Marian Marzyński: Drogi Krzysiu

2012-12-12.

Witaj Marianie,

z twoich blogów widzę, że powoli stajesz się guru dla młodych ludzi, szukających swoich żydowskich korzeni.  Ciekawy i nobliwy dodatek do twojej urozmaiconej kariery.  W Krakowie widziałem twój film „Anya (in and out of focus)”, niespieszny dokument o trzydziestu latach, odwrotność amerykańskiego pospiechu i przez to wciągający. Byliśmy w Krakowie od połowy sierpnia do połowy października.  Na pewno wyjście z domu na Rynek bije na głowę nasze wyjście w Tarzanie na Ventura Boulevard. Tylko jak przychodzi zima, to jednak wolę Kalifornię.

Ja już nie uczę, za to koncentrowałem się nad kompletnie nowym wydaniem mojego „Film Lighting”, które wyjdzie za rok. Właśnie wróciliśmy z tygodniowego relaksu w ClubMed w Cancun do deszczów w Kalifornii, podobno najobfitszych od stu lat. W nadchodzącym roku chcemy już rezydować w Krakowie od maja.  Najlepsze życzenia świąteczne dla ciebie i twoich, Krzysztof.

Drogi Krzysiu,

Nie wiem jak to się stało, że dopiero teraz, przez przypadek, otworzyłem twój e-mail sprzed dwóch lat, chyba dlatego, że mimo tysięcy mailów, jakie wysyłam, ciągle jeszcze traktuję komputer jak złego psa i często nie widzę tego, co powinienem zobaczyć, albo naciskam grubym paluchem na zły klawisz. W epoce atramentu to się wiedziało, że przyszedł list. Przez te dwa lata naciskałem też na twój dzwonek w kamienicy na Świętej Anny w Krakowie, coraz bardziej będąc przekonanym, że zgubiłem cię na zawsze.

Polska wydaje mi się coraz bardziej interesująca, pod warunkiem, że są to Polacy w wieku naszych dzieci i wnuków; z naszego pokolenia jest przy życiu mała grupa, którą podziwiam za trudy przeżycia w tym kraju przez tyle lat. Największą dla mnie przyjemnością jest to, że pokolenie tych dziecio-wnukow nie jest świadome mojej obecności w Polsce 40 lat temu, a nawet, gdy się o niej dowiadują, nie bardzo rozumieją, o co wtedy chodziło, jestem wiec znaleziskiem archeologicznym i bardzo mnie to bawi, ja podglądam ich, wiedząc dużo o nich, a oni nic o mnie…

Cieszę się, że cię odnalazłem, będę znów w Krakowie najpierw 22-23 stycznia, a potem 28-29 stycznia, robię film o 700 uczniach szkół średnich we Florencji, którzy w trzaskający mróz jadą pociągiem do Auschwitz, trasą takich pociągów, wywożących na śmierć 8000 włoskich Żydów, po nieudanych interwencjach w Berlinie Piusa XII, który zdobył sobie przydomek „niemieckiego papieża”, ale w filmie nie o niego chodzi, a o to, co ci młodzi 21-go wieku, z tej strasznej historii biorą do siebie: kolejny horror film, czy coś więcej?

Skończyliśmy z Grażyną po 75 lat, ale zamiast odpoczywać, rzucamy się, każde po swojemu, w nowe wiry; ja, który poza filmami i trochę pisaniem nic innego nie potrafię robić, mam zamiar skończyć życie albo przy klawiaturze laptopa, pisząc ostatni blog, albo w środku filmowego ujęcia, całe szczęście, że mam kogoś (mojego byłego studenta), który nie tylko skończy zdjęcia, ale ten film zmontuje, pamiętasz „Pasażerkę”, zmontowaną po śmierci Munka?

Ściskam cię i czekam na więcej wiadomości i na spotkanie w Krakowie, gdzie Tadeusz Lubelski, co jakiś czas zaprasza mnie na spotkania ze studentami jego Instytutu Sztuk Audiowizualnych, może kiedyś i ty, stary Krakowianin, byś na chwile pokazał się wśród studentów filmu, z którymi w Kalifornii, w innym kraju i klimacie, spędzałeś długie lata swego życia.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com