Andrzej Lewandowski: Życiówka w olimpijskiej cenie

19.07.2021

ECHA WYDARZEŃ: Za chwilę – igrzyska. Normalne być nie mogą, bo czas anormalny, ale igrzyska. Olimpijskie, czyli światowe. Bez widowni, lecz znów z rekordami.

Sportowa normalka – 5 kolejnych lat ciężkiej pracy, więc i procenty być muszą. Mimo wirusa, dezorganizacji, obaw, pewnie narzekań, że to i tamto odległe od przyzwyczajeń itd. …

Nasz sport zaczął zapisywanie kroniki już przed paradą otwarcia. Owa grupka pływacka, która pojechała, dojechała i wróciła, bo okazało się, że formalnie to nie należy do tzw. Rodziny Olimpijskiej. Mimo otrzymanej w PKOl nominacji; mimo złożenia stosownego przyrzeczenia.

Zawrócono ich na olimpijskim szlaku, bo nie mieli w dorobku sportowym dowodu sprostania normie kwalifikacyjnej, co z góry określa prawo do startu. Tzw. kwalifikacja B, to ledwie miejsca na umownej ławie rezerwowych. Skąd federacja może dobrać olimpijczyków, jeśli okaże się, że pula tych z kwalifikacją bez cienia wątpliwości potrzebuje uzupełnienia. Dopiero po dodatkowym zaproszeniu – nominacja.

Zaproszenia nie było, więc i nominacji też być nie powinno.

Zostało uczucie zawodu, w pewnym sensie także krzywdy osobistej, bo jestem prawie pewien, że grupce pływackiej z normą B nie powiedziano, że mogą być jedynie w rezerwie rezerw. Czynienie iluzji to podważenie podstawowej zasady – wzajemnego zaufania…

Nasz sport „dał więc ciała”. SPORT, nie samo pływanie – jak się teraz opisuje. Bo przegrał system, nie jeden jakiś prezes z wiceprezesem, który np. przeoczył coś w międzynarodowym zapisie. Przegrał próbną maturę organ, który kiedyś nazywał się Sztabem Olimpijskim, który od „stu lat” śledzi oraz koordynuje przygotowania. Składa się – w założeniu – WYŁĄCZNIE z najlepszych fachowców.

Byłem kiedyś „przy tym”. Jak np. minister osobiście przepytywał trenerów o detale planu pracy w wiosce olimpijskiej. Jaki rodzaj treningu tuż przed startem, żeby dobrze „wejść w zawody”. Czas posiłku, dieta…

W tej grze nie ma dupereli, detale są ważne. A tu… Już nie chce się komentować, zostawię to prezesom (w tym PKOl, bo przecież ta organizacja składa podpis pod zgłoszeniami), zarządom; także ministrowi sportu, jako że u niego najważniejsze części koła sterowego.

Żeby się nie skończyło, iż winna jest np. sekretarka, bo czegoś tam w poczcie nie dopatrzyła… Widzę bylejakość, jako główną przyczynę zakłócenia nastroju wzajemnego zaufania… Zwłaszcza drażni mnie ton różnych wypowiedzi „po kryzysie”. Jak np. obszerny teraz opis szczegółów sytuacji przez przesławną pływaczkę. Prezentuje pełną wiedzę o szczegółach, a równocześnie, będąc członkiem PKOl zapisuje się do grona mądrych po szkodzie, zamiast zagrzmieć, gdy był ku temu właściwy czas… np., gdy głosowano, kto – i dlaczego, w składzie olimpijczyków…

Kropka, ale nie koniec. Dni same z siebie uczucia niesmaku nie zlikwidują. Nawet jeśli – a taką mam nadzieję oraz życzenia – polskie starty w tokijskich igrzyskach byłyby tak błyszczące, jak owe z roku, gdy Irena Szewińska z Ewą Kłobukowską, wspaniali bokserzy z Feliksem Stammem w narożniku… Niech błyszczy, co błyszczenia godne – ku wspólnej radości, ale nie jako kurtyna…

Napisałem, że znów oczekuję rekordów. Bo, to prawda – sport, niezależnie od perturbacji ostatnich lat, znów przyspieszył. Nowe pokolenie, nowe siły, nowe metody, nowe aspiracje.

Dobrze wypaść – znaczy ustanowić rekord życiowy – tam, gdzie stoper i miarka, a życiówka, to czasem rekord świata.

Taka jest prawda olimpijskiego szczytu. Z tym że jest jeszcze coś, co nie końca współgra z sekundomierzem i taśmą mierniczą – coraz większy tłok w elicie, i coraz większa liczba chętnych do wygrywania. Dlatego w aspiracjach i prognozach zalecam wstrzemięźliwość. To nie przedstartowe i futbolowe „wyjście z grupy”, lecz rachunek ciut zimniejszy. Nie tylko wynik w ujęciu statystycznym, lecz także miejsce na mecie, jako punkt odniesienia do recenzji.

Wielce umownym przykładem takiego rozumowania jest np. Marcin Lewandowski, jeden z naszych mistrzów średniego dystansu. Świeżo, w czasie ciut przedolimpijskim Pan Marcin wykonał dwa przewspaniałe ataki na rekordy Polski. Najpierw 3;49,11 na milę. Najlepszy wynik biegacza z Europy na tym dystansie od… 20 lat

Dystans wprawdzie nieolimpijski, ale młodszym przypomnę, że kiedyś okrutnie modny, nobilitujący, a gdy przesławny Roger Bannister do dziś jest wspominany, jako pierwszy, który pokonał dystans szybciej niż w 4 minuty. Był to wprawdzie rok 1954, ale proszę porównać z tym, co teraz pan Marcin – jaki awans życiówki!

A że potem pan B. jako eksmistrz i jeszcze lekarz został w nagrodę „sirem”, to też kawałek historii. Tyle, że nasz mistrz, aż tyle szybszy, szansy „uszlachcenia” nie ma…

To żarcik i dygresja. Nie jest natomiast dygresją, że nasz arcymistrz biegu nie wygrał; był drugi.

Potem był rekord na 1500 metrów. Fenomenalny – 3;30,42, ale… na szóstym miejscu.

Nie tłoczno w elicie? W olimpijskiej będzie jeszcze tłoczniej niż podczas mityngów… Nie tylko na bieżni… Celowo to piszę, radość z wyczynów Pana Marcina dzieląc. Pragnę tylko wykazać, co dziś w czasie olimpijskiego apogeum oznacza owa życiówka…

Andrzej Lewandowski


Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com