Krzysztof Bielejewski: Orędzie, SAFE i prezydent, który chciał być wszystkim5 min czytania

()


12.03.2026

Wieczór w Polsce ma czasem w sobie coś z teatralnej premiery w prowincjonalnym teatrze. Kurtyna jeszcze nie poszła w górę, publiczność już siedzi w fotelach, ktoś chrząka, ktoś poprawia marynarkę, a wszyscy wiedzą, że za chwilę wydarzy się coś wielkiego – albo przynajmniej coś bardzo głośnego. Tego wieczoru cała Polska czekała na godzinę dwudziestą, jak dawniej czekało się na przemówienia generałów albo na wyniki totolotka. W Pałacu Prezydenckim zapowiedziano orędzie, a kiedy w Polsce zapowiada się orędzie, naród zawsze ma dwa odruchy: najpierw włącza telewizor, a potem wzdycha.

Siedziałem daleko od Warszawy, w Toronto, przy komputerze, ale czułem się jak widz w pierwszym rzędzie. Człowiek z wiekiem zaczyna mieć wyczucie pewnych rzeczy. Czuje w powietrzu zapach nadchodzącej katastrofy intelektualnej, tak jak marynarz czuje zbliżający się sztorm. W tym przypadku sztorm miał na imię SAFE, a jego kapitanem był prezydent Karol Nawrocki – człowiek, który od kilku miesięcy sprawia wrażenie, jakby został wybrany na głowę państwa, ale w głębi duszy marzył, żeby zostać jednocześnie premierem, parlamentem i może jeszcze ministrem finansów.

I oto pojawił się na ekranie. Mina poważna, głos nabrzmiały odpowiedzialnością, ton moralny jak u proboszcza przed niedzielnym kazaniem o grzechach cywilizacji zachodniej. Polska miała usłyszeć prawdę o mechanizmie SAFE, europejskim instrumencie finansowania bezpieczeństwa. W skrócie chodzi o potężne pieniądze na obronność, przemysł zbrojeniowy i infrastrukturę bezpieczeństwa – pieniądze, które mogłyby zasilić zakłady w Stalowej Woli, Hucie Stalowa Wola, Rosomaku czy Dezamecie, czyli w miejscach, gdzie wyborcy prawicy głosują z taką regularnością, z jaką bociany wracają do Polski na wiosnę.

Ale logika polityczna w Polsce jest czasem jak instrukcja obsługi rosyjskiego samowaru – niby coś tam działa, ale sensu szukać próżno.

Prezydent więc przemówił. A kiedy przemówił, okazało się, że wszystko jest dokładnie tak, jak można było przewidzieć. SAFE okazał się w jego ustach kredytem groźnym jak frank szwajcarski, zachodnim spiskiem bankierów, finansową pułapką na polskie dzieci i wnuki oraz – co zawsze robi wrażenie – potencjalnym zamachem na suwerenność Rzeczypospolitej.

Słuchałem tego z rosnącym zdumieniem, które po chwili przerodziło się w śmiech. Bo trzeba mieć w sobie szczególny rodzaj talentu, żeby z europejskiego programu wzmacniania obronności zrobić opowieść o narodowej katastrofie. To trochę tak, jakby ktoś dostał od sąsiada nową łopatę do gaszenia pożaru, a następnie ogłosił narodowi, że jest to niebezpieczny instrument imperializmu ogrodniczego.

Najpiękniejszy moment nastąpił jednak wtedy, gdy prezydent przypomniał światu o swoim genialnym pomyśle zwanym „polskim SAFE 0 procent”. Pomysł ten, jak wiele wielkich koncepcji w polskiej polityce, przypomina konstrukcję roweru zbudowanego z części od traktora i czajnika. Z jednej strony ma być bez kosztów, z drugiej strony opiera się na długu. Z jednej strony ma być narodowy, z drugiej strony finansowany z pieniędzy, których… jeszcze nie ma. Głównym źródłem mają być bowiem zyski Narodowego Banku Polskiego, które – jak wiadomo – istnieją obecnie głównie w sferze metafizyki.

Ekonomiści patrzą na ten projekt tak, jak weterynarz patrzy na trzygłowego kota: z mieszaniną ciekawości i przerażenia.

A jednak prezydent, z miną człowieka odkrywającego nowy kontynent, przedstawił tę konstrukcję narodowi jako alternatywę. SAFE europejski – zły. SAFE polski – dobry, bo polski. Logika znana z dzieciństwa: cudza czekolada podejrzana, własna bułka z masłem patriotyczna.

I wreszcie padły słowa, które wisiały w powietrzu od wielu dni.

Nie podpiszę.

Nie podpiszę ustawy o SAFE.

W tym jednym zdaniu zawarło się wszystko: polityka, teatr, manipulacja i drobna, bardzo polska złośliwość historii. Bo przecież wszyscy wiedzą – i wiedzą to również w Pałacu Prezydenckim – że program SAFE i tak będzie realizowany. Polska może korzystać z tych pieniędzy inną drogą, przez istniejące mechanizmy finansowania armii. Jedyną realną konsekwencją weta jest to, że część projektów przemysłowych i inwestycyjnych stanie się trudniejsza, wolniejsza albo mniej korzystna dla polskich firm.

Innymi słowy – prezydent nie zatrzymał programu.

On tylko sypnął trochę piasku w tryby.

Tak działa dziś polityka w wydaniu pewnej części polskiej prawicy. Nie chodzi o to, żeby coś zbudować. Chodzi o to, żeby ktoś inny nie zbudował tego pierwszy.

I dlatego patrząc na to wszystko z daleka, z mojego torontońskiego stołu, miałem przed oczami obraz dość groteskowy. Polska stoi na scenie historii jak rozsądny człowiek, który chce kupić nowy sprzęt przeciwpożarowy. A obok stoi prezydent, który macha rękami i krzyczy, że gaśnice są zdradą narodową.

I w tej scenie jest coś jednocześnie śmiesznego i smutnego. Bo państwo to nie jest szkolny teatrzyk. Państwo to maszyna, która musi działać nawet wtedy, gdy przy sterach stoi człowiek przekonany, że jest nie tylko prezydentem, ale także prorokiem finansów publicznych.

A historia – jak zawsze – zapisze to prościej.

Niektórym ludziom władza daje odpowiedzialność.

A kiedy odpowiedzialność okazuje się za ciężka, zostaje jeszcze patriotyczna retoryka, która działa jak lakier na rdzy – błyszczy w świetle kamer i rozpada się przy pierwszym dotknięciu rzeczywistości.

Innym daje tylko mikrofon.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. slawek 13.03.2026 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo