Anna Szczurak: Ciężar edukacji

Wraz z nadejściem pierwszego września w mediach pojawiły się wzmianki dotyczące e-podręczników. Książki zapisane w formie elektronicznej miałyby zostać zgromadzone w niewielkim czytniku, co odciążyłoby uczniowskie kręgosłupy. Bezrefleksyjny zachwyt nad tym pomysłem może pogłębić inny poważny problem, który trawi polskie szkolnictwo od lat.

Widok malca z plecakiem zasłaniającym połowę niewielkiej sylwetki nieraz budzi na ulicach naszą litość. Kwestia plecaka i jego zawartości zaczyna ocierać się o granicę absurdu, kiedy taki plecak umieści się na wadze. Często bowiem okazuje się, że dzieci dźwigają na zajęcia ciężar stanowiący nawet jedną trzecią ich masy. Problem, który noszą od lat na swoich barkach uczniowie, ciąży również ich rodzicom i wszystkim innym, wrażliwym na los młodych kręgosłupów. Dlatego minister edukacji Katarzyna Hall ma od pewnego czasu nową ambicję. Postanowiła zamienić podręczniki papierowe na ich wersję cyfrową. Dzięki temu zabiegowi dziesięciokilogramowym plecakom ubyłoby dziewięć i pół kilo, bo w towarzystwie kapci i drugiego śniadania, zamiast wielu ciężkich papierowych książek, znalazłby się tam jeden niepozorny czytnik elektroniczny. Minister zapewnia, że takie rozwiązanie ma wyłącznie zalety, a poza pozbyciem się problemu masywnych tornistrów, ulżyłoby również rodzicielskim portfelom, a także stałoby się kolejnym krokiem ku nowoczesności polskiej szkoły. Jeśli jednak zbyt łatwo ulegniemy euforii towarzyszącej wprowadzaniu tego typu zmian, możemy znieczulić się na inny poważny problem polskiego systemu oświaty, który  po wprowadzeniu e-podręczników, uzyska doskonałe podłoże do przybrania na sile.

Zanim uczniowie i nauczyciele zaczną przyzwyczajać się do obecności elektronicznych gadżetów na lekcjach, w szkołach powinna nastąpić rewolucja w kwestii tego jak – i czego – się uczy. Obecne metody nauczania są wciąż archaiczne; nie dlatego jednak, że uczniowie nie mają dostępu do elektronicznych nowinek, ale dlatego, że programy, skądinąd przeładowane, są od lat nastawione przede wszystkim na uczenie pamięciowe. Wciąż za mało pokazuje się młodym ludziom, jak samodzielnie myśleć i formułować wnioski. Na szkolnych zajęciach praca nad rozwojem wyobraźni i wrażliwości estetycznej kończy się na poziomie trzeciej klasy szkoły podstawowej, kiedy dziecko przestaje rysować szlaczki i grzybki, a lekcje muzyki zaczynają polegać wyłącznie na słuchaniu utworów i wykuwaniu “na blaszkę” życiorysów Chopina, czy Bacha. Koniec z mniej lub bardziej udolnym brzdąkaniem na instrumentach, koniec ze śpiewaniem piosenek. W ostatnich latach podstawówki, w gimnazjum i ogólnokształcącej szkole średniej, zajęcia praktyczne. oparte na idei uczenia się przez doświadczenie, pojawiają się w planach zajęć sporadycznie. Lekcje opierają się niemal wyłącznie na wiedzy zawartej w podręcznikach, skostniałej teorii, topornych regułkach, których kilka lat po zdaniu matury nikt już nie pamięta. Szkoły opuszczają młodzi ludzie ogłupieni ogromem wiedzy, ale nic niewiedzący. Przez lata przygotowywani wyłącznie do zaliczenia kolejnego egzaminu, zupełnie niegotowi na konfrontację z życiem, w którym rzeczywistość wymaga ciągłego stosowania twórczych rozwiązań.

W ostatnich miesiącach, skutki przeładowanego programu stały się dla nas wszystkich zauważalne, a wielu młodych ludzi odczuło je na własnej skórze.

 

Kiedy w czerwcu Polskę obiegła wiadomość o wyjątkowo słabych wynikach tegorocznych matur – wiceszef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, Mirosław Sawicki, wyraził zdziwienie taką koleją rzeczy, a szczególnie wynikami egzaminu z matematyki. Bo przecież nie było trudniej, niż w zeszłym roku, a rezultaty są znacznie gorsze. Przyczyny Sawicki dopatrywał się w błędach popełnionych w trakcie przygotowywania abiturientów. Jednak taki błąd może być jedynie powodem pośrednim, bo zaraz nasuwa się pytanie o jego źródło. Poza tym: czy to nauczyciele mają problem z przygotowaniem swoich podopiecznych, czy też sami uczniowie niewystarczająco przyłożyli się do nauki?

Prawdopodobnie nie istnieje zależność między rokiem zdawania, a poziomem zdawalności. Nawet jeśli kolejny egzamin z matematyki wypadnie lepiej niż poprzedni, niebezpieczeństwo słabych wyników będzie co roku takie samo. Odkąd bowiem matura stała się przepustką na wymarzone studia, abiturienci w przygotowanie do egzaminu dojrzałości wkładają mnóstwo energii, godząc naukę przedmiotów maturalnych z długą listą tych pozostałych. W zeszłym roku ministerstwo edukacji do obowiązkowych na maturze języka polskiego i obcego, dorzuciło matematykę. Królowa nauk okazała się oliwą, która dodana do kopcącego się od lat szkolnictwa, wywołała prawdziwy pożar.

Program przeładowany teorią to nie tylko problem szkół średnich. Stąd opasłość materiałów naukowych, które targają na swoich plecach dziesięciolatki. Niestety, fakt, że elektroniczne nośniki wiedzy nie przybierają na wadze od dodawania do ich zawartości kolejnych podręczników, może skłonić do bezmyślnego dorzucenia dodatkowej porcji wiedzy, uzasadnionego troską o wykształcenie najmłodszej części społeczeństwa. Jeśli więc ministerstwo edukacji, w porę nie wdroży zmian do aktualnego programu nauczania, okaże się, że e-podręczniki odciążając kręgosłupy, obciążyły głowy.

Wprowadzenie cyfrowych nośników do szkół to doskonały pomysł, pod warunkiem, że wcześniej ustali się zasady wyraźnie wskazujące, jak taka wirtualna nauka miałaby wyglądać. Jeżeli bowiem celem e-edukacji okaże się być wyłącznie odjęcie wagi plecakom i obecność nowych technologii w szkołach, a pomoce naukowe będą po prostu cyfrową kopią wersji papierowych, cały ten projekt okaże się klęską.

Elektroniczna rewolucja w szkolnictwie niesie ze sobą możliwości, których zmarnowanie, byłoby ogromną stratą. E-podręcznik niekoniecznie musi oznaczać tyle samo, co książka. Może być roboczą nazwą szeroko rozbudowanego, multimedialnego materiału naukowego, w którego skład wchodzą filmy, pliki mp3, wizualizacje, czy całe programy ułatwiające uczniom przyswajanie informacji. Dobrze przygotowane kompendium wiedzy, jest idealnym panaceum na takie bolączki dzisiejszej szkoły, jak deficyt zajęć plenerowych, czy brak doświadczeń na lekcjach fizyki, chemii i biologii, który tłumaczy się brakiem środków finansowych. Przedmioty dotąd kojarzone z nudą i mozolnym kuciem na pamięć, dzięki interaktywności, uaktywniłyby ucznia, ułatwiając przyswajanie wiedzy i uprzyjemniając czas spędzony na nauce. Nie od dziś bowiem wiadomo, że najskuteczniejsza forma nauki polega na zabawie i błędnym jest przekonanie, że zasada ta dotyczy wyłącznie dzieci. Dziecięca może natomiast okazać się naiwność, za sprawą której zbyt łatwo zachwycimy się pięknie brzmiącym rządowym pomysłem na e-edukację, zapominając o zbliżających się wyborach.

Anna Szczurak


Autorka niniejszego tekstu debiutuje na łamach “Studia Opinii”. Urodziła się w roku 1988 w Białymstoku, jest studentką studiów drugiego stopnia na kierunku filologia polska. Wcześniej ukończyła kulturoznawcze studia licencjackie. Interesuje się szeroko pojętą publicystyką kulturalną. Publikowała już swoje teksty na łamach prasy lokalnej.

Enhanced by Zemanta
Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Marcin Fedoruk 2011-09-23
  2. Ewa 2011-09-24
  3. elkaem 2011-09-28
  4. nauczyciel 2012-01-07
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com