Stefan Bratkowski: Wstyd i sprawiedliwość (4)

04. CZY NASZA CYWILIZACJA POCHODZI Z KRETY?

Na pytanie o pierwszych myślących Greków nawet niezorientowany Czytelnik wskaże w odpowiedzi pasjonujące Mity greckie innego Anglika, Gravesa. A już sam ich autor jest niemalże mitem. Pełne jego nazwisko brzmi – Robert Graves von Ranke. Druga część nazwiska, czysto niemiecka, pochodzi od potomstwa wielkiego niemieckiego historyka, Leopolda Rankego. Przepraszam – von Rankego. Sam Graves, żołnierz brytyjski, padł ciężko ranny w morderczej bitwie pierwszej wojny światowej nad Sommą. Autor świetnej autobiografii wojennej, zajął się grecką pra-starożytnością jako człowiek dojrzały, już po śmierci Dickinsona. Wcześniej zasłynął wziętymi powieściami z okresu… wczesnego cesarstwa rzymskiego, Ja, Klaudiusz tudzież Klaudiusz i Messalina. Bardzo były one u nas popularne – dziś tracą nieco na swej pozycji po kolejnych dziełach Jacka Bocheńskiego, jego esejach-powieściach, których trylogia kończy tok swej fabuły przed Klaudiuszem. To już wielka literatura, mogąca kandydować do Nagrody Nobla. Graves nie mógłby żywić takich ambicji, ale w swej greckiej fascynacji zgromadził olbrzymią wiedzę. Dickinsona nie czytywał, niestety. I miejsca dla poczucia sprawiedliwości Graves w swoich Mitach greckich z 1955 r. (Mity greckie, tłum. Henryk Krzeczkowski, Warszawa 1982, s. 120) w ogóle nie znalazł. Dał do zrozumienia, że bogini Dike, „uosobienie prawa naturalnego lub sprawiedliwości i wstydu”, była sztucznym bóstwem, które wymyślili – jak i Tyche, Los – dawni greccy filozofowie. Czyli – kilkaset wszystkiego lat p.n.e.

Według znów Jaegera to wielki Hezjod na przełomie VIII-VII w. p.n.e. stworzył nowe bóstwo imieniem Dike – na długo nawet przed epoką filozofów. A zdawałoby się, że to przecież oni, starożytni Grecy, zrodzili dla nas poczucie sprawiedliwości i zmysł przyzwoitości… Dla nas. Bo gdyby kopać głębiej, wypadałoby sięgnąć po wspaniałe dzieło François Daumasa, przyjaciela naszego wielkiego archeologa, prof. Michałowskiego, o cywilizacji starożytnego Egiptu. Odsłoniłaby się przed nami kultywowana tam sprawiedliwość, a i przyzwoitość, w „Starym Państwie” z prawem, spisanym już w III tysiącleciu p.n.e. Hammurabi swój kodeks nadał Babilonii w XVIII wieku p.n.e., Mojżesz Starego Testamentu obdarzył Izrael prawem pięć wieków później. Ani jednego, ani drugiego prawa nie łączy z przeszłością egipską jakakolwiek ciągłość. Izrael, nim wyszedł z Egiptu, niczego się tam nie nauczył. Jak było naprawdę? Skoro my, cywilizacyjni potomkowie kultury greckiej, nie skorzystaliśmy z tych poprzednich cywilizacji i odkopujemy dopiero ich ślady łopatkami archeologów?

Skąd ten kreteński Minotaur, uosobienie ludożerstwa, zaprzeczenie poczucia sprawiedliwości? Człowiek z głową byka, otoczony czcią, a nie odrazą, żył – w labiryncie. Znowu znaki zapytania… Samo słowo labirynt jest zdecydowanie „minojskie”, nie greckie i – uwaga! – wedle współczesnej wiedzy uczonych stara Kreta określała słowem labirynthos pałac królewski w Knossos. Kryje się w tym słowie inne ważne słowo – labrys. Podwójny topór, z ostrzami po dwóch stronach rękojeści, symbolizował podobno władzę królewską. Zatem, co logiczne, pałac był „domem podwójnego topora”, czyli domem króla. Przywiezione ofiary nie mogły z labiryntu znaleźć innego wyjścia niż śmierć, zadana albo labrysem, albo mękami z opisu Frazera. Wszelako Robert Graves napisał, że „labirynt w Knossos nie miał nic wspólnego z pałacem. Był to prawdziwy labirynt, podobnie jak w Hampton Court” (s. 259). Tu zagadka, marginesowa niby, ale ważna dla wiarygodności przekazu. Oczywiście, skoro to mówi Anglik, i to znawca przeszłości, greckiej i angielskiej, tak powinno być. Jednakże z każdej encyklopedii wiemy, że Hampton Court Palace zbudował w XVI wieku kardynał Wolsey i sprezentował Henrykowi VIII. Ten go powiększył i pierwszy raz przerobił. Pałacem królewskim, pozalondyńskim, zrobił go Wilhelm III Orański ze swoją Stuartówną w XVII wieku. Królowa Wiktoria darowała pałac, rezydencję królewską, narodowi angielskiemu. Poplątane korytarze i dojścia, jak to bywa z parokrotnymi przebudowami i dodawanymi przybudówkami, mogą robić wrażenie labiryntu. Tylko że w Hampton nikt się mimo wszystko nie gubi, archeologia zaś uparcie ma za mitologiczny labirynt – odkopany pałac królewski w Knossos. Zbudowano go po roku 2000 p.n.e., podobno koło 1700 r., w fazie największej potęgi Knossos. Nie znaleźli archeolodzy innego labiryntu.

Samo pojęcie labiryntu oderwało się od jego realnej podstawy. Mircea Eliade, filozof religioznawca, a trochę mitoman, awansował labirynt do pełnej abstrakcji. Miał dla niego symbolizować dążenie do nieśmiertelności, świętości, ku absolutowi, czyli ku centrum labiryntu. Ale też u Eliadego tak ze wszystkim, w pełnej gamie możliwych interpretacji. U Gravesa labrys jest „emblematem suwerenności” Krety (Graves, s. 259). Pewnie prawda. Nasza znów Mała Encyklopedia kultury świata antycznego, dzieło niezapomnianej redakcji wtedy już kwartalnika „Meander”, wie, że labrys był toporem Zeusa. Zgoda. Natomiast Mircea Eliade zna „tak wielką liczbę toporów o podwójnym ostrzu, na które natrafia się w przepaściach i jaskiniach Krety”, że mu się kojarzą z „rozrąbywaniem” Ziemi przez pioruny i meteoryty (M. Eliade, s.17). Mało prawdopodobne, by kojarzyły się tak samym Kreteńczykom. Wyjaśnimy, skąd się tam prawdopodobnie labrysy wzięły.

Znalazłem w bardzo autorytatywnej pracy przypis, że „toporki z podwójnym ostrzem”, w oryginale angielskim axe-adzes, są czymś jeszcze innym: toporami-ciosłami, które mają na jednym końcu rękojeści ostrze toporka, a na drugim – ciosło, dłubak (nie „motykę”, jak w polskim przekładzie). Topory o dwóch ostrzach trafiają się archeologii niemal wszędzie. Ta autorytatywna praca to szkic Postęp a archeologia, napisał go stary Vere Gordon Childe, też postać sama dla siebie! Ojciec archeologii analitycznej. Choć rodem z Australii, był to wielki europejski znawca neolitu, czyli końca epoki kamienia tudzież epoki brązu (Vere Gordon Childe, Postęp a archeologia, Warszawa 1954, s.60, pierwodruk Londyn 1944). Z jego wiedzy wynika, że każde ostrze mogło jeszcze mieć w tym świecie jakiś odrębny, alegoryczny sens! Nie tylko u Eliadego…

Im dalej w poszukiwaniach, tym spotykałem więcej tajemnic. Coś musiało znaczyć i to, że Kreteńczycy, jak inni ważni, szanowni ludzie najstarszego świata greckiego, różowali wzorem przodków swoje twarze. Minią ołowianą – kolorem krwi, na czerwono, co notuje Graves (s.258). Malowano tak i zwłoki – pewnie na znak życia. Malowali się też na czerwono wyznawcy i czciciele Dionizosa, tak barwiono i jego posągi – o czym wspomina Pauzaniasz (s. 437). Purpura jako znamię ważności przetrwa aż po nasz, polski, szlachecki feudalizm – w jego strojach. W starożytności znamionowała wytworność, ale też bogactwo i władzę.

Czerwonemu barwnikowi starożytna moda nadała własną historię. W niemal wszystkich jej wersjach pochodzi ten barwnik z Tyru, z tamtejszych wybrzeży Morza Śródziemnego. Produkowano go dość skomplikowaną i czasochłonną technologią ze specyficznych, nasyconych czerwienią ślimaków morskich. Natomiast nie czytałem niczego o cynobrze, minium – który Kreteńczycy mieli akurat pod ręką i mogli pozyskiwać bez większych trudności! Cynober, czerwony barwnik, rudę rtęci, znajduje się przy aktywnych wulkanach i jako osad gejzerów; wytrąca go się z wód gorących źródeł. Czerwony pigment, tlenek ołowiu, jest właśnie tą minią ołowianą, jak czerwień żelazowa – minią żelazną. Znał cynober i starożytny Egipt, jednakże źródłosłów słowa minium, cynobru, jest grecki, może i przed-grecki. W Grecji „klasycznej”, po Ciemnych Wiekach, a przed epoką hellenistyczną, to cynobrem zapewne przyciemniano sobie karnację. Na północnym zachodzie wybrzeży Krety jest i miasto Minoa – czy to od imienia Minosa, czy od minium wytrącanego z wody gorącego źródła? A może Minos to władca, o ciele i szatach z racji swej pozycji barwionych na czerwono? Takie nazwy noszą i wysepki u brzegów kontynentalnej Grecji. Ale na półwyspie Iberyjskim, w portugalskiej krainie Minho, rzeka, Minius, dziś Minho, wpadająca do Atlantyku, niesie w swych wodach cynober (dziś znajdujemy go w Hiszpanii pod arabską nazwą almaden). A może ten cynober znaczył coś więcej niż samą krew? Lepsi ode mnie znawcy tematu potrafią to może wytłumaczyć. Jedno pewne – Kreteńczycy zachowywali swój monopol tej produkcji w ścisłej tajemnicy.

Tak samo nikt, przynajmniej na razie, nie próbował wytłumaczyć, dlaczego z Kretą związano… miód. Niby tylko słodki szczegół historii, ale miodu najstarsza Grecja nie znała. Skąd go wzięła i jak? Pszczelarstwo narodziło się w Egipcie w trzecim tysiącleciu p.n.e., co wiem z prac dawnej specjalistki tej niezwykłej branży, pani Jadwigi Guderskiej. Egipcjanie budowali pszczołom ule z gliny. Dorozumiewam się, że Kreta mogła te umiejętności przejąć właśnie z Egiptu, na tyle wcześnie, by Grecy potem przypisali miód, melissę, Krecie. Wedle nich Melissa, córka kreteńskiego króla, Melisseusa, była siostrą owej kozy, Amaltei, która schowała przed Kronosem jego synka, małego Zeusa, którego Kronos chciał pożreć. Amaltea karmiła malca kozim mlekiem, Melissa – miodem. Nie wykluczam, że była pszczołą. Mityczny władca mógł mieć takie dzieci i nie wątpię, że na takiej diecie Zeus mógł wyrosnąć na wielkiego wojownika, jak chciał Toynbee.

Toynbee nie musiał wiedzieć, że społeczne życie i rozwój pszczół miało już za jego, Toynbeego, czasów, przebogatą literaturę naukową. Szczegółowe, cytowane w niej studium, warto wtrącić, napisał wzięty niegdyś, zapomniany już, choć tłumaczony przed drugą wojną światową na wiele języków, o paradoksie literacki, symbolista! Maurycy Maeterlinck, dramaturg fantastyki, dostał w 1911 r. literacką Nagrodę Nobla, ku mojemu miłemu zaskoczeniu także i za „Życie pszczół”. Starożytni Grecy poszli dalej w stosunku do egipskich pionierów – budowali pszczołom ule z kory, wikliny, słomy lub z wydrążonych pni drzew. Innymi słowy, byli już pszczelarzami. Melissa w wersji nimfy nauczyła tego Peloponez, co dla mnie byłoby dowodem, że miód przyszedł do Grecji, do Myken, z Knossos. Miód zostanie w Grecji „melissą” i „melissami” zostaną same pszczoły. Niby drobiazg, ważny raczej dla historii obyczajów, nas jednak musi interesować, jak przenoszą się umiejętności.

No i podstawowe pytanie: skąd w kulturze i religii Krety – byk? I ten człowiek z łbem byka? Z odniesieniem do kwestii sprawiedliwości? Bydło musieli jacyś pierwotni osiedleńcy przywieźć z lądu. Dlaczego więc słuszność wiązała się patriarchalnie z bykiem, a nie krową, nieocenioną dawczynią mleka? Czy uosabiał męską potencję? A może najpierw przywieziono krowę, trudno zaś było sprowadzić dla niej byka? Złapać go, opanować i unieruchomić dla podróży? Nie mamy odpowiedzi starożytnej, żadnego mitu o podróży byka przez morze, Zeus jako byk porwał Europę, nie Europa porwała byka. Dodajmy, co zapisał cytowany tu, nieśmiertelny polski etnograf, Kazimierz Moszyński – bałkańscy Słowianie ze swymi poglądami, przejętymi od starożytnych i szczęśliwie uchowanymi, „pospolicie rozpowiadają o olbrzymim byku podziemnym, dzierżącym Ziemię na rogach i powodującym trzęsienie ziemi przez przerzucanie jej z jednego rogu na drugi” (Kazimierz Moszyński, Kultura ludowa Słowian, t. II, cz. I, Warszawa 1967, s. 46). Grecki Posejdon pierwotnie jako byk swoimi rogami wstrząsał dźwiganą na nich ziemię – ciągłość mitu znajdujemy tu oczywistą. Ale dlaczego byk? Dlaczego wstrząsał ziemią? Dlaczego został bogiem morza, konkurencyjnym jakby nie było wobec Zeusa? Czy trzęsienia ziemi i ogromne fale wzburzonego morza wywoływać mogła tylko jakaś niezmierzona siła, istność mocarna, zdolna poruszyć to, co niewzruszalne? Czy ją utożsamiono z bykiem? Z męskością zarazem?

Kiedy Grecy w epoce hellenistycznej zapanowali nad Egiptem, czcili w Memfis Apisa, statecznego świętego byka, jak czcili go sami Egipcjanie. Kto byka przebóstwił? Jeśli mężczyźni, to co oznaczała wcześniejsza, „przed-męska”, kreteńska tauromachia, kobieca „walka z bykami”? Nic nie było w niej z corridy, to istne popisy zręczności, akrobacje kreteńskich dziewcząt, które wywijały przewrotki nad rozdrażnionymi bykami, skakały nad nimi, walczyły też z nimi i zabijały je. Czy w imię dawnej matriarchalnej wyższości nad „męskimi” symbolami?

W bardzo interesującej książce Witolda Dobrowolskiego Mity morskie antyku oglądamy obrazy bóstw morza. Przeziera z nich – pochodzenie Greków. Otóż dla Posejdona, późniejszego boga wody i mórz, jako byka – zabijano hekatombą sto byków. Tymczasem wedle mitów to on, Posejdon, stworzył… konia. Demeter, by ujść zalotom Posejdona, jeszcze prezentującego się widać w wersji boskiej, więc ludzkiej, zamieniła się w klacz, on zaś, nie rezygnując, przeistoczył się w ogiera. Sam Wilamowitz sądził, że Posejdon jako bóstwo był pierwotnie koniem, a domysł, że takowy kult przygalopował ze stepu, w pełni był logiczny. Miejscowy koń wczesnej Hellady był wymiarów kucyka, zaadaptowanego przed tysiącem lat, może przed paroma tysiącami lat? konika leśnego lub tarpana. To plemiona stepowe potrafiły przez tysiąclecia wyhodować rumaki wyższej wzrostem rasy, hodowlą bliską tej, która pozwoliła stworzyć dzisiejsze konie pełnej krwi. Byk nad kucykiem górował wielkością i siłą. Czy dlatego Posejdon został bykiem? Jak zaczął ten byk władać wodą i morzem, ze zdolnością wstrząsania ziemią, nie wiemy. Podobno ziemia w swoich wulkanicznych wstrząsach wydaje dźwięki przypominające ryki byka; wielu moich kolegów i znajomych przeżyło w rozmaitych punktach globu trzęsienia ziemi z jego wszystkimi odgłosami, nigdy niczego takiego akurat nie słyszeli.

Nie z przekory, jakby to mogło wyglądać, ale ja szczerze podejrzewam, że uświęcenie byka ma pochodzenie matriarchalne. Panie tamtego czasu wyraźnie ceniły tę męskość. Cywilizację kreteńską odczytywać wypada jako z gruntu kobiecą. Z matriarchalnymi obyczajami. W „realnym socjalizmie” państwowa cenzura obyczajowa, zgodna w tym z kościelną, zobowiązywała do pruderii nawet starożytność, musiała więc prof. Ludwika Press w swej książce o „minojskim” życiu codziennym przemilczeć erotykę tego matriarchalnego świata – tylko ilustracjami ukazała dwie fajansowe figurki strojnych dam z czasów około 1600 p.n.e., obu z dekoltami obnażającymi całkowicie piersi. Jedna z nich trzymała w rękach dwa węże – prawdopodobnie kapłanka, mająca podjąć magiczny z nimi taniec, umiejąca zaklinać węże. Nie wiem, czy te węże oznaczały już na Krecie zdolność uzdrawiania, odnawiania. Przyszły grecki Asklepios, bóg lekarzy, był ponoć pierwotnie świętym wężem uzdrowicielskiej mocy, zdolnym też rozpoznawać rośliny lecznicze. Wąż co roku, liniejąc, zrzuca dotychczasową wierzchnią warstwę naskórka, to przekonywało starożytnych, że się potrafi odmłodzić, uzasadniało to podobno wiarę w reinkarnację. Wąż, ułożony w koło, z końcem własnego ogona w pysku, kojarzyć się miał filozofom z nieskończonością – jak samo koło. To jednak musiało już być skojarzeniem filozofów, ludowa mądrość starożytna obchodziła się bez nieskończoności, uczyła raczej bać się węży. W sztuce egipskiej wąż okularnik, rozdymający w ataku szyję, tkwił w diademie faraona jako znak władzy nad życiem i śmiercią. Dla Ezopa z jego bajką o wyhodowaniu węża na własnym łonie – był on symbolem niewdzięczności. Straszna Gorgona miała węże na głowie zamiast włosów. Nie umiem powiązać wszystkich tych znaczeń, zaproponować żadnej wiążącej interpretacji. I żadnego tu skojarzenia ze sprawiedliwością… Różnorodność kultów można tłumaczyć wieloma miejscami ich narodzin.

Jedno pewne – owe kreteńskie nagie piersi kobiet w barwnych sukniach były na pewno sygnałem seksualnym, znamionowały erotyzm tej kultury. Prof. Press w innej swej książce dodaje, że „Kreta dość wcześnie zaczęła odgrywać rolę egejskiego Paryża – dyktatora mody w stosunku do mieszkanek Grecji lądowej i Wysp Cykladzkich” (Ludwika Press, Kultura Wysp…, s.165). Nie tylko. Moda kreteńska podbijała i Egipt faraonów. Strojami i fryzurami. Czy również obyczajami, nie mnie wyrokować. I niczego tu nie można być pewnym, bo w wiekach największego rozkwitu Krety Egipt pada ofiarą podboju. Zdobywają go Hyksosi, którzy przybyli na rydwanach zaprzężonych w konie! Nie w kucyki… Hyksosów historia pamięta jako dzikich koczowników, niemniej to właśnie oni zaszczepili cywilizacji egipskiej koło. Od nich też zaczyna się w Egipcie metalurgia brązu. Przejęli Hyksosi obyczaje egipskie, niezależnie od tytułu faraonów, który sobie przyznali. Na ilustracjach w wielkim dziele François Daumasa znalazłem na szyjach kobiet dookolne przekrycia, zapewne utkane cennymi kamieniami, ale nie zasłaniające piersi. Nic z tego nie musi wynikać. Jak i z egipskiego grzecznego byka Apisa.

Że to z władzą matriarchalną wiązać należy jednak byka, zwierzę mało kobiece, trudno zanegować. Darował Posejdon – już jako byk – pięknego białego byka Minosowi, mitycznemu władcy Krety, by go Minos złożył mu w ofierze. Minos wykręcił się innym bykiem i Posejdon zemścił się – tchnął w Pazyfae, żonę Minosa, miłość do tego białego byka. Mit zdradza, kto rządził: zakochana Pazyfae mogła decydować o tym, bez względu na męża. To ona zamówiła u Dedala, legendarnego konstruktora, dzieło specjalne, krowę naturalnych kształtów i rozmiarów; skryta w niej, pełna pożądania, oddawała się temu bykowi w stosunku od tyłu. Nie wiedzieć, czy to nie jakaś reminiscencja stepowej sodomii… Sodomia u stepowych pra-Greków mogła być wręcz rytualna! A nauka powiąże matriarchat nie tylko z bykiem.

„Wynalazca” matriarchatu, ów nieoceniony XIX-wieczny Szwajcar, historyk prawa z Bazylei, Johann Jacob Bachofen, łączył przewagę matki w życiu społeczeństwa matriarchatu z kultem księżyca. Oczywiście, dla Bachofena był to niewątpliwy postęp w stosunku do uprzedniego powszechnego promiskuityzmu z jego powszechną równością. Po matriarchacie z kolei nastąpić miała wyższa faza rozwoju społeczeństwa ludzkiego, czyli patriarchat, związany z kultem słońca. Miał wprawdzie Bachofen pewne trudności z patriarchatem jako wyższą fazą rozwoju we własnym kraju, bo Szwajcarzy toczyli jeszcze dzikie wojny między sobą, ale odkrycie matriarchatu, chciał nie chciał, stanowiło przewrót naukowy. Bachofen nie powinien był odkryć związku przewagi kobiet z księżycem, ale odkrył. Z książki Dobrowolskiego dowiedziałem się, że imię Pazyfae znaczy „Pani dająca wszystkiemu światło” (Witold Dobrowolski, Mity morskie antyku, Warszawa 1987, s.29), czyli po prostu Księżyc, bogini księżyca. To sugeruje, że mit Pazyfae odzwierciedlał wiarę, która kazała Wielkiej Macierzy, owej Bogini-Matce, oddawać się świętemu bykowi, czyli komuś więcej niż mężczyźnie. U Gravesa Pazyfae, symbolizująca księżyc, w obrzędowej kopulacji pod dębem jako kapłanka księżyca, z księżycowymi rogami, parzyła się z królem Minosem, przystrojonym w maskę byka i symbolizującym słońce. U wielu uczonych, u Gravesa też, białe byki poświęcano bogini księżyca – w Tracji, potem i w Rzymie. Czyli tę męskość poświęcano bogini kobiecej, nieodwrotnie. Zastanawiało mnie, skąd oni brali tyle tych białych byków? Musieli chyba dla nich prowadzić odrębną hodowlę, wystudiować jakąś swoją genetykę dla doboru krów do sparzenia z białym bykiem. Byki albinosy bardzo są rzadkie, najlepszy dowód w prezencie od Posejdona.

Pazyfae, czy jako Bogini-Matka, Wielka Macierz (o ile wierzył w nią naprawdę ktoś poza uczonymi), czy jako bogini lokalna, po kopulacji z Minosem-bykiem albo z białym bykiem, tym od byka Posejdona, urodziła Minotaura. Czy urodziła go, tak naprawdę, wyobraźnia kreteńska? Jeśli tak, to pozwolę sobie na kolejną hipotezę: odgadywałbym w tym byko-człowieku – nie jednego proto-byko-człowieka, a wielu Minotaurów. Być może – jak ów mityczny Minos dla igraszek pod dębem u Gravesa – wszyscy mężczyźni nakładali sobie na ramiona, z okazji jakiegoś święta, maski z łbem byka, i może nawet uśmiercali labrysami składane kreteńskiej Bogini Matce zwierzęce i ludzkie ofiary. Może też owe dziewczęta i chłopców z Aten… Które pożerali. Upieczone. Ku czci, oddawanej któremuś bóstwu…

Od Evansa wiemy, że ci Kreteńczycy kłócili się na zabój, ścierając się w różnych waśniach rodowych i klanowych, właśnie w epoce potęgi – jak zwykle w epoce powodzenia bywa. Nie przeszkadzało im to posiąść kapitalną kulturę techniczną i zdumiewające umiejętności budowlane, tworzyć piękne pałace i kłaść wyborne drogi. Zainstalowali też swej Krecie – podatki, czyli świadczenia na rzecz państwa. Jak to w świecie handlu, nie potrzebowała doń Kreta żadnego wielkiego organizmu politycznego, który obejmowałby i całą wyspę, i przesiąknięte nią Mykeny, Cyklady oraz niemałą część Grecji lądowej, z Tebami w Beocji włącznie. Wpływała na nie Kreta swoją kulturą i… modą, obserwowaną aż w Egipcie, wpływała i przewagami swej floty. Czy napadała też Egipt? Napadali go „ludzie z wysp”, „ludzie morza”, tak tam zanotowani, musieli być wcześniej wśród nich i korsarze z Krety, wyróżniały ich na egipskich rysunkach specyficzne stroje i uczesanie.

Kontynentalne ludy przed-greckie, nazwane Pelazgami, i mykeńscy tudzież tebańscy Eolowie (jako „pstrych” tłumaczy ich imię wielki Zieliński, historiografia ich skreśla, Homer nazywał ich Achajami) same ciążyły ku cywilizacji Krety, przymierza sięgały bardzo daleko. Ślady kreteńskie archeologia stwierdza nawet w Milecie, przyszłym jońskim centrum kultury; sama nazwa Miletu jest kreteńska! Kreta parę wieków rządziła Morzem Egejskim, świat się nie zmieniał, czas wtedy płynął wolniej, przyspieszały go tylko wojny. W naszych czasach dominacja Anglii na morzach i oceanach trwała blisko cztery wieki, choć nowożytny czas biegł

szybciej. Tamten układ zwano z kreteńska po grecku talassokracją, władzą nad morzami, dzięki morzu. Nie przypuszczam, by starała się Kreta o pokój wśród swoich satelitów. Konflikty między nimi, czego echo odzywa się może w Siedmiu przeciw Tebom, osłabiały ich opór wobec hegemona – jak to się powtarzało i powtarza w całej historii. Potężna zaś flota kreteńska musiała zajmować się porządkiem na morzach, bezpieczeństwem handlu i walczyć z cudzymi piratami, chroniąc własnych.

Achajowie z Attyki pojawią się jeszcze w historii Krety – już nie jako dostawcy ofiar dla Minotaura, ale jako napastnicy. Mitologia ich nie przeoczyła. Oczywiście, nie był żadnym „sądem bożym” pojedynek dwóch mitologicznych postaci – Minotaura właśnie i ateńskiego Tezeusza. Tezeusz, przybywszy jako jedna z potencjalnych ofiar – wedle odkrywczych dla nas notatek turysty Pauzaniasza – pokonał znakomitego wojownika, syna Minosa, Asteriona, co to „przewyższał męstwem wszystkich śmiertelników, którzy zginęli z ręki Tezeusza” (Pauzaniasz, s. 250). Zabił Tezeusz Asteriona, czyli Minotaura. Być może jako dowódca Ateńczyków pokonał w bezpośrednim pojedynku dowódcę Minotaurów, takie pojedynki często rozstrzygały o wojnie – bez krwawego starcia ogółu wojaków. Mamy rozumieć, że wtedy skończył się dowóz ateńskich chłopców i dziewcząt na pożarcie. Sądząc po smutnej, mitologicznej przygodzie oszukanej Ariadny, Ateńczycy porwali też pewnie jakieś kobiety, zaś królewna mogła chcieć, jak w domu, rządzić…

Ta wyprawa Tezeusza zdaje się pokrywać ze stwierdzonym przez archeologów najazdem jakichś Greków w połowie II tysiąclecia p.n.e. Sądząc po micie Tezeusza, najechali Kretę półdzicy, attyccy Achajowie. I chyba wcześniej Ateńczycy przestali pozycję w swym rodzie liczyć po kreteńsku, matrylinearnie, przez matki. Na Krecie teraz mogli jedynie coś zrabować. Sformułowano hipotezę, że ta rozgrywka była konfliktem między samymi Grekami, że wcześniej opanowali Kretę jacyś Grecy, czyli ci z Myken, ponieważ to na Krecie znaleziono tyle tabliczek zapisanych pismem linearnym B, pismem Greków z Myken. Ale dowodzić mogły owe tabliczki tylko żywego handlu, z rosnącą przewagą mykeńskiego kupiectwa nad postarzałym psychologicznie kupiectwem Krety, a mit wyprawy Tezeusza idealnie pasuje do wiedzy archeologów. Niczego nie wiemy o żadnej wojnie eolskich Myken z Kretą. Mykeny z nią żyły niemal w symbiozie, sprzyjającej handlowi. Może stąd owe tabliczki na Krecie… To tylko historiografia, nawet cenna tak Mała Encyklopedia kultury świata antycznego, jak i Wielka Encyklopedia Oxfordzka, robią z Eolów – Achajów, jeszcze z idiotycznym datowaniem! Nie licząc się ze sprawdzalną wiedzą archeologii.

Wedle wielu uczonych to helleńscy najeźdźcy rozbili bogate, pewne siebie, kreteńskie mocarstwo, które nie potrzebowało i nie stawiało murów obronnych, wierząc w ochronę siłami swej potężnej floty. Taki mit naukowy, mit wczesnego helleńskiego podboju, długie lata utrwalał się w naszych czasach. Przeczytałem rozdział o tym w radzieckiej wielotomowej Historii Powszechnej, zaskakująco rzetelny, bo Związek Radziecki nie musiał podbijać greckiej prehistorii. Naprawdę wybitny radziecki historyk starożytnego Bliskiego Wschodu, Wasilij Wasiliewicz Struwe (mieliśmy polską rodzinę szlachecką herbu Struve, kurlandzkiego pochodzenia) pisał z końcem lat 50-tych XX wieku:

„Odcyfrowanie pisma linearnego B dowodzi niezbicie, że w Knossos panowali już w tym czasie Achajowie mówiący po grecku. Oni właśnie dostosowali pismo linearne A do języka greckiego” (Historia Powszechna, t. I, tłum. Cezary Kunderewicz, Warszawa 1962, s.467).

Do Greków Związkowi Radzieckiemu bliżej było niż do Krety, i niewątpliwie jacyś Grecy uczestniczyli w przerabianiu pisma linearnego A na linearne B, jednak nie jako pogromcy „minojskiej” Krety i na pewno nie byli nimi Achajowie…

O losie Knossos rozstrzygnęła rzekomo wielka, przełomowa bitwa morska między barbarzyńcami a cywilizacją. Pani prof. Press przytoczyła „opinię Cassona, który przypuszcza, że jedną z najpoważniejszych bitew morskich była bitwa kreteńsko-mykeńska w połowie XV wieku” p.n.e. Obie strony zmobilizowały wszystkie swe siły, ta bitwa zdecydowała o przyszłości, ale „została zapomniana, bo nie znalazła swojego kronikarza (…). Tak przynajmniej wynika z obecnego stanu znanych nam źródeł pisanych. Mykeńczycy zwyciężyli w tej bitwie” (L. Press, Życie codzienne…, s. 101). Tak przypuszczał sam Lionel Casson, najwybitniejszy historyk żeglugi, handlu i wojen morskich starożytności! Aliści cała ta historiograficzna kompozycja faktów budowała domysły na domysłach, nie przyznając się do wyciągania wniosków z nieistniejących przesłanek Bo żadnych „swych sił” nie mobilizowali ani ci z Myken, ani przyszli, homerowi już Achajowie. Zmobilizować ich mogli swoją fantazją tylko sami historycy. I nie doszło z pewnością do żadnej wielkiej bitwy morskiej, bo jak sam Casson ukazywał, morskie siły achajskie kreteńskim do burt nie dorastały. Mitologiczna wyprawa Tezeusza, jeśli w ogóle, to chyba nawet nie był najazd, a napad, i mit nie wspominał też o jakimś wielkim sukcesie bojowym.

Ta epoka, wtrącę, miała na szczęście – szczęście do uczonych pań polskich, które, zauważmy, nie brały udziału w tej wojnie na domysły. Obok prof. Świderkówny mieliśmy właśnie i prof. Ludwikę Press, historyczkę cywilizacji kreteńskiej, i prof. Marię Nowicką, które też obie, ku mojemu pechowi, niedawno pożegnały nasz świat. To dzięki prof. Press dowiedziałem się, jak naprawdę zginęła cywilizacja kreteńska. Tak, dosłownie – zginęła…

Prof. Press wspominała, że „na lądzie greckim rosła potęga i zaborczość Achajów – poważnych rywali Kreteńczyków w handlu zamorskim. O udanym ataku wrogów świadczą czytelne w warstwach kulturowych ślady zniszczeń” (L. Press, Życie codzienne…, s. 85). Tak, pewne ślady rabunku się zachowały. Ale nic więcej. I Grecy po tym „ataku” wcale nie zdobywali Krety i nie zatrzymali się na niej. Popłynęli do kraju. Tezeusz w powrotnej drodze zapomniał podnieść białe żagle i wedle mitu ojciec Tezeusza, oczekujący białych jako sygnału sukcesu, na widok czarnych żagli popełnił z rozpaczy samobójstwo. Pamiętajmy, że ten żagiel, pomysł znacznie późniejszy, mógł być tylko sygnałem, greckie statki napędzały się wtedy wiosłami, żagle jedynie je wspomagały. Do pierwszego fenickiego żaglowca, obywającego się bez wioseł, brakowało jeszcze lat pół tysiąca. Przez te 500 lat będą statki handlowe i okręty wojenne rosły w swych rozmiarach i ładowności, aż po trójrzędowce, triery, z trzema rzędami wioślarzy… Ważne było jednak, że chyba nie mieli już po co Achajowie Tezeusza zostać na Krecie. Przypłynęli po jej katastrofie. Lub nawet właśnie z jej katastrofą. Z której, co możliwe, sami tylko cudem wyszli obronną ręką. Z bardzo negatywnymi wnioskami.

Prof. Press wzbogacała swą wiedzę z postępem międzynarodowych prac archeologicznych, w których sama brała udział. Po wielkich kolejnych badaniach zobrazowała w kolejnej książce, co się naprawdę stało. Archeologia skreśliła domysły. To nie najeźdźcy, lecz natura unicestwiła cywilizację Krety. Uczeni już tylko spierają się, czy był to jeden kataklizm ok. 1480 – 1470 p.n.e., czy dwa w odstępie 50 lat bądź mniej.

Zaczęło się od pierwszych wstrząsów na wyspie Terze, z pierwszym wybuchem jej wulkanu. Tera, Thira, sto kilometrów od Krety, to słynna z nawracających trzęsień ziemi nowożytna wyspa Santorin. Po tych pierwszych wstrząsach mieszkańcy jej przezornie uciekli na kontynent. Wulkan eksplodował raz po raz, coraz gwałtowniej. W trzeciej erupcji pokrył ostatecznie całą Terę – warstwą popiołu pięciometrowej grubości! Uczeni odkrywali też, jak dygotała wtedy ziemia i jak wybuchały wulkany Krety – stąd owe labrysy wrzucane modlitewnie w przepaście i jaskinie, w gardła wzburzonej, pękającej ziemi, czyli, jak możemy to uznać ku satysfakcji Eliadego, wieloustej Bogini Ziemi.

Nie rozleciało się wszystko za jednym zamachem. Kreteńczycy żywić mogli jeszcze nadzieję, że ziemia się uspokoi, wszystko zastygnie i stęchnie. Niestety, przyszedł nagły, gwałtowny, a najcięższy atak wstrząsów, ziemia unosiła się jak fale morza i rozstępowała przepaściami, „ludzie uciekali w popłochu, pozostawiając nawet narzędzia pracy na podłodze domu”, czytamy u prof. Press (Kultura Wysp Cykladzkich…, s. 173). Gorąca jak wrzątek lawa doganiała ludzi, suche drewno zapalało się samo. Archeolodzy zbadali na samej Krecie „duże ilości stężałej lawy, które zachowały się w ruinach pałacu w Zakro oraz na terenie willi w Amnissos” (L. Press, Osadnictwo egejskie, s. 75). Rozpadły się struktury ciężkich, kamiennych bloków z fundamentów tegoż Amnissos, z pałacu w Zakro mieszkańcy w swej ucieczce nie zabrali nawet kosztowności! Pałac w Knossos uległ rujnującemu pożarowi i nigdy go potem z tych zgliszcz nie odbudowano. Ba, nawet nie próbowano… Katastrofa zdewastowała inne, jeśli nie wszystkie siedziby „minojskie” na wyspie. Co drewniane, spłonęło w niszczącej pożodze od rozpalonej lawy. Można było uwierzyć w jakąś zemstę urażonych bogów, nie umiem tylko się domyślać, których i za co. Bo żebyż to było wszystko. Uderzyła w Kretę przerażająca, gigantyczna fala śródziemnomorskiego tsunami, u brzegów Krety wedle obliczeń badaczy 11 m wysokości … I tylko nie ma pewności, czy wyniósł ją pierwotnie do jeszcze bardziej kolosalnych rozmiarów, do kilkudziesięciu metrów wysokości, wybuch wulkanu Tery, czy spiętrzyła się tak, pędząc z ogromną szybkością, odbita od ściany klifu innej wyspy.

Natura spustoszyła doszczętnie nadbrzeżny kraj, kwitnący, gęsto zaludniony, wgniotła w ziemię kwitnące państwo, obróciła w niwecz kapitalnie rozwiniętą cywilizację i – przerwała jej historię. Zetkniemy się tu jeszcze z innym niezadługo, podobnym kataklizmem, za to nie wytłumaczonym do dzisiaj, który spróbujemy odtworzyć i zrozumieć. Kreteńczycy, ci nieliczni, co przeżyli, nigdy nie odbudowali swej panującej morzom Krety. Ich wspaniała flota przestała istnieć. W obawie zapewne przed morderczymi napaściami, zwłaszcza piratów, polujących na niewolników do sprzedania, wynieśli się w trudno dostępne, górskie pustki na wyspie. Stamtąd niczego już nie mieli przyszłości do zaproponowania.

Łatwo dedukować, dlaczego Achajowie popłynęli z powrotem do domu. Straszliwy gniew byka-Posejdona dowodził, że nie chce on nikogo na morzu… Grecy od tego mniej więcej 1470 r. p.n.e. stronili będą od morza przez jakieś dwieście lat. Wyraźnie nauczyli się, że Posejdon nie zna litości. Zarówno ci Eolowie z Myken, jak ateńscy Achajowie. W tym przypadku interpretacja Cassona broni się sama, bronią jej fakty. Przez ponad dwieście lat od katastrofy Krety nie ma Greków na morzach, Casson nie spotkał ani jednej ryciny, żadnego modelu, najmniejszego śladu jakiegoś greckiego statku z tych czasów – choć innych nie brakowało. Zabrakło Greków. Najwyraźniej gniew Posejdona przytłoczył wyobraźnię i zmysł ryzyka wszystkich Greków. Niejednego ich plemienia.

Beockie Teby załamały się niedługo po państwie Knossosu. Jak i dlaczego, nie wiemy. Nie podbiły ich Mykeny, jak to stoi u Sacksa, bo Mykeny też padły mniej więcej w tym czasie. Jeśli komuś jednak można przypisać dzieło zniszczenia, to na pewno nie ludziom, żadnemu choćby najdzikszemu plemieniu. Nie dokonali tego przyszli ojcowie naszej cywilizacji – barbarzyńscy wtedy Achajowie. O trzęsieniu ziemi dowiedzieliby się pierwsi z nas archeolodzy, nie utrzymałyby się kamienne konstrukcje Myken i Tirynsu. Gdyby nawet sąsiadujące z Tebami jezioro Kopais i rzeka Asopos wezbrały i wystąpiły z brzegów, oszczędzając tylko twierdzę, wiedzielibyśmy o tym, to znaczy – wiedzieliby archeolodzy. Spróbujemy znaleźć inny możliwy wariant powszechnej eksterminacji – jej możliwymi sprawcami jeszcze się tu zajmiemy. A czy mogła Grecja tych Achajów, którzy przeżyli zagładę kultury mykeńskiej, dziedziczyć po Krecie jakiś przynajmniej ważny mit – ważny choćby dla tradycji sprawiedliwości?

Otóż Kreta w naszej opowieści to nie sam folklor jedynie. Historię bowiem greckiej sprawiedliwości otwiera nie żaden Hellen, a Kreteńczyk – Minos! On i kreteńska, jak sądzę, „sprawiedliwość” w handlu śródziemnomorskim. Włącznie z Zeusem, przyszłym najważniejszym z bogów, sprawiedliwym! pochodzącym, już nie wedle Greków, a wedle nawet Fenicjan – z Krety… Zeusem, bogiem mórz i wiatrów.

Tajemnicza sprawa. Początków poczucia sprawiedliwości, najsensowniej można chyba, zgódźmy się, szukać w handlu. Handel, wymiana dóbr, od swoich początków musiał układać sobie jakieś wspólnie akceptowane zasady obrotu, wykraczające poza handel wymienny. Takie zawiązki prawa uzgadniano stopniowo do miary zwyczaju. Pozostawiły nam potwierdzające nasz domysł fizyczne, namacalne zabytki – nie do zakwestionowania. Najlepsze świadectwo – odważniki. O kreteńskiej, co charakterystyczne, podziałce ciężaru. Ołowiane, kamienne, z brązu lub terakoty. Znajduje się je na wyspach archipelagu Cyklad, rozsypanych między Grecją i Azją Mniejszą (Ludwika Press, Kultura Wysp Cykladzkich w epoce brązu, W-wa 1986 s.156-157). Jak się miały do odważników z Cypru i Bliskiego Wschodu, ołowianych dysków, niestety, nie wiem. W każdym razie upostaciowały jakieś regularne zasady pomiaru, porównań, a te zasady rządziły już obrotem. Kreteński handel, póki istniał, obejmował, jak widać, dosłownie całe morze Egejskie. Z czasem sięgał i Egiptu. To bardzo ważne dla narodzin greckiego poczucia sprawiedliwości.

Skracam tu setki lat do jednego, dwóch akapitów… Handlowała Kreta przez wieki i musiała w tym handlu rozsądzać spory. Wymagało to właśnie jakiegoś poczucia sprawiedliwości, uczciwości. Bez niego można rabować i kraść, handlować się nie da. Handel to jakieś zobowiązania, dostawy, płatności, wymiana towarów niekoniecznie równoważnych wartością, zwłaszcza zanim wynaleziono monety. Kreta znała handel wymienny i umiała rozsądzać spory. Minos pozostał dla Greków legendą, gdy sami zaczęli handlować. Legenda Minotaura, co ciekawe, nie zaszkodziła legendzie samego Minosa.

Jeden szkopuł. W legendzie Minotaura nie było żadnych sporów do rozstrzygania. Skąd więc ten sędzia Minos w tradycji greckiej?

Moja dedukcja prowadzi mnie do hipotezy być może całkiem, ale to całkiem iluzorycznej. Przytoczę ją, bo jest, przynajmniej dla mnie, wręcz kusząca. Jeśli Grecy nie pływali i nie mieli o co się spierać, to być może potem, gdzieś co najmniej w XII wieku, pojawił się zupełnie konkretny, nie legendarny osobnik, bądź też jakiś konkretny sąd, instytucja rozstrzygania sporów w handlu morskim, sąd lub sędzia, nazywający się lub nazwany Minosem – dzięki swej umiejętności wyrokowania otoczony szacunkiem. Nie dałoby się utożsamić go z dawnymi władcami Krety, Minosami, co to przed setkami lat malowali się utajnionym przed nauką cynobrem. Jeśli byłby to fachowiec, zawodowo rozsądzający spory handlowe, tacy jak on królować już nie musieli, zwano by ich zaś zwyczajowo „królami”, basileusami, bo sądy z tradycji były rzeczą królów. I nie wyglądałoby to na historię sprzed tysiąca lat, lecz ukształtowaną w ciągu życia i handlu kilku- kilkunastu pokoleń XIII i XII wieku p.n.e., włącznie z obyczajem barwienia twarzy i stroju purpurą. Mój domysł idzie pewnie za daleko, ale przypuszczam, że jeśli w ogóle, to uchowano jego postać w pamięci i otoczono po stu, dwustu latach legendą jako rozumnego i rzetelnego basileusa– „króla” -sędziego. Gdyby tak było, renomę prawodawcy dodano mu później, ponieważ sądził powtarzalnymi wyrokami wedle dających się powtórzyć zasad. Takiej instytucji handel morski potrzebował przez następne tysiąc lat. Zamknęło je rodyjskie prawo morskie, które przetrwa następne półtora tysiąca lat…

Ten Minos raczej nie przebierał się, nakładając sobie łeb byka. To by późniejsi kronikarze i historycy odnotowali, poczynając od Herodota. Ani zaś pierwotnego Minotaura, ani innych ludzi, przystrojonych łbami byków, nie uznano za bogów – choć znany już nam z Gravesa mitologiczny lub wpisany w mitologię Minos z łbem byka jako bóg-słońce kopulował pod dębem z Pazyfe, boginią księżyca, jakby na zamówienie Bachofena. Nie uznano ich też rodzicami żadnego z bogów. Mogli zostać Minotaurowie chociaż patronami kanibali – ale też nie zostali. Mitologia jakby wolała o ludożerstwie zapomnieć. Czy uważała je za atrybut epoki z władzą kobiet?

Na pewno chciała zapomnieć i o samej władzy kobiet. Realny świat grecki w V w. p.n.e. odnosił się wrogo do krain, którymi jeszcze kobiety rządziły – choć jedną, i to sprzymierzoną z perskimi najeźdźcami, upamiętnili Spartanie zaszczytną rzeźbą. Dla mnie – dwojakiego znaczenia… Odczytuję w tej rzeźbie ślad pewnej operacji, z natury tajemniczej. Owa dzielna królowa, dowodząca swą niedużą flotą, przepłynęła morze Egejskie dla wspólnego ataku na Grecję, czyli, innymi słowy, dotarła do brzegów greckich i w konsekwencji stanęła do bitwy pod Salaminą. Uznanie dla niej ze strony Spartan, tak chytrych i wykrętnych, patrzy mi na wynik konspiracyjnego porozumienia – bo nie wyobrażam sobie Spartan oddających wojenne honory przeciwnikowi, i to jeszcze pokonanemu. Przypuszczam, że Spartanie uczcili rzeźbą tę niezwykłą kobietę, która, dowodząc swą małą flotyllą, uzgodniła plan operacji ze stroną grecką i w trakcie bitwy obróciła się przeciwko swoim perskim sprzymierzeńcom.

Będą inni Grecy, bo nie Spartanie, upamiętniali inne dzielne kobiety najwyższym komplementem – posągami lwic… W sporej ich części – za dzielność w miłości. Te z nich, których imiona znamy, musiały być wspaniałe – jak ta, która, nie chcąc zdradzić swego ukochanego, umarła, poddana torturom.

Cdn

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email