Andrzej Lubowski: Czy przemysł się liczy?

Ameryce kurczy się przemysł. Coraz trudniej o pracę, która dobrze płaci i nie ucieknie jutro mu za granicę. Podobny ból głowy czeka Europę.

W społeczeństwie post-industrialnym coraz mniej z nas miało pracować przy fabrycznej taśmie, a coraz więcej w szeroko pojmowanych usługach, od oświaty i innowacji po sztukę i rozrywkę. W myśl teorii tędy miała wieść droga do raju. Czy aby na pewno wiedzie?

W ostatnich stu z górą latach to zwykle przemysł budował potęgę państw i dobrobyt narodów. Rewolucja przemysłowa umocniła pozycję Imperium Brytyjskiego. Szybki rozwój przemysłu uczynił Stany Zjednoczone supermocarstwem. Powojenny cud gospodarczy azjatyckich tygrysów (Japonii, Południowej Korei, Tajwanu, Hong-Kongu czy Singapuru) bazował na eksporcie do bogatych krajów Zachodu towarów przemysłowych wyprodukowanych w oparciu o technologie importera, i własną wysoką wydajność i niskie koszty robocizny. Kraje takie jak Australia, którym wiedzie się dobrze, choć brak im dużej bazy przemysłowej, należą do wyjątków, bo wyjątkowo bogata jest ich baza surowcowa.

Blisko 40 lat temu Daniel Bell pisał o zbliżającym się społeczeństwie post-industrialnym, w którym usługi będą wypierać przemysł jak źródło zatrudnienia i tworzenia wartości, a ekonomia informacji zdominuje ekonomię wytwarzania dóbr materialnych. W dostatnich społeczeństwach rzeczywiście rośnie popyt na usługi, od turystki, rozrywki, gastronomii po masaż. Ale nie topnieje apetyt na samoloty, samochody, telewizory, komputery, meble, czy telefony komórkowe. To wszystko wytwarza przemysł. Jest coraz bardziej wydajny, więc coraz mniej ludzi trzeba, aby wyprodukować to, czego pragniemy. Jakie ma znaczenie, co robimy sami a co sprowadzamy? Czy praca w usługach zapewni nam wystarczające dochody, aby utrzymać dotychczasowy standard życia, nie mówiąc o jego wzroście?  Doświadczenia Ameryki w ostatnim trzydziestoleciu podpowiadają co najmniej ostrożność.

De-industrializacja Ameryki zaczęła sie 40 lat temu, ale dramatycznie przyśpieszyła, gdy 10 lat temu Chiny przyjęto do Światowej Organizacji Handlu. Wówczas bowiem powszechna akceptacja zasad wolnego rynku ośmieliła zachodni kapitał i pełną parą ruszyła lawina outsourcingu. Przemysł ucieka z krajów bogatych do biedniejszych, bo tam łatwiej o zyski. Do Chin powędrowała nie tylko produkcja tekstyliów, odzieży i pluszowych misiów, ale stali, obrabiarek, części samochodowych, komputerów i aparatury lotniczej.  W 1955 roku, gdy podpisywano Układ Warszawski, na USA przypadała 58 procent światowej produkcji przemysłowej. Gdy rozpadał się Związek Sowiecki, z USA pochodziła trzecia część produkcji przemysłowej świata. W wiek XXI Ameryka wkroczyła z jedną piątą globalnej produkcji przemysłowej, co wciąż stawiało ją na pierwszym miejscu. Pozycję tę straciła 2 lata temu na rzecz Chin. Rychło się okazało, że Chiny produkują towary, których świat pożąda, po kosztach, z którymi nikt nie jest w stanie konkurować.

Ćwierć wieku temu co piąty zatrudniony Amerykanin pracował w przemyśle; dziś pracuje co dwunasty. Jeszcze 10 lat temu w amerykańskim przemyśle pracowało o milion ludzi więcej niż szkolnictwie i służbie zdrowia razem wziętych. Dziś pracuje blisko 9 milionów mniej.

Postępującej de-industrializacji Ameryki i emigracji miejsc pracy w przemyśle towarzyszyła teza, że struktura zatrudnienia nie ma żadnego znaczenia, że usługi są równie ważne, a związki między technologią kraju, a jego własnym przemysłem są iluzoryczne. Nieżyjący już Akio Morita, szef Sony, był innego zdania. W przemówieniu w Davos w 1993 roku mówił: „Jedynie przemysł przetwórczy daje solidne zatrudnienie w odpowiedniej skali. Sektor usług może przetrwać tylko wówczas, gdy istnieje przemysł, który te usługi może wspierać”.

De-industrializacji Ameryki towarzyszy stagnacja, a nawet spadek średniej płacy realnej. Rosną rozpiętosci dochodów; kurczy klasa średnia. Znam przypadki gmin w Kalifornii, które traciły pięć tysięcy miejsc pracy w przemyśle lotniczym, a zyskiwały pięć i pół tysiąca w hotelach, motelach, barach szybkiej obsługi, domach starców, szkołach, i szpitalach. Poprawiały się wskaźniki bezrobocia, ale było to inne zatrudnienie. Prace tracili inżynierowie i mechanicy, którzy zarabiali średnio trzy-cztery razy tyle, co sprzątaczki, kucharze, pielęgniarki i salowe. Średnie zarobki w przemyśle amerykańskim są o 20%, a w budownictwie o 40% wyższe niż w całej gospodarce. Ale właśnie te dwa sektory najbardziej dziś cierpią.

Sektor usług nie funkcjonuje w próżni. W jakim stopniu zależy od przemysłu? Czy nie jest tak, że sukcesy przemysłu podnoszą standard życia, a to rodzi większy popyt na usługi? Jeśli tak, to co się stanie, gdy przemysł zacznie się ostro kurczyć?  Scenariusz, w którym przemysł stopniowo znika i nadchodzi era powszechnej szczęśliwości, i gdy każdy każdemu sprzedaje usługi, wygląda dość absurdalnie. Sytuację krajów z których przemysł stopniowo emigruje a jego miejsce zajmują usługi komplikuje fakt, że większości usług nie da się sprzedawać w skali międzynarodowej. Są oczywiście takie, którymi można handlować na odległość, jak choćby usługi finansowe, a nawet kształcenie, ale nie da rady sprzedać na odległość strzyżenia u fryzjera, reperacji cieknącego zlewu, czy kolacji w miejscowej knajpie.  Wprawdzie z bogatych krajów lata się do Tajlandii czy Brazylii aby poprawić nos lub powiększyć piersi, ale to drobna część usług medycznych i gdyś ktoś łapie grypę, albo wpada pod samochód, nie szuka pomocy w usługach medycznych z dala od siebie.

Póki co utrata dużej ilości miejsc w przemyśle prowadzi zwykle do polaryzacji dochodów. To oczywiście można łagodzić poprzez politykę redystrybucji, czyli poprzez podatki, ale częściej napotyka to opory niż entuzjazm.

Doświadczenia USA przeczą tezie, że kraj może się wyzbyć większości swej bazy przemysłowej i nadal kwitnąć, w sensie wzrostu stopy życiowej. 6 lat temu spytałem Miltona Friedmana o to, jakie sektory gospodarki spełniają następujące trzy warunki: 1. Tworzą wiele nowych miejsc pracy – (miałem na myśli miliony, a nie tysiące nowych posad w bankowości czy handlu nieruchomościami); 2. Płacą dobrze; 3. nie ulegają pokusie wędrówki za granice,  – bo tylko takie mogą zastąpić przemysł szukający wyższych zysków gdzie indziej. Profesor milczał przez dłuższą chwilę, po czym powiedział: „nic nie przychodzi mi w tej chwili do głowy, ale jestem przekonany, że takie sektory istnieją”.

Powtórzyłem to pytanie później innym wybitnym teoretykom ekonomii, bez satysfakcjonującej odpowiedzi. Jeśli taka odpowiedź się nie pojawi, rodzą się kolejne pytanie: Czy nieuchronnym skutkiem przemieszczania się przemysłu do krajów dysponujących wykwalifikowaną i znacznie dziś tańszą siłą roboczą będzie: a) obniżka standardu życia w tradycyjnie bogatych krajach uprzemysłowionych? ; b) nawrót do protekcjonizmu, w momencie, gdy ból społeczny w następstwie tego rodzaju transformacji przekroczy pewien próg, c) renesans polityki przemysłowej, rozumianej jako wspieranie przez państwo własnego przemysłu

Czy jeśli Zachód chce chronić swą dzisiejszą pozycję przed dalszą erozją, musi reanimować swój przemysł? A jeśli tak, to jak?  Czy gospodarka średniej wielkości państwa, takiego jak Polska, może na dłuższą metę dobrze sobie radzić polegając wyłącznie na imporcie dóbr materialnych jakich potrzebuje? Czy i na ile narodowym gospodarkom potrzebna jest baza przemysłowa?

Jeśli w ostatecznym rachunku wyższe dochody wynikają ze wzrostu wydajności pracy, ten zaś jest szybszy w przemyśle niż w usługach, to słabsza baza przemysłowa oznacza także wolniejszy wzrost wydajności pracy i wolniejszy wzrost dochodów.  Ponadto na dłuższą metę wzrost wydajności pracy i jej jakości w usługach też wymaga postępu w przemyśle. Usługi transportowe poprawiają się, gdy przemysł wytwarza szybsze pociągi i wygodniejsze samoloty, za bilety filmowe można żądać więcej, gdy nowa technologia produkcji pozwala na nowe efekty wizualne, usługa telefoniczna jest droższa, gdy lepszy mikroprocesor zwiększa funkcjonalność komórki.

A co z Europą? Utrzymanie własnego przemysłu jest widać ważne, skoro za jeden ze podstawowych celów Unia uznała „politykę przemysłową w dobie globalizacji”. Co to dokładnie znaczy, nie wiadomo. Strategia lizbońska stawiała za cele uczynić Unię światowym liderem innowacji i badań, i niewiele z tego wyszło. Unia jest dziś wciąż największym na świecie świecie producentem samochodów, a przemysł motoryzacyjny, używając słów Komisji, jest krytyczny dla prosperity Europy, ogromny pracodawca dla wykwalifikowanej siły roboczej, i największe prywatne źródło badań i rozwoju. Ponad 4 miliony ludzi pracują w Unii w przemyśle spożywczym. Bardzo ważna jest chemia i przemysł maszynowy.

Gigantyczna klapa gospodarki centralnie planowanej ugruntowała przekonanie, że im mniej państwa w gospodarce, tym lepiej.  Jeśli jednak rozpowszechni się podejrzenie że de-industrializacja to wątpliwa recepta na pomyślność, to dojść może do rehabilitacji polityki przemysłowej. To prawda, że większość pomysłów interwencji na rynku zrodzonych w rządowych gabinetach źle się kończyła, a cenę za eksperymenty płacił podatnik. Były to zwykle spóźnione i z gruntu chybione próby ratowania upadających sektorów lub firm – stalowni, stoczni, kopalni, czy zakładów włókienniczych. Więcej sensu ma wspieranie przez państwo nowych dziedzin, zwłaszcza wtedy, gdy sektor prywatny do tego się nie kwapi z powodu wysokiego ryzyka, choć i wtedy ścieżka usłana jest pułapkami. Po pierwsze, nie ma pewności, że rząd postawi na właściwego konia. Po drugie, jego działania mogą stać się łupem lobbistów.

Z dugiej strony, pamiętajmy, że bez wsparcia rządów nie byłoby Airbusa, że Pentagon był katalizatorem rozwoju Doliny Krzemowej, a przyłożył swą rękę także do zalążków Internetu, że południowo-koreański Pohang Iron & Steel Co., jedna a najbardziej wydajnych i trzecia co do wielkości firma hutnicza na świecie i Jebel Ali w Dubaju, jeden z największych i najlepszych portów na świecie – powstały dzięki środkom publicznym, że rząd wspierał brazylijski przemysł lotniczy, który produkuje znane nam Embraery.

Zdaniem Mario Montiego, byłego komisarza Unii Europejskiej do spraw konkurencji, Europa potrzebuje polityki przemysłowej, która 1 wspiera konkurencyjność i jednocześnie  pomaga sektorom odczującym ból globalizacji, albo które czeka przejście do gospodarki „zielonej” lub „cyfrowej”, 2. pozwala krajom członkowskim skupić się na wybranych sektorach rokujących szczególne nadzieje, takich jak energetyka, czy „czyste” pojazdy.

Ze zdrowej z gruntu maksymy, że im mniej rządu w gospodarce tym lepiej, nie należy czynić wszechobowiązującej cnoty. Gospodarce tylko na dobre wychodzi harmonijne współżycie rynku i sektora publicznego. Jeśli rząd zbyt się panoszy, zwykle zabija przedsiębiorczość i zniekształca sygnały rynkowe. Jeśli stoi ślepy i bezczynny, rynek nie ze wszystkim się upora i nie wszystkie pułapki ominie.  Wniosek: dogmaty nie wyszły na zdrowie komunizmowi i nierzadko szkodzą gospodarce rynkowej.

U nas, póki co, nie ubywa miejsc pracy w przemyśle. Póki co, jesteśmy bardziej beneficjentem, niż ofiarą wędrówki kapitału. Ale nie ma gwarancji, że taki stan rzeczy długo sie utrzyma. Im bardziej nam się poprawi, im wyższe będą nasze płace, tym większe rodzić to może pokusy, aby wynieść się z Polski w tereny, gdzie ludzie o podobnych kwalifikacjach są znacznie tańsi. Nie wiem jak się można skutecznie przed tym bronić inaczej niż podnosząc wydajność, i utrzymując w ryzach apetyty płacowe.

Andrzej Lubowski

 

 

Enhanced by Zemanta
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com