Marek Jastrząb: Exodus

25.11.2021

Ryzykowne próby przekraczana granic, to zaledwie uwertura. Właściwy koncert dopiero przed nami. Na razie mamy do czynienia z garstką migrantów. Wymózgowanym lekarstwem na inwazję niechcianych gości jest żywopłot; mur, druty kolczaste, humanitarne wnyki, to recepta na dziś.

*

Białoruskie szturmy na europejskie granice, ich siłowe przekraczanie przez obywateli wrażego pochodzenia, to banalna zabawa w porównaniu ze zbliżająca się tragedią. Nawet, jeżeli liczyć w tysiącach ludzi dziennie (ludzi przecież, nie zaś migracyjnego mięsa),nic to jest, gdy przed oczami pojawi się wizja rychłej wędrówki ludów. Miliardy homo sapiens pędzących w poszukiwaniu pitnej wody, uciekających z terenów zdatnych do parominutowego życia wśród pożarów, trzęsień ziemi i wulkanicznych wybuchów. Zagubiony, zdezorientowany, ogarnięty przerażeniem tłum skazanych na przeganianie z kontynentu na kontynent.

*

Odpychać od siebie można tysiące. Zawracać do kraju, skąd przyszli. Dawać azyl nielicznym wybranym. Ale jak poradzić sobie z naporem miliardów? Skąd wziąć pograniczników broniących przed zalewem spanikowanych mas? Naboi nie starczy, bo zdesperowanych ludzi będzie więcej, niż bezdusznej straży z miłosierdziem typu won.

*

Tu pytanie: jaki sens w ochronie przed migrantami? Europa starzeje się w tempie cokolwiek zawrotnym. W Niemczech Turków będzie niedługo więcej niż rdzennych mieszkańców. Polska zapada na populacyjną śmierć; starców przybywa, ludzi w wieku produkcyjnym ubywa.

Kraj nad Wisłą poczyna obfitować w pokolenia schyłkowe. Coraz mniej kobiet decyduje się na dziecko. Co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę nasze restrykcyjne prawo aborcyjne. A także kary grożące lekarzom za ratowanie ich życia. Co już nikogo nie zaskakuje, zważywszy na światową sytuację.

*

Lubimy się bać pod warunkiem, że nas to nie dotyczy i kiedy jesteśmy poza zasięgiem rzeczywistego zła. Wampiry, zjawy duchy, wszelkie tereny wysycone strachami, o których faktycznym istnieniu czerpiemy wiedzę z horrorów i opowieści fantastycznych, o których wiemy, że znikną razem z zapaleniem światła na sali kinowej, cały ten lękowy anturaż jest naszym wentylem psychicznego bezpieczeństwa. Jest nam potrzebny do odreagowania prawdziwych, a skwapliwie omijanych zagrożeń. A te prawdziwe, to SKALA niesłychanej korupcji, to strachliwe ukłony w stronę antyszczepionkowców, to kunktatorskie zachowania w obliczu pandemii, to stałe i uporczywe rozdmuchiwanie gadki o LGBT.

Zamiast zmierzenia się z przykładowymi problemami, rząd oferuje narodowi tematy maskujące istotne sprawy. Bo jakkolwiek mamy świadomość, że znany nam świat schodzi na psy, oficjalnie wolimy uważać, że nie jest z nim tak kiepsko i raczej powiadamy, że taki osąd jest przesadą i zrzędzeniem starych zgryźliwców.

Ale to błąd, gdyż nawet młodzi nie dostrzegają perspektyw. Nawet te bezdyskusyjne zdobycze, jak swobodne podróżowania po innych krajach, jak ewentualność samodzielnego wyboru czegokolwiek, jak nienarzucone podejmowanie pracy i miejsca zamieszkania, jak własny paszport dostępny w każdej chwili, nawet zdobycze te są permanentnie ograniczane, podważane i chętnie zwalczane przez krewnych Dulskiej i Kalego.

*

W Polsce, kraju przodującym w hipokryzji, już brakuje rąk do pracy. Zwłaszcza do pracy wymagającej kwalifikacji. Na przykład lekarzy. Albo nauczycieli z prawdziwego zdarzenia; zawodowo czynni wykruszają się, a czarnkowy narybek traktuje profesję belfra jako przymus i zesłanie.

Niestety, dzięki polityce, większość z nich pracuje za granicami swojego państwa, czyli tam, gdzie ich wysiłek jest finansowo doceniony. Gdzie nie musi tyrać na pięciu etatach za marne grosze.

*

Demografia wyciśnie z nas brakujący rozsądek i przeprosimy się z emigrantami. Zaczniemy ubiegać się o ich aktywność na naszym rynku pracy. Zaczniemy dostrzegać w nich nie tylko anonimowe mięso, ale brakujące głowy i ręce. I jak za dotknięciem czarodziejskiej maczugi rozwieje się pogląd, że są zawszonymi terrorystami roznoszącymi ruję i poróbstwo. Znienacka zaczniemy ich dostrzegać, poważać, zachęcać, kaptować i błagać, by raczyli być u nas na stałe, by wspomogli nas i zasuwali na dzisiejszą arystokrację w gumiakach.

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email