Marian Marzyński: Polski poród

2012-12-03. Gdyby bliźniaczki urodzone w opolskim szpitalu miały innego ojca niż polski olimpijczyk, cała ta tragedia mogłaby nie trafić do “Czarno na białym”. Z wypiekami na twarzy oglądałem te długie zbliżenia pary rodziców, ona płacząca, on skupiony. Przypomniały mi się dwa porody w naszej rodzinie.

48 lat temu, w szpitalu położniczym na Żoliborzu urodził się Bartek. Przez pięć godzin Grażyna rodziła w bolach, bo według słów ówczesnej sławy położniczej, profesora Roszkowskiego, „poród jest aktem brutalnym i nie może obyć się bez cierpienia”. Wtedy o „cesarskim” jako sposobie ulżenia kobiecie nawet się nie marzyło, była to skierowana przeciw naturze grożąca życiu operacja. Szpital na Żoliborzu z powodów higienicznych ojców do matek nie dopuszczał. Stali przed budynkiem i poprzez gestykulacje, domyślali się, jak udał się poród. W tym higienicznym szpitalu zaraz po urodzenia Bartek został zarażony bakteriami salmonella i ledwo utrzymaliśmy go przy życiu.

6 lat później pojechałem z Grażyną do szpitala położniczego w Kopenhadze; zapytano mnie – czy nie zjadłbym czegoś, albo nie wypił. Z filiżanką kawy wszedłem do pojedynczego pokoju położniczego i tam, przez następne pół godziny, przy dźwiękach wybranej przez Grażynę muzyki, asystowałem położnikowi przy porodzie Ani.

Nie wiem – ile kobiet rodziło jednocześnie w sali porodowej w Opolu (w Warszawie na Żoliborzu było w niej kilkanaście lóżek, każda rodząca słyszała jęki pozostałych). Wyobrażam sobie opolskiego ordynatora, jak po urodzeniu się pierwszej dziewczynki, mówi żonie olimpijczyka: „poczekamy jeszcze”, gdy ta, zwijająca się w bólu, prosi go o przyspieszenie porodu albo cesarskie ciecie. To on rządzi w tej Sali – nie ona, matka, która nie znalazła się tu z powodu choroby, ale z prośbą o pomoc w urodzeniu dziecka.

Upływa 45 minut. Puls drugiej dziewczynki spada. Wokół szyi okręca się pępowina. Wystarczyłoby pięć minut, żeby chirurgicznie dostać się do bliźniaczki i drugie pięć, żeby ją bezpiecznie od matki odłączyć. Dziecko rodzi się niedotlenione, nie odzyskuje przytomności; jeżeli przeżyje, to z uszkodzeniem mózgu.

Potem, z innej rozmowy telewizyjnej dowiaduję się, że polskie prawo lekarskie zabrania cesarskiego ciecia na prośbę rodzącej, (chociaż robią to podobno prywatne kliniki), a jednak decyzjami wszechmogących położników aż 33% dzieci rodzi się w ten sposób; natomiast Szwecji, gdzie rodząca ma prawo do cesarskiego cięcia, tylko 17%.

Wiele do myślenia dają te dwie statystyki: w kraju ubezwłasnowolnienia rodzących kobiet decyzje lekarzy prowadzą do znacznie większej liczby interwencji chirurgicznych, niż w kraju wolnego wyboru sposobu rodzenia, w którym promuje się (jak w mojej Kopenhadze) naturalne porody, z całą ich szpitalną „nieformalnością”, która z pewnością ułatwia rodzenie.

Czy nie odbija się w tym cala Polska, z jej przestarzałym prawem i arogancja posiadaczy władzy?

Marian Marzyński

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Kot Mordechaj 2012-12-03
  2. Angor 2012-12-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com