się o konieczność głośnego brzęknięcia szabelką nie tylko przez Polskę. N
ie ma co z tym dyskutować. Fakt jest faktem, wszystko jasne i klarowne. Rząd Polski powinien natychmiast zareagować najsurowszymi możliwymi sankcjami: zakazem jakiegokolwiek handlu z Białorusią dla firm państwowych i prywatnych, zerwaniem stosunków dyplomatycznych z daniem białoruskim „dyplomatom” minimalnego możliwego czasu na spakowanie manatków, zamknięciem polskiej przestrzeni powietrznej dla wszystkich linii lotniczych latających do Białorusi. I zakazem wjazdu do Polski dla wszystkich ludzi pracujących w Białorusi na posadach państwowych.
Nic takiego jak dotychczas nie nastąpiło. Z każdą godziną autorytet tego rządu maleje: miękiszony są mocne w pysku i ostre wobec babci Kasi; ale tylko. Coś tam po południu pewno zrobią, ale nie wierzę, by to było nadmiernie bolesne dla gangstera. Oczywiście, pewien wicepremier zajmujący się podobno bezpieczeństwem, głosu nie zabierze. Na marginesie tego wydarzenia taka uwaga. Informacja o tym znalazła się – naturalnie – na pierwszej stronie „Wyborczej”. Owszem: na dole prawej szpalty zajęła jakieś 4 cm kwadratowe i odesłała czytelnika na 11 kolumnę…
Wielokrotnie więcej miejsca zajął na czołówce „pan Robert”, demonstrujący nienaganny kaloryfer na klacie. Facet, który prowadził numer, powinien wylecieć z pracy natychmiast. W zasadzie to wszystko, co można jeszcze zrobić, żeby odrobinkę chociaż podratować własny wizerunek.
To jest bowiem kompromitacja dziennikarska, jakiej nad Wisłą nie było w prawdziwej (mimo wszystko) prasie od niepamiętnych czasów. I proszę mi nie mówić, że to była niedziela, że nikogo nie ma, że się nie da, że kosztowałoby majątek… No to by kosztowało. Wysyła się w takiej sytuacji po kogo trzeba samochody, opóźnia druk, dokłada do interesu każde pieniądze – ale powtarzam po raz tysięczny: robienie gazety to nie produkcja gwoździ i nie tylko – a nawet nie głównie – o kasę tu chodzi. Kto tego nie rozumie – dla tego w tym zawodzie nie ma miejsca. Tu kończę pisanie, bo mnie nagła krew zaleje. Tak to jest, gdy gazetą zarządzają księgowi z Gminnej Spółdzielni w Górce Dolnej.
23.05
Uważam się za człowieka lewicy. To zastrzeżenie tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie wiedział – albo gdyby miał inne zdanie po przeczytaniu tego, co będzie za chwilę poniżej.
Bo będzie pisane o dzisiejszej imprezie – nie wiadomo z jakich powodów nazwanej Konferencją Programową Lewicy, bo to była raczej jedynie prezentacja nie do końca wykorzystanych możliwości Power Pointa. I będzie pisane źle, bo w mojej opinii ta impreza – sztuczna do bólu zębów, jako wymyślona przez dość niezdolnego propagandzistę – była wręcz katastrofą wizerunkową. I właściwie w tym momencie spieszący się mogą skończyć, bo dalej już tylko uzasadnienia.
Zacznijmy od formy. Powierzenie całości prowadzenia konferencji samym paniom było zabiegiem propagandowym tak jawnie, że zęby bolą. Nie, to nie był hołd dla feministek ani nawet żaden ukłon w kierunku walczących o równouprawnienie kobiet. To był sterylnie czysty zabieg manipulatorski. A więc w stosunku do inteligenta – przeciwskuteczny. Tym bardziej że żadna z występujących dam – bardzo oględnie mówiąc – nie jest w najmniejszym nawet stopniu La Passionarią…
Mogliście zrobić ten gest mniej nachalnie. Wystarczyła proporcja 3:2 na korzyść pań – i też byśmy rozumieli przesłanie. A tak było pałą po oczach; czego osobiście nie lubię: noszę okulary i nie chcę, by mi się stłukły.Ale wy, zdaje się, nie przepadacie za inteligencją, więc OK, to jest nawet logiczne.
Dalej merytorycznie, tylko wybrane tematy. Bliskie mi problemy edukacyjne: cała rewolucja ma polegać na jakichś kilku dniach na dostosowanie dzieciaka do nowych warunków po wakacjach? Ani słowa o Czarnku i jego pseodopatriotycznych katoszaleństwach? Ani słowa o przeciwstawieniu się ekspansji Ordo Iuris? Ani słowa o pomysłach prawicy na wychowanie dla rozpłodu? Ani słowa o przeciwstawieniu się homofobii? Nic o proporcjach programowych?
Zdrowie. Rzecz ważna bez dyskusji. Może nawet najważniejsza. Czy nie wiąże się z tym tematem przypadkiem sprawa dostępu do aborcji, in vitro i edukacji seksualnej młodzieży? Tak sobie łatwo kochane panie przeszły nad tym do porządku dziennego? Czy rzeczywiście tylko chodzi o pensje pielęgniarek i salowych i 0.2% więcej w budżecie niż chce dać PiS?
Nauka, kultura – ani słowa. Praworządność – a kysz, przepadnij zmoro; temat drażliwy. Rozliczenie nacjonalistów i faszystów? W życiu, nie mówmy o takich brzydkich rzeczach. Wolna prasa? Też mi tematy…
Ogólnie odnoszę wrażenie, że autorom tej dość amatorskiej prezentacji chodziło głównie o to, by nie narazić się Prezesowi ani Kościołowi. Oczywiście oznacza to co najmniej puszczenie oczka do pewnego typu wyborcy; ale – wybaczcie kochani – od puszczania oczka w tym kierunku czy mówiąc otwartym kodem – podlizywania się prostakowi, to ja mam w tym kraiku partii pod dostatkiem. Jeszcze jedna jest mi zupełnie zbędna.
Lewica kojarzy się wielu ludziom z rewolucją społeczną i kulturową. I mieliśmy w historii kilka grup i partii wyraziście lewicowych. Wasza rewolucja czy nawet – dokładniej – łagodny postęp w granicach prawa (i sprawiedliwości…) to – przepraszam – cyrk i parodia.
Zapowiadacie gromko: zrobimy, wykonamy! Jest po drodze jedna mała przeszkoda: trzeba mieć władzę. Po co miałby ją wam ktoś dawać? No – po co?
Po raz kolejny przekonuję się, że bycie człowiekiem lewicy nie ma związku z przynależnością do żadnej partii. A już na pewno nie takiej, która lewicowość ma głównie w nazwie.
No i jeszcze gdzieś, ale o tym – sza! Jak mówi dawna piosenka.
Jacek, Karol – jak byście to wszystko usłyszeli, to by was jasna cholera zatłukła.
22.05
Dzisiaj – wyjątkowo – o sprawach zagranicznych.
Otóż nieoceniony New York Times ujawnia, że w 1958 roku byliśmy znacznie bliżej III Wojny Światowej, niż nam się wydawało. Przypomnę, że w 1958 roku ChRL rozpoczęła ostrzał Tajwanu i mocno zapachniało prochem. A jednocześnie analitycy Pentagonu jednoznacznie orzekli, że w wypadku użycia w obronie wyspy wyłącznie broni konwencjonalnej – USA muszą taką wojnę przegrać, nie mają szans.
Powstał zatem plan ataku jądrowego, który miał być skierowany najpierw na chińskie lotniska, w razie zaś umiarkowanego sukcesu również i tego – rozszerzony na obszary zamieszkałe. Jedyna rzecz, która Amerykanów w tej kwestii mitygowała – to obawa przed odwetowym uderzeniem jądrowym ze strony ZSRR; Amerykanie sądzili, że stosunki ZSRR–ChRL są dużo lepsze, niż były rzeczywiście. Niemniej – odpowiednie plany powstały.I pewno by uderzyli, gdyby Chińczycy nie zaprzestali ataków.
Cała ta historia była do niedawna najściślej tajna, ale 90-letni dziś słynny Daniel Ellsberg, sprawca wycieku w 1971 roku zbioru tajnych dokumentów Pentagonu znanego pod nazwą „Pentagon Papers”, w roku 2006 uhonorowany nagrodą Right Livelihood Award – „za działania na rzecz pokoju i ujawnienie prawdy o działaniach władz amerykańskich w czasie wojny wietnamskiej”. Przypomnę, że Ellsberg ujawnił wtedy, że Amerykanie rozpętali wojnę w Wietnamie doskonale wiedząc od samego początku, że nie są w stanie jej wygrać. Co oznaczało, że na pewną śmierć posłano setki tysięcy ludzi z zimną krwią. Nixon robił wszystko, by Ellsberg za udostępnienie tych informacji opinii publicznej trafił za kratki; tak się nie stało, bowiem sąd go w sensacyjnej rozprawie uniewinnił.
No i teraz sędziwy Ellsberg ujawnił, że wie jeszcze znacznie więcej o kulisach polityki swego kraju niż do tej pory sądzono. NYT wiąże to z obecnym wzrostem napięcia amerykańsko–chińskiego i uważa, że ten dzisiejszy przeciek – choć dotyczy spraw dawnych – jest poważnym ostrzeżeniem dla rządu USA. Pisze też, że w 1958 roku Chińczycy bronią jądrową nie dysponowali – a dziś z powodzeniem konkurują z USA na Marsie i Księżycu…
W 2003 roku zrealizowano film The Pentagon Papers (Akta z Pentagonu) o wykradzeniu dokumentów przez Ellsberga. Coś mi się zdaje, że trzeba będzie robić remake. Z chęcią obejrzę.
21.05
Bardzo ciekawa sytuacja z tym orzeczeniem TSUE w sprawie Turowa. Kto nie wie (ale kto nie wie? Chyba tylko ktoś, kto nie jest ciekaw spraw Polski, a w tej bańce raczej takich nie ma…) – dwa słowa wyjaśnienia sprawy. Otóż Polskę pozwali Czesi, bo elektrownia i kopalnia Turów zagraża ich środowisku naturalnemu. Ponieważ zagraża poważnie, więc TSUE nie czekał na wyrok, tylko nakazał natychmiastowe wstrzymanie działalności do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia pozwu. Takie zabezpieczenie.
No i się zaczęło. Niezawodny pan Jaki i koła do niego zbliżone stwierdziły natychmiast, że to zamach na polską suwerenność i w ogóle jak daleko można się godzić na oddawanie kolejnych jej kawałków… Jednym słowem, traktaty międzynarodowe to dla nich katastrofa – a suwerenność oznacza „pieprzcie się wszyscy, a my będziemy robili, co nam się podoba i wtedy, kiedy będziemy mieli ochotę”. Inaczej: cały dorobek cywilizowanego współżycia państw i narodów przekreślamy. Bo my paniska.
No więc ciekawe – co z tym będzie. Wyborca polskiej prawicy (szeroko rozumianej) tak&nb
