8 min czytaniaJarosław Kapsa: HiT lub kit podręcznikowy

18.06.2022

Pycha poprzedza upadek. Nikt bardziej od pana Kurskiego nie przekonał ogółu o szkodliwej zbędności tworu zwanego „telewizją publiczną”. To samo uczynił minister Czarnek z panującym modelem edukacji publicznej.

.

Następstwem „myśli” Czarnka jest tzw. podręcznik do przedmiotu „Historia i Teraźniejszość”, napisany przez prof. Wojciecha Roszkowskiego.

Ostra krytyka zawartości, przedstawiona przez nauczycieli, jest odrobinę po czasie i niewłaściwie kierowana. Roszkowski wykonał pracę zleconą, zawartość podręcznika została wcześniej szczegółowo uściślona rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z 8 marca 2022 r. w sprawie podstawy programowej dla szkół średnich. Być może pan Roszkowski ma jakieś własne przemyślenia, ale w tym wypadku przyjął założenie: władza ministerialna ma zawsze racje. Prawdopodobnie takie założenie leży zawsze u podstaw produkcji podręczników szkolnych, więc profesor historii nie wyróżnił się oryginalnością.

Trudno mi jako nieutytułowanemu dyskutować z profesorem.

Przywołam więc w sukurs innego profesora, Ryszarda Skarżyńskiego, który w prowincjonalnym Białymstoku opublikował w 2012 r. artykuł „Podstawowy dylemat politologii; dyscyplina nauki czy potoczna wiedza o społeczeństwie. O tradycji uniwersytetu i demarkacji wiedzy”. Prowincjonalizm niech nas nie zmyli; w odróżnieniu od profesora Czarnka Skarżyński ma dorobek naukowy odbierany, cytowany i dyskutowany na europejskich uczelniach. Trudno zaprzeczyć jego gorzkiej, lecz opartej na doświadczeniu, opinii:

Nauki społeczne funkcjonują obecnie w warunkach końca ideologii, triumfu demokracji medialnej, lekceważenia, a nawet pogardy dla wiedzy podstawowej, zwłaszcza wiedzy podstawowej na temat społeczeństwa, destrukcji uniwersytetów obracanych w szkółki zawodowe, gdzie wykłady zastępuje się kursami szkoleniowymi, a samodzielne myślenie przestaje się liczyć.

Można tu jedynie dyskutować w duchu co było pierwsze: jajko czy kura, czy samodzielność myślenia zabijana jest na poziomie edukacji podstawowej, czy odwrotnie – anachronizm nauczania w wyższych uczelniach skutkuje kapralską formą edukacji powszechnej. Sądząc po protestach wobec programu HiT nauczyciele nie są zbytnimi miłośnikami narzucanej przez profesorów uniwersyteckich metody indoktrynizacji. A już zwłaszcza w anachronicznej formie „edukacji historycznej”. Tu znów muszę zacytować prof. Skarżyńskiego:

Historia, czyli wiedza o przeszłości, także ma naturalne znaczenie polityczne i od samego początku jest polityczna nie dlatego, że zajmuje się wydarzeniami politycznymi, ale ponieważ zgodnie z wolą polityczną je segreguje, porządkuje i interpretuje. Historia w pierwotnym, naturalnym wydaniu, obecnym także w dzisiejszych najbardziej rozwiniętych społeczeństwach, to opowieść o chwalebnych dziejach odrębnej organizacji politycznej i jej przywódców, pisana w celu wytworzenia poczucia wspólnoty egzystencji i interesów przez kształtowanie i rozwijanie świadomości wspólnej przeszłości, wyrażającej się w przynależności terytorialnej, ciągłości kulturowej i wiedzy o wielkości dokonań przodków. Jej narratorzy pomijają liczne fakty, równocześnie absolutyzując inne wydarzenia. Koncentrują się na wspaniałych wyczynach swojego zjednoczenia i osiągnięciach własnych przywódców, nawet jeśli ci byli nieudacznikami i przegrali. Kiedy zwyciężyli militarnie, ale polegli dyplomatycznie, pamięta się tylko o tym pierwszym wydarzeniu, drugie usuwając z pamięci. Zadaniem historyków zaangażowanych politycznie, a pierwotnie innych nie było, pozostawało kreowanie bohaterów i partykularnej wizji dziejów, wyrażającej interesy danego podmiotu politycznego. Taka historia była środkiem służącym kształtowaniu egzystencji i pozycji podmiotu politycznego w środowisku. Fałszowanie wiedzy, świadome i nieświadome, było i pozostaje jej nierzadko stosowaną metodą. Nawet jeśli oficjalnie posługiwanie się nią jest potępiane.

Rozporządzenie min. Czarnka celowość wprowadzenia nowego przedmiotu tłumaczy tak: „umożliwi uczniom poznanie i zrozumienie najnowszych dziejów Polski i świata oraz przygotuje ich do świadomego i odpowiedzialnego udziału w życiu publicznym”. Najnowsze dzieje Polski i świata uczeń jednak poznawał i poznawać może nadal na zwykłych zajęciach historii. Cel nowego obowiązku jest więc przede wszystkim wychowawczy.

Ukształtowany w szkole uczeń „interesuje się życiem zbiorowym oraz wyraża gotowość do osobistego podejmowania zadań społecznych i zaangażowania obywatelskiego w duchu patriotyzmu jako mądrej miłości ojczyzny ukształtowanej w tradycji Rzeczypospolitej”. Przyjmując, że ten cel wychowawczy jest słuszny, a obowiązkiem szkoły jest kształtowanie „dobrego obywatela”, wątpliwości może budzić dobór środków. Czy konieczne jest anachroniczne, pełne wskazanych przez prof. Skarżyńskiego wad wykorzystanie historii dla wychowania „dobrego obywatela”? Nie tylko prof. Skarżyński, ale także Roszkowski i każdy inny historyk, poważnie traktujący swój zawód, wie, że indoktrynacja nigdy nie przysłużyła się kształtowaniu „dobrych obywateli”; chyba, że pod tym określeniem rozumiemy „posłusznych poddanych”.

Zaangażowanie obywatelskie nie rośnie dzięki umiejętności powtarzania formuł o wielkości JP I (Józefa Piłsudskiego) lub JP II (Jana Pawła II). Duch patriotyzmu nie wymaga pompowania „dumy narodowej” mniej lub bardziej fikcyjnymi osiągnięciami.

Historyk powinien uczyć krytycznego oceniania źródeł, odróżniania prawdy od fałszu, odróżniania tego, co ważne, od tego, co popularne. Kształtować może poczucie odpowiedzialności, uświadamiając skutki podejmowanych niegdyś politycznych decyzji. Nauczanie historii służyć może umiejętności samodzielnego myślenia; może także tę samodzielność zabijać, gdy takie zadanie narzuci edukacji władza polityczna.

Wychowanie „dobrego obywatela” bardziej niż na wiedzy historycznej powinno opierać się na etyce. Nie da się stworzyć „dobrego obywatela”, bez ustalenia co jest dobrem, co złem; bez utrwalenia związku między wolnością a odpowiedzialnością, bez zrozumienia czym są „uniwersalne wartości”, które przywołuje Preambuła Konstytucji RP.

Istotne też jest pytanie: czy władza centralna musi wszystkim narzucić jednolity program wychowawczy? Jeśli chcąc kształtować „dobrego obywatela” uczymy go szacunku do Konstytucji, to nie można naruszać art. 48: „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania”. Pan Czarnek może być prywatnie fanatykiem swoich przekonań, ale żadna funkcja administracyjna lub polityczna nie daje mu prawa narzucania swojej wiary innym. To, co sądzi pan Roszkowski o gender czy ekologizmie, to jego prywatna sprawa. Uczeń w szkole nie może być nagradzany piątkami, za to, że podziela opinie Roszkowskiego, ani karany „pałami”, gdy się z nimi nie zgadza. Zresztą nonsensem jest ocenianie i narzucanie jednolitych dla wszystkich kryterium oceny, gdy chodzi o proces wychowawczy.

Nonsens ten ma jednak podstawy w rozporządzeniu ministra. Zawiera ono bardzo szczegółowy zakres wiedzy, który musi być przekazany na zajęciach HiT. Wiedza o podstawach życia społecznego uszczegółowiona jest w 22 punktach; świat i Polska w latach 1945-1956 – w 21; świat i Polska w latach 1956 – 1970 – w 20; świat i Polska do 1980 r – w 11; świat i Polska 1980-1991 – w 23; świat i Polska 1991-2001 – w 16; świat i Polska pierwszych dwóch dekad XXI – w 14. Razem 127 tematów albo formułek, które trzeba wcisnąć do młodych głów. Zacytuję niektóre oczekiwane od uczniów umiejętności: „wyjaśnia znaczenie powstania państwa Izrael dla sytuacji na Bliskim Wschodzie i dla polityki międzynarodowej; przedstawia podstawowe zasady syjonizmu […] charakteryzuje zmiany zachodzące w okresie powojennym w strukturze społeczeństwa polskiego i składzie narodowościowym państwa […] przedstawia okoliczności i zasady traktatów rzymskich z 1957 roku oraz charakteryzuje funkcjonowanie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej […] charakteryzuje idee i ruchy pacyfistyczne; wskazuje różnicę między ekologią a ekologizmem […] dokonuje bilansu rządów komunistycznych w Polsce, wskazując na ich skutki w warstwie kultury, życia społecznego i gospodarczego […] wyjaśnia różnice między prywatyzacją a reprywatyzacją […] charakteryzuje znaczenie 1991 roku w najnowszej historii Polski (pierwsze wolne wybory parlamentarne, powołanie rządu Jana Olszewskiego) […] charakteryzuje główne zmiany kulturowe zachodzące w świecie zachodnim na przykładzie: ideologii »politycznej poprawności«, wielokulturowości, nowej definicji praw człowieka, rodziny, małżeństwa i płci; umieszcza te zmiany na tle kulturowego dziedzictwa Zachodu ujętego w myśli grecko-rzymskiej i chrześcijańskiej”

Prawie każdy z tych 127 tematów stanowić może podstawę kilkugodzinnej, intelektualnie pożywnej dyskusji, w której uczestnicy rzadko dochodzić mogą do wspólnych wniosków. Jak to przenieść na praktykę szkolną? Chyba tylko wedle metody opisanej przez Orwella: odpowiednio wytresowane osły potrafią recytować: cztery nogi dobre, dwie nogi złe; a potem – wedle rozkazu – odwrotnie.

Kurski dowiódł, że „publiczna” telewizja ogłupia. To samo stara się udowodnić Czarnek w kwestii „publicznej” edukacji.

Jarosław Kapsa

Print Friendly, PDF & Email