Marian Marzyński: Inny punkt widzenia (2)

2013-01-05.

Dalszy ciąg fragmentów mojej rozmowy z Grzegorzem Miecugowem w jego “Innym punkcie widzenia” (TVN24):

Zmuszono pana do wyjazdu z Polski?

Nie.

Podjął pan sam decyzje?

Tak. To jest jedna z mistyfikacji marcowej emigracji. Dla każdego z nas było to coś innego. Gdybym był 60-letnim działaczem komunistycznym, który całe swoje życie poświecił tej sprawie, i gdyby nazwano mnie „wrogiem ustroju”, a nie miałbym szans, żeby życie zacząć na nowo, na pewno czułbym się wygnany; dla tej grupy emigrantów były to osobiste tragedie. W moim przypadku chodziło o 32-letniego człowieka na szczycie swojej kariery telewizyjnej. Wyjechałem tuż po ostatnim “Turnieju miast”: Bolesławiec-Złotoryja, znało mnie pół Polski, oglądalność tych programów była olbrzymia. Wyjechałem, bo zobaczyłem koniec swoich możliwości twórczych. Zapytałem prezesa telewizji, czy mógłbym wrócić do pierwszej mojej serii telewizyjnej „Wszyscy jesteśmy sędziami”, w której konfrontowaliśmy wyroki socjalistycznych sądów ze społecznym poczuciem sprawiedliwości. Odpowiedział mi, że nie ma mowy. Wtedy opowiedziałem mu o innym pomyśle.  Nazywałby się „Miałeś jedno życie”. Przed kamera stanęliby ludzie tacy jak on, działacze komunistyczni, spotykając się w studio ze świadkami swojego życia, wspominając jego wzloty i upadki. Prezes zaśmiał się od ucha do ucha i jeszcze raz poparł mój pomysł wyjazdu, mimo zapewnienia, że dopóki on tam jest, będę miał w telewizji prace. Jego boss w KC, towarzysz Starewicz, miał powiedzieć, że nawet gdy żaden Żyd w telewizji nie zostanie, mnie nie wyrzucą, bo jestem stuprocentowym Polakiem, Na pożegnanie dyrektor programowy Łoziński, nie mógł zrozumieć, dlaczego wyjeżdżam i tak mi powiedział: „jesteś jedynym Żydem, jakiego znam, któremu mógłbym opowiedzieć antysemicki dowcip”. Na co odpowiedziałem mu, ze wyjeżdżam, bo nie chce być pomnikiem nieznanego Żyda.

Trafił pan do Stanów Zjednoczonych?

Tak. I tam doszedłem do wniosku, ze kultury nie można przenosić, ze polski reżyser filmowy nie ma prawa do zostania tym samym w Ameryce; to jest błąd, który zrobiło wielu twórców europejskich, nierozumiejących, że nie mogli przenieść tego czego nauczyli się w jednym kraju do drugiego. Trzeba się tej nowej kultury nauczyć, zapłacić „dues”, składki, Ja pojechałem do Ameryki, żeby uczyć filmu, wygrałem konkurs na wykładowcę w szkole sztuk pięknych w Providence, niedaleko Bostonu. Polska szkoła filmowa lat 60-tych miała tam swoja famę. Moje sześć lat uczenia filmu dało mi znajomość młodych Amerykanów, którzy zastąpili mi stracone polskie środowisko, od nich uczyłem się Ameryki.  Potem narodziłem się na nowo jako filmowiec wracając do Polski w roku 1981, żeby nakręcić dokument o „Solidarności” i o swoim przeżyciu getta warszawskiego, o kraju na historycznym zakręcie. Film był sukcesem w amerykańskiej telewizji publicznej, obejrzało go 10 milionów widzów. Był to również nowy styl dokumentu, nieznany jeszcze wtedy w Stanach: esej filmowy, opowieść osobista filmowca. Stanąłem przed kamerą, z moim akcentem, zostałem amerykańskim autorem filmowym. Od tamtego czasu zrobiłem 25 takich godzinnych filmów, z których w ostatnim “Nigdy nie zapomnij kłamać” wracam do dramatu mojego dzieciństwa.

Co pan pamięta?

Z samego getta niewiele, ale sporo zaczynając od ucieczki na stronę aryjską, w 1942 roku: dorożka, szmalcownicy, komisariat granatowej policji, chowanie się w różnych mieszkaniach w Warszawie, chrzest, próba samobójstwa z matką, podrzucenie mnie na ulicy, gospodyni księdza jako moja opiekunka, sierociniec księży, głęboka wiara katolicka, odnalezienie mnie po wojnie przez matkę, której nie poznałem.

Bał się pan, jako dziecko?

Straciłem rodziców, wiedziałem, że jestem Żydem i ze nie wolno mi się do tego przyznać, że mam się ukrywać i kłamać nie wiedząc, co to była druga wojna światowa i kto to był Hitler; bylem nieszczęśliwy, jako dziecko, Gdy opowiadam o tym swojej córce, nie może sobie ona wyobrazić tragedii oddania nieznanym ludziom swojego 5-letniego chłopca.

Jest rok 1989, upada ten ustrój, z którego pan uciekł. Nie miał pan takiej myśli, żeby tu wrócić?

Wrócić, nigdy. Ludzie, tak jak wyjeżdżali z różnych powodów, z różnych wracają, niektórzy dlatego, że ich przeszczep emigracyjny się nie udał. Ja widzę swoje życie jako ruch postępowy. Moja żona mówi, że tylko rak chodzi do tylu. Polska jest dla mnie coraz bardziej atrakcyjnym miejscem, czuje się tu dobrze, ale jest to jednak powrót do ławki szkolnej, w której się siedziało jako dzieciak. W myślach jest to sentymentalne, a jest też strach, że taki powrót zredukuje człowieka do przeszłości, a chciałoby się ciągle iść naprzód. Jest to również strata kapitału zainwestowanego w nowe społeczeństwo, w którym wychowaliśmy dwoje dzieci. Poza tym my Polskę mamy w domu; oglądając w Bostonie pana programy otoczony jestem światkami, kolekcjonowanymi przez nas w latach sześćdziesiątych, które jeździły z nami od Warszawy przez Kopenhagę do Providence, Chicago i do Bostonu.  Dziś to nie jest już problem gdzie się mieszka, dzięki rewolucji elektronicznej powstaje nowe życie wirtualne..

A jak przestanie już być pan aktywny i zacznie się pan przyglądać światu z dystansem?

To w Szwajcarii, w górach. Miewam różne myśli na ten temat. Z drugiej strony, chciałbym być w jakimś głośnym miejscu, żeby zagłuszyć samotność, na przykład w Paryżu albo w Nowym Jorku. Nie wiem jeszcze gdzie, ale w każdym razie nie w Polsce.  W moim filmie „Powrót statku” stary człowiek na pokładzie „Batorego” mówi, że wraca do Polski jak słoń, który gdy jest stary – kładzie się w miejscu, gdzie się urodził i tam umiera. W tym momencie, w warszawskim kinie “Atlantyk”, ktoś zaczął szlochać. Ale to była inna epoka.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Krzysztof Łoziński 2013-01-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com