Andrzej Lubowski: Czarodziej z teflonu

Najgłośniejszy dyplomata drugiej połowy XX wieku ma na swym wizerunku dużo trudnych do wywabienia plam

Gdy Henry Alfred Kissinger został Sekretarzem Stanu USA, reporterzy pytali, jak się do niego zwracać: “Panie Sekretarzu” czy “Doktorze Sekretarzu”. Odpowiedział bez namysłu: „Nie przywiązuję dużej wagi do protokołu. Jeśli chcecie mówić do mnie “Ekscelencjo”, nie mam nic przeciwko temu.”

Na wielkim bankiecie w Waszyngtonie ktoś podchodszedł do niego ze słowami „Doktorze Kissinger, chcę Panu podziękować za zbawienie świata”. „Bardzo proszę” – odpowiedział.

Choć pokojowego Nobla dostał za czteroletnie negocjacje, które doprowadziły do przerwania ognia między USA i Demokratyczną Republiką Wietnamu, to za swój największy sukces uznaje rozpoczęcie dialogu z komunistycznymi Chinami. Przygotował wizytę prezydenta Nixona i spotkanie z legendarnym Mao Zedongiem. Media uznały ją za wydarzenie epokowe. Nixon publicznie określał ją jako „tydzień, który zmienił świat.”.

Wiosną 2011 wyszła książka Kissingera „On China” i z miejsca weszła na listę bestsellerów. Nie są to ani wspomnienia, ani monografia, ani autobiografia, a raczej wariacje na temat Chin, od wczesnej historii po dzień dzisiejszy.  Nie ma wątpliwości, co, czy kto fascynuje autora: „Na czele nowej dynastii, która wylała się ze wsi, aby przejąć miasta stał gigant – Mao Zedong.” Kissinger opisuje scenę, kiedy Nixon komplementował Mao z powodu transformacji starej cywilizacji, na co Mao odpowiedział: „Nie byłem w stanie jej zmienić. Udało mi się to tylko w kilku miejscach w okolicach Pekinu.”

Kissinger pisze o fali głodu, jaką przyniosły rządy Mao, ocenia liczbę ofiar na „ponad 20 milionów”, (większość źródeł naukowych mówi o liczbie dwukrotnie większej), nie wspomina o skali zniszczeń rewolucji kulturalnej, które kosztowały Chiny dodatkowe 10 milionów ludzi i spustoszenie moralne, natomiast twierdzi że: “Jeśli Chiny pozostaną zjednoczone i wyłonią się jako supermocarstwo 21 wieku” to wielu Chińczyków może ocenić Mao tak, jak oceniają wczesnego cesarza Qin Shi, „którego ekscesy niektórzy uznali później za zło konieczne”

Omawiając książkę w „Financial Timesie”, Chris Patten, ostatni brytyjski gubernator Hong-Kongu, a dziś kanclerz uniwersytetu w Oksfordzie, podkreśla, że w swej fascynacji Mao Kissinger prześlizguje się nad rozmiarami terroru i okrucieństwa jego rządów. .

„On China” Kissingera to kolejny element promocji własnego wizerunku i o zabiegów o własne miejsce w historii. Miejsca dla wituoza autoreklamy i manipulacji, którego styl dyplomacji zwracał zawsze więcej uwagi na pryncypałów niż na pryncypia.

W Izraelu krążył dowcip: Kissinger zostaje swatem i powiada biednemu chłopu, że znalazł świetną żonę dla jego syna. „Nigdy nie wtrącam się w życie prywatne syna” – mówi chłop. „Ale dziewczyna jest córką lorda Rotszylda” – mówi Kissinger. „A, w takim razie…” – mówi chłop.

Kissinger idzie do Rotszylda i powiada, że znalazł idealnego męża dla jego córki. „Ale ona jest za młoda” – protestuje lord. „Ale chłopak jest wiceprezydentem Banku Światowego” – ripostuje Kissinger. „A, w takim razie…”.

Kissinger odwiedza więc prezydenta Banku Światowego: „Mam dla ciebie świetnego wiceprezydenta”. „Ale my nie potrzebujemy żadnego” – słyszy. „Ale to jest zięć lorda Rotszylda…”.

Itzchak Rabin powiedział kiedyś: „Kissinger miał metternichowski sposób mówienia wyłącznie półprawd. Nie kłamał. Straciłby wiarygodność. Nie mówił całej prawdy”. Simon Peres powiedział Rabinowi: „Przy całym należnym szacunku dla Kissingera, jest to najbardziej pokrętny człowiek, jakiego spotkałem”.

Hans Morgenthau, którego Kissinger nazywa swym nauczycielem i przyjacielem, czołowy wyznawca „realistycznego” podejścia do polityki zagranicznej, oddzielania moralności zwykłego człowieka od moralności męża stanu, mówił kiedyś o stylu Kissingera: „Henry ma zdumiewający dar przeistaczania się w każdej stolicy, do której przybywa, w jej przyjaciela i promotora. Taki sposób dyplomacji początkowo działa, ale niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy kraje mają dobre stosunki i rozmawiają ze sobą”.

Mały Heinz – Wielki Henry

Ucieleśnienie amerykańskiego marzenia – imigrant, który zaczyna od zera i zyskuje wszystko: sławę, władzę, zaszczyty, pieniądze. Henry Kissinger rozpoczął życie w 1923 roku jako Heinz, dziecko ortodoksyjnej żydowskiej rodziny w bawarskim miasteczku Furth, niedaleko Norymbergii. Ojciec był nauczycielem, matka gospodynią domową. Gdy rodzina w 1938 roku uciekła z Niemiec przed Hitlerem i osiadła w Nowym Jorku, przekraczając granicę USA Heinz stał się Henrym.

Rodzina wynajęła małe mieszkanie w dzielnicy Washington Heights, bliżej Bronxu, niż hndlowego centrum miasta. Fakt, że Henry nie znał angielskiego nie miało specjalnego znaczenia, bo w w sąsiedztwie było takich nowych uciekinierów z Niemiec wielu.  Później mówił, że wbrew temu co pisze się w książkach, on nie cierpiał, a jeśli, to najwyżej ciasnotę. Cierpiał natomiast ojciec, który stracił nie tylko zawód i prestiż społeczny, ale także ojcowską pozycję chlebodawcy. Teraz, jako buchalter, nie był w stanie utrzymać rodziny.  Henry musiał zarabiać. Za dnia pracował w fabryce pędzli do golenia. Wieczorami chodził do szkoły. Gdy ją skończył, zapisał się do City College of New York, solidnej uczelni, wówczas przystani dla młodych inteligentnych żydowskich imigrantów. Marzyła mu się kariera księgowego, więc studiował rachunkowość, nie rozstając się z pracą w fabryce.

Studia przerwało w 1943 roku powołanie do wojska. Został właśnie obywatelem USA i z blisko trzema tysiącami studentów wysłano go na ćwiczenia, a potem włączono do 84. Dywizji Piechoty stacjonującej w Luizjanie. Jednym z instruktorów był Fritz Kraemer, 35-letni niemiecki skrajnie prawicowy luteranin, dla którego Hitler był zbyt lewicowy; uciekł więc napierw do Włoch, a następnie do Ameryki. Kraemer miał doktoraty z prawa i nauk politycznych, dostrzegł intelektualny potencjał w Kissingerze i stał się jego pierwszym mentorem. Zaszczepił w młodym Henrym konserwatyzm, przywiązanie do porządku, szacunek dla arystokracji i nieufność wobec demokracji. Przekonał go, by nie wracał do dawnej uczelni, bo dla prawdziwych dżentelmenów liczy się tylko Harvard.

Kissinger walczył w Ardenach na przełomie 1944 i 1945 roku. Najpierw był tłumaczem. Później kolejno w Krefeld, w Hanowerze i w Hesji jego zadaniem było tropienie oficerów Gestapo i innych sabotażystów. W 1946 roku wysłano go, już w cywilu, jako instruktora do Europejskiej Szkoły Wywiadu gdzie uczył amerykańskich oficerów najnowszej historii Niemiec.

„Zawsze wybiorę porządek”

Po powrocie do Ameryki poszedł, jak radził Kraemer, na Harvard. I tam rozkwitł. W 1950 roku skończył studia I stopnia (Bachelor of Arts), w 1952 zrobił magisterium, potem zabrał się za doktorat. Zajął się dyplomacją XIX-wiecznej Europy, w której po upadku Napoleona utwierdziła się wiara, że wielkie państwa nie stać na stałych przyjaciół i trwałe zasady. I przyjaciół, i zasady wyrzuca się za burtę, gdy wymagają tego interesy. Nikt nie rozumiał tego lepieji nie artykułował zgrabniej, niż książę Metternich, szef dyplomacji Cesarstwa Austriackiego. I to jemu głównie poświęcił Kissinger swój doktorat.. Metternich zasłynął ze zręcznego dławienia wszelkich ruchów zagrażających istniejącemu porządkowi. Kissinger pokazywał w swej rozprawie (1954), że celem nadrzędnym dyplomacji powinna być stabilizacja, a tej nie służą moralne ani ideologiczne krucjaty.

Takie były fundamenty jego filozofii Realpolitik. O swych preferencjach powiedział kiedyś Johnowi Stoessingerowi, koledze z Harvardu, parafrazując Goethego: „Gdybym miał wybierać między sprawiedliwością i nieporządkiem z jednej strony, i niesprawiedliwością i porządkiem z drugiej, zawsze wybiorę to drugie”.

***

Na Harvardzie znalazł kolejne opiekuńcze skrzydła – profesora Williama Yandella Elliota. Historyk, doradca sześciu amerykańskich prezydentów, Elliott stworzył w 1951 roku Harvard International Seminar, letnie seminarium, którego kierownictwo oddał Kissingerowi. Uczestnikami byli rokujący wielkie nadzieje młodzi liderzy z całego świata, którym wpajano tu wiedzę i… sympatię do Ameryki. Wielu z nich zostało z czasem premierami, prezesami banków, wielkich instytucji medialnych. Absolwentami byli tacy ludzie, jak Pierre Trudeau, później premier Kanady, Yasuhiro Nakasone, premier Japonii, Valery Giscard d’Estaing, prezydent Francji. Młody Kissinger nawiązał kontakty, które w przyszłości hojnie procentowały.

Zakompleksiony imigrant – Kissinger nigdy nie pozbył się ciężkiego bawarskiego akcentu, bo jako nastolatkowi brakowało mu śmiałości, by rozmawiać z anglojęzycznymi rówieśnikami – uwierzył nie tylko w to, że świat stoi przed nim otworem, ale także – że należy mu się więcej i nie chce czekać osiem lat, jak inni, na profesurę. Powiedział McGeorge’owi Bundy’emu – dziekanowi Harvardu, późniejszemu doradcy prezydentów Kennedy’ego i Johnsona ds. bezpieczeństwa narodowego – że liczy na szybką ścieżkę awansu. Bundy z uśmiechem mianował Kissingera zastępcą dyrektora nowego Center for International Affairs.

W książce która, niespodziewanie, przyniosła mu pierwszy duży sukces poza światem akademickim, Kissinger mówił o niebezpieczeństwie nadmiernego polegania na masowym odwecie w przypadku ataku nuklearnego. Proponował „ograniczoną wojnę nuklearną”, która niekoniecznie prowadzi do masowej destrukcji. Był przeciwny temu, aby USA zyskały druzgocącą przewagę nad ZSRR, bo uważał, że zakłoci to równowagę sił potrzebną w dobie nuklearnej. Wracał do Metternicha, i swego doktoratu w którym pisał: „Poszukiwanie przez jedno mocarstwo absolutnego bezpieczeństwa równa się absolutnemu niebezpieczeństwu dla wszystkich innych.” Przypominał, że Rzymianie rzucili się do ucieczki gdy po raz pierwszy stanęli oko w oko ze słoniami Hannibala nie dlatego, że słonie były szczególnie skuteczne, ale dlatego, że Rzymianie nie przypuszczali, że się z nimi kiedykolwiek zmierzą. Dlatego Ameryka potrzebuje doktryny, którą ją uodporni na niespodzianki.

Nietuzinkowy naukowiec z Harvardu, z niemieckim barytonem, który grzebie się w doktrynach wojny nuklearnej i ma do powiedzenia coś nietypowego, przykuwa uwagę Nelsona Rockefellera, multimilionera o wielkich politycznych ambicjach, znacznie wykraczających poza to, co wcześniej oferowali mu Roosevelt, Truman i Eisenhower. Rockefeller otwiera Kissingerowi drzwi do osobistych kontaktów z najważniejszymi i najbogatszymi w Ameryce, mianuje dyrektorem sponsorowanego przez siebie programu mającego zdefiniować krytyczne dylematy Stanów Zjednoczonych.

Mija kilka lat i Kissinger ograniczoną wojnę nuklearną uznaje za nierealną, wraca do doktryny broni konwencjonalnych, użycie broni atomowej rezerwuje jako ostatnią deskę ratunku, ale jego argumentacja jest tak solidna i jej autor tak pewien swoich racji, że wolta w niczym mu nie szkodzi – co więcej, umacnia reputację błyskotliwego stratega.

Od 1962 roku ma stanowisko profesora na Harvardzie. Na pół etatu doradza Rockefellerowi, który zostaje gubernatorem stanu Nowy Jork. Wprawdzie to Republikanin, a Kissinger zarejestrował się jako Demokrata, ale barwy klubowe Henry traktuje swobodnie. Pracując dla gubernatora, przyjmuje jednocześnie skromną rolę konsultanta w administracji demokratycznego prezydenta Johna F. Kennedy’ego.

W 1965 roku po raz pierwszy z bliska ogląda konflikt w Wietnamie w charakterze konsultanta ambasadora USA. Wojna jest dopiero we wstępnej fazie i teoretycznie można przyhamować tempo amerykańskiej interwencji. Kissinger pesymistycznie ocenia perspektywy Ameryki, ale deklaruje poparcie dla wojny. Uważa, że nie można jej wygrać, ale nie można się wycofać, więc trzeba negocjować drogę trzecią. Jaką i jak – nie mówi. Minie kilka lat i wojna przestanie być dla niego teorią.

Kłamca naturalny//Trucizny Nixona

W 1968 roku prezydent-elekt Richard Nixon nieoczekiwanie oferuje mu stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Praktycznie się nie znają, Kissinger pracował dla konkurenta, jakim był Rockefeller, i nie ukrywał niechęci wobec Nixona. ale oferta oznacza spełnienie marzeń. Wynosi go na najwyższe szczeble władzy i sławy. Uwalnia wreszcie od mentorów. Henry staje się wyłącznym architektem własnej kariery.

Rodzą się partnerstwo w którym Nixon dostarcza władzy, a Kissinger intelektu. Na posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego Nixon z odrobiną dumy oznajmia: „Henry, czy przedstawisz nam teraz nasze opcje?”, po czym zagłębia się w fotelu i słucha, jak Kissinger zamienia się w profesora. A profesor szybko nabiera pewności siebie.  Arogancję lagodzi humorem, często wymierzonym w niego samego. W kilka miesięcy po objęciu urzędu: mówi „w przyszłym tygodniu nie może dojść do żadnego kryzysu. Mój kalendarz jest wypełniony.”  Gdy jeden z członków administracji nazywa go “egotystycznym maniakiem”, Kissinger komentuje: „zabrało mi 18 lat, zanim wszyscy stali się mi niechętni na Harvardzie. W Waszyngtonie osiągnąłem to w 18 miesięcy.” Kiedy indziej: „To co jest bezprawne, robimy natychmiast. To co się kłóci z Konstytucją, zabiera nieco więcej czasu.”

Poniosło go w rozmowie z włoską dziennikarką, Orianą Fallaci, w której chwali Nixona przede wszystkim za to, że to właśnie jego wybrał na doradcę. I gdy oznajmia, że uwielbia “działać w pojedynkę”.a Amerykanie kochają samotnego kowboja, który zjawia się na koniu we właściwym czasie i robi co trzeba. Kissinger jako bohater westernu jest odrobinę komiczny, ale Nixona ani trochę wywiad nie ubawił.  W Białym Domu określono go jako szczyt megalomanii. Kissinger uznał ten wywiad za błąd. Wiele lat później przyznał: „Zrobiłem to głównie z próżności. Ona rozmawiała z czołowymi osobistościami świata. Sława była dla mnie wystarczającą nowością, aby czuć się połechtanym jej towarzystwem. Nie zadałem sobie trudu, aby przeczytać co napisała wcześniej: jej chirurgiczne wyłupywanie oczu innym ofiarom było mi nieznane”. Kiedy indziej uderzył się w piersi: „mam pierwszej klasy mózg i trzeciej klasy intuicję, gdy idzie o ludzi”.

Wiele lat później, w pamiętnikach „Lata w Białym Domu” Kissinger powie: „We współczesnej Ameryce, władza coraz częściej grawituje do tych, których cechuje obsesyjne pragnienie, aby ją zdobyć”. Ma na myśli innych, lecz słowa świetnie oddają jego własną obsesję władzy. To jemu przypisuje się słowa, że władza to najlepszy afrodyzjak. Jako nowa gwiazda polityki pokazuje się bez ustanku z aktorkami i aktoreczkami i z radościa przyjmuje etykietkę playboya. We wspomnieniach tworzy wrażenie, że Nixon wybrał go bez czyichkolwiek podszeptów, choć w rzeczywistości Kissinger na rozmaite sposoby zabiegał o nominację. Mówi o tym obszernie w swoich pamiętnikach sam Nixon, sugerując, że Kissinger grał na dwie strony: oferował Demokratom informacje z obozu Republikanów i na odwrót.

Nixon dostrzegł w profesorze z Harvardu pokrewną duszę. Mimo wielu różnic obaj uważali, że wokół nich spiskują i najlepszą na to bronią jest konspiracja. Lawrence Eagleburger, wieloletni współpracownik Kissingera, przez krótki czas sekretarz stanu w gabinecie Busha seniora, powiedział, że prezydent i jego doradca cierpieli na paranoję, obawiali się siebie nawzajem, ale jednocześnie działali wspólnie wobec ludzi postrzeganych jako wspólnych wrogów.

Nixon podsłuchiwał i przyjaciół i adwersarzy, nagrywał rozmowy, co ostatecznie przypieczętowało jego los. Kissinger niewiele się od szefa różnił. Był pod wrażeniem pragmatyzmu Nixona, lecz obawiał się, że prezydentowi brakowało finezji, aby samemu podejmować skomplikowane decyzje. Nie wierząc Nixonowi zainstalował system nagrywania lub monitorowania przez swych asystentów wszystkich rozmów telefonicznych z prezydentem. Czasem wychylał się ze swego biura, aby zobaczyć, kto z personelu przysłuchiwał się rozmowie i pytał: „Czy nie jest to najgorsza rzecz jaką słyszałeś w swoim życiu?”

Bob Woodward i Carl Bernstein, dziennikarze „Washington Post” którzy odkryli aferę Watergate twierdzą, że Kissinger nagrywał nie tylko rozmowy z Nixonem, ale nawet niektóre z pogaduszek z obecną żoną, wówczas Nancy Maginnes.  Jego sekretarki przypominały mu potem na przykład o nadchodzącej kolacji towarzyskiej. John Ehrlichman, doradca prezydenta ds. polityki wewnętrznej, który za udział w aferze Watergate wylądował w więzieniu, kiedyś głośno zastanawiał się, czy Kissinger nie wymaga opieki psychiatrycznej.

Wymagał czy nie, Kissinger ma niewątpliwe zasługi w ograniczeniu wpływu afery Watergate na amerykańską politykę zagraniczną. Gdy zgorzkniały i przygnębiony Nixon bił się z myślami samobójczymi, Kissinger negocjował z Sowietami i latał na Bliski Wschód, jakby nigdy nic. Gdy Prezydent nie był w stanie zapanować nad swymi emocjami zwrócił się ku Kissingerowi, a nie ku bliższym sobie ludziom. Zachowały się dramatyczne sceny z Białego Domu, gdy mocno podpity i użalający się nad swym losem Nixon mówi Kissingerowi, że zamierza zrezygnować z urzędu, pyta, czy historia oceni go lepiej niż współcześni, i zaczyna szlochać. Wcielając się w rolę ojca Kissinger pociesza Nixona, że będą go wspominać jako architekta pokoju. Nixon klęka. Kissinger czuje, że nie bardzo ma wybór, więc także klęka. Prezydent modli się na głos, prosi o pomoc, odpoczynek, pokój i miłość. Kissinger sądzi, że Nixon skończył, ale prezydent nie wstaje. Płacze, wali pięścią w dywan. Kissinger bierze go w ramiona, próbuje uspokoić. Wyczerpany wraca do swego biura, gdy dzwoni telefon. To znów Nixon. Zgodnie ze zwyczajem, Larry Eagleburger, asystent Kissingera podnosi drugą słuchawkę. Pijany Nixon mamrocze. Eagleburger odkłada słuchawkę. Prezydent błaga Kissingera: “Henry, proszę Cię, nigdy nikomu nie powiedz, że płakałem i nie byłem silny.”

Fakt, że Kissinger nie spełnił tej prośby specjalnie nie dziwi, zważywszy co naprawdę myślał o swym szefie.

Richard Nixon wygrał wybory, obiecując, że ma tajny plan zakończenia wojny w Wietnamie. Gdy znalazł się w Białym Domu, Ameryka już w tej wojnie straciła 30 tys. 610 ludzi. Sześć lat później obietnica „honorowego pokoju” oznaczała okupację Sajgonu przez komunistów i 58 tys. 202 zabitych po stronie Ameryki. Wcześniej były tajne bombardowania Kambodży i Laosu. Oczywiście, nie były tajne dla ludności tych krajów ginącej w nalotach, ale dzięki Nixonowi i Kissingerowi pozostały przez lata tajne dla milionów Amerykanów, w imieniu których i za pieniądze których bomby te spadały.

W rozmowie telefonicznej ze swym zastępcą, generałem Alexandrem Haigiem, Kissinger mówi 1970 roku: „On (Nixon) chce masowych bombardowań Kambodży. I nie chce o tym słyszeć. To rozkaz, do wykonania. Wszystko co fruwa, na wszystko co się rusza”..

Zapytany, jak bombardowania Północnego Wietnamu wpłynęły na motywy rządu w Hanoi, aby usiąść do stołu negocjacji Kissinger uchylił się od odpowiedzi mówiąc: mam za dużo kłopotów z analizą własnych motywów.

Obserwatorów poczynań Kissingera uderza zdumiewająca mieszanka błyskotliwego umysłu i niespożytej energii z niepohamowanym oportunizmem, nienasyconą ambicją i infantylną niemal próżnością. Jego bliski współpracownik Helmut Sonnefeld powiedział kiedyś: „Kissinger kłamie nie dlatego, że jest to w jego interesie, ale dlatego, że leży to w jego naturze”.

Najwspanialszy człowiek świata

Mimo to Kissingera otaczała powszechna adoracja. Media jadły mu z ręki niczym gołębie. Towarzyszyła mu zawsze gromadka wiernych dziennikarzy, których karmił informacjami. Nie wszyscy i nie do wszystkiego, rzecz jasna, mieli dostęp. Najbardziej uprzywilejowani nie krępowali się stawiać Kissingerowi pomników, a nawet twierdzić, że to właściwie on rządzi światem. Henry znakomicie rozumiał siłę pochlebstwa. W mariażu z manipulacją czyniła cuda.  Kissinger siada naprzeciwko ciebie, mówi ci to, co jego zdaniem chciałbyś usłyszeć, i pyta, co o tym sądzisz. Jak tu nie być połechtanym? Wspomina jeden ze świadków procederu. W czasie wojny w Wietnamie, Joseph Alsop, znany komentator o jastrzębich sympatiach słyszał od Kissingera, że Hanoi rozumie tylko siłę, a liberalny James Reston, że Kissinger próbuje hamować jastrzębie z Pentagonu.

Gdy jedni porównują go do Churchilla czy de Gaulle’a, inni oskarżają o cyniczną brutalność A jeden z byłych rywali w rządzie określa działania Kissingera tak: część to teatr, a reszta to fikcja.Tom Wicker z „New York Times’a” napisał, że Kissinger traktował prasę amerykańską jak chłopca na posyłki. Choć część mediów była świadoma, że Kissinger traktuje je instrumentalnie, to jednak dała się uwieść. Po części dlatego, że stał się on globalną gwiazdą. 21 razy figurował na okładce tygodnika „Time”, w 1973 roku w sondażu Gallupa zajął pierwsze miejsce na liście najbardziej szanowanych Amerykanów. Uczestniczki konkursu Miss Universe w głosowaniu uznały go za „najwspanialszego człowieka na świecie”. Louis Keren, z londyńskiego Times’a tłumaczył tę magię tak: świat, zarówno Wschód jak i Zachód, tęskni za Supermanem. Tę rolę Kissingerowi niejako narzucono, chociaż przyjął ją bez oporów

Wielki PR

To, co przychylne mu media przedstawiały jako historyczne sukcesy i dowody kunsztu politycznego, dopiero z czasem doczeka się głębszej analizy. Ciągnące się latami negocjacje z Północnym Wietnamem, które przyniosły Kissingerowi w 1973 roku Pokojową Nagrodę Nobla, otaczała starannie kultywowana sekretna aura, choć komunistyczny rząd w Hanoi (Wietnam Płn.) publicznie przedstawił wcześniej swe stanowisko i uparcie się go trzymał. Komunistom chodziło o wycofanie wojsk amerykańskich, z zachowaniem ich armii na Południu. Innymi słowy – o to, by USA faktycznie skapitulowały, zdradzając wieloletniego sojusznika, jakim był rząd w Seulu. Do tego w końcu doszło i to właśnie Kissinger zdołał przedstawić jako triumf.

W negocjacjach z Chinami Nixon i Kissinger tak się uwikłali w tajemnice, że szefowie dyplomacji Pakistanu, Rumunii i ZSRR wiedzieli o amerykańskiej inicjatywie, ale nie wiedział o niej Departament Stanu USA. Po wizycie Nixona w Chinach i on, i Kissinger wypinali dumnie piersi. Prezydenta gryzła, nie bez powodu, obawa, czy aby Henry nie zbiera więcej laurów.

W nastroju wiktorii zawieruszyło się gdzieś pytanie, co na tym wygrała Ameryka. Nixon miał nadzieję, że Chiny pomogą mu wygrzebać się z Wietnamu; Chiny – że Ameryka przestanie bronić Tajwanu. Ale duet Nixon-Kissinger był zbyt ostrożny, by cokolwiek konkretnego załatwić.

Gdy afera Watergate zmusiła Nixona do rezygnacji, Fordowi nie przyszło nawet do głowy, żeby rozstać się z Kissingerem. Henry był przecież bardziej popularny niż ktokolwiek inny. Poza tym, prowadził przez ponad pięć lat dyplomację jednoosobowo, więc zastąpić go nie było łatwo.

W końcu 1974 roku Kissinger znów poleciał do Pekinu, tym razem z liczną świtą: ze świeżo poślubioną drugą żoną Nancy Maginnes (z poprzednią, Ann Fleischer, pobrali się w 1949 roku i rozwiedli w 1964), dziećmi z pierwszego małżeństwa Elizabeth i Dawidem oraz młodym DonaldemRumsfeldem. Mieli być świadkami dyplomatycznego triumfu.

Kissinger dopiero co wrócił z Władywostku, gdzie towarzyszył Fordowi w rozmowach rozbrojeniowych z Breżniewem. Ale z miejsca zaczęło pachnieć fiaskiem. Wybór Władywostoku na spotkanie z władcą Kremla był błędem, bo miasto położone 70 km od granicy chińskiej należało wcześniej do Chin, a stało się bazą sowieckiej floty Pacyfiku. Sama nazwa – Władi Wostok, władza nad Wschodem – źle się Chińczykom kojarzyła. W miejsce ciężko chorego premiera Zhou naprzeciwko siebie Kissinger miał Deng Xiao-pinga. Miejsce wyszukanych paryskich manier i dyplomatycznych niuansów zajęły twarde argumenty, nieprzejednane stanowisko i od czasu do czasu sięganie po spluwaczkę. Deng naciskał – co z Tajwanem? Henry się bronił, że Ameryka nie może się nagle odciąć od partnera, z którym była tak długo związana. Denga sentymenty nie interesowały. Zrobił Kissingerowi wykład: Związek Radziecki – powiedział – jest silniejszy militarnie niż Ameryka i Europa razem wzięte. Moskwie brakuje zboża, a jej przemysł jest zapóźniony i dlatego, w wypadku wojny, Sowieci długo nie zdzierżą. Ale nie rozumiem, powiedział – po co wam Helsinki, ta cała konferencja Europejskiego Niebezpieczeństwa (tak nazwał Konferencje Bezpieczeństwa i Współpracy). To pachniało mu Monachium, powiedział, żywcem wzięte z 1938 roku. Wtedy Europejczycy założyli sobie klapki na oczy. A przecież mieliśmy wspólnie kastrować Niedźwiedzia Polarnego. Jeśli chcemy zademonstrować światu, że między Ameryką i Chinami doszło do prawdziwego zbliżenia – powiedział Deng – to do Pekinu powinien przyjechać szef Pentagonu, James Schlesinger. To był dla Kissingera podwójny cios. Po pierwsze, Schlesinger był krytykiem detente w rozumieniu Kissingera, uważał, że Ameryka jest zbyt ustępliwa wobec Moskwy. Po drugie, samo jego zaproszenie kwestionowało pozycję Kissingera. Aby nie wrócić z pustymi rękoma, Kissinger zdołał wydusić od Denga zaproszenie Forda do Pekinu.

Warunki, jakie postawił chiński przywódca, były twarde: zerwanie stosunków z Tajwanem, wycofanie z wyspy wojsk amerykańskich, anulowanie traktatu o wzajemnej obronie. Kissinger zgodził się na wszystko, choć wiedział, że to nie do przyjęcia. I to nie on, ale Brzeziński i Carter doprowadzili cztery lata później do normalizacji stosunków Ameryki z Chinami. Tyle że genialny PR Kissingera zdołał stworzyć w Ameryce wrażenie, że otwarcie z Chinami to jego dzieło.

Mąż stanu do wynajęcia

Z siodła wielkiej polityki wysadziła Kissingera u szczytu sławy porażka prezydenta Forda w batali z Jimmy’m Carterem. Miejsce architekta polityki zagranicznej Ameryki zajął inny naturalizowany Amerykanin, Zbigniew Brzeziński.

Media nie oparły się pokusie analogii między Kissingerem i Brzezińskim. Kolejny profesor (tym razem z Columbii) z wyraźnym akcentem (polskim) ściągnięty do Waszyngtonu, aby stworzyć globalną strategię dla nowego głównodowodzącego. Dwaj imigranci ze środka Europy. Jeden musiał stamtąd uciekać, drugi nie mógł tam wrócić. Drogę do niezwykłej kariery zaczęli w tym samym miejscu, na Harvardzie. Potem poszli innymi ścieżkami, aby trafić w to samo miejsce – do Białego Domu. I tu kończą się podobieństwa, a zaczynają różnice.

Kissinger cedzi słowa, jakby ich mozolnie szukał w zakamarkach pamięci, a potem z rozkoszą przeżuwa. Brzeziński strzela nimi jak z karabinu maszynowego, dawno załadowanego i czekającego tylko na naciśnięcie spustu. Jeden owija wszystko misternie w bawełnę, drugi wali prosto z mostu. Brzeziński chciał świat zmieniać, hamować mocarstwowe aspiracje Kremla, bo wiedział że nie mają granic. Spotykał się z dysydentami, wspierał Wolną Europę i Radio Swoboda. Kissinger chciał zaklepać panujący porządek, dogadać się z oponentem, podzielić strefy wpływów i nie zaglądać sobie nawzajem pod kołdrę. Rozmawiać tylko z tymi, co się liczą. Nie tracić czasu na słabszych. Dlatego nie znalazł go dla Aleksandra Sołżenicyna, co wypominał mu ostro Ronald Reagan.

Ford obiecał, że tak długo jak będzie prezydentem, Kissinger będzie sekretarzem stanu. Sam Kissinger nie miał ochoty rezygnować z przywilejów władzy. Rozmawiając z przyjaciółmi na pokładzie „swego” Boeinga 707, zauważył kiedyś: „Jaki uniwersytet dałby mi taki samolot?”

Po przegranych wyborach wrócił do Nowego Jorku, rzucił się w wir życia towarzyskiego w otoczeniu bogatych i sławnych i zabrał się na serio za zarabianie dużych pieniędzy, jako „mąż stanu do wynajęcia”. Stworzył firmę o Kissinger Associates, która do dziś sprzedaje rady, pomaga zrozumieć świat, ale przede wszystkim otwiera drzwi, ułatwia kontakty. Sukces przerósł najśmielsze oczekiwania. Wśród klientów znalazły się największe korporacje Ameryki, a już dwadzieścia lat temu roczne dochody przekroczyły 10 mln dolarów.

Wielu opadła szczęka, gdy w listopadzie 2002 roku prezydent George W. Bush wybrał Kissingera na przewodniczącego niezależnej komisji Kongresu do spraw zbadania niedostatków w systemie bezpieczeństwa państwa, które umożliwiły atak terrorystyczny na Amerykę 11 września 2001. Mark Shield, znany komentator telewizyjny, napisał wówczas, że to to tak, jakby księciu Drakuli powierzyć nadzór nad bankiem krwi.

Zdaniem Administracji Kissinger nie musiał ujawnić listy klientów swej firmy. Innego zdania był Congressional Research Service , think-tank finansowany przez podatników. Z Kissingerem spotkała się także grupa rodzin ofiar zamachu 11 września.  Padło wówczas pytanie, czy na liście klientów nie ma kogoś o nazwisku ben Laden. Kissinger rozlał kawę i omal nie spadł z sofy, na której siedział. Wśród jego klientów jest co najmniej jedna firma naftowa, która była zaangażowana w plany budowy rurociągu w Afganistanie, a szereg korporacji ze znacznymi inwestycjami w Arabii Saudyjskiej płaci mu co najmniej ćwierć miliona rocznie. W tej sytuacji Kissinger szybko zrezygnował z członkowstwa w Komisji, gdyż, jak stwierdził, rodziło to groźbę konfliktu interesów z działalnością Kissinger Associates.

Demon i cynik

Za Kissingerem od lat ciągnie się długi łańcuch kontrowersji. Krytykuje się, wręcz potępia, rolę, jaką odegrał w upadku lewicowego rządu Salvadora Allende w Chile. Przeciwstawiał się aktywnie dopuszczeniu Allendego do objęcia urzędu. „Nie rozumiem – mówił – dlaczego mamy pozwolić, aby kraj stał się marksistowski tylko dlatego, że jego obywatele są nieodpowiedzialni”. Za jego aprobatą CIA wspierała masowe antyrządowe strajki w 1972 i 1973 roku. W końcu, jak wiadomo, Allende zginął w wyniku krwawego wojskowego zamachu stanu. Kissinger zaprzecza jakiejkowiek odpowiedzialności za zamach, twierdząc, że Augusto Pinochet nie konsultował z Waszyngtonem swych planów.

Kontrowersje dotyczą także tzw. Operacji Condor – kampanii represji politycznych, łącznie z morderstwami, przeciwko socjalistom i komunistom, prowadzonej w 1975 roku w Argentynie, Chile, Urugwaju, Paragwaju, Boliwii i Brazylii. Akcje te były ściśle tajne, brak dokładnych danych na temat liczby ofiar, ale szacuje się ją na minimum 60 tys. Nie istnieją żadne niezbite dowody, że Kissinger wiedział czy aprobował te działania, ale ponieważ Stany Zjednoczone wiedziały o nich, stąd zarzuty i próby dociekania prawdy.

W 1976 roku Kissinger zrezygnował z wysłania listu do władz Chile ostrzegającego przed zamachami politycznymi. We wrześniu 1976 w zamachu bombowym w Waszyngtonie zginął Orlando Letelier, w rządach Allende kolejno minister spraw zagranicznych, wewnętrznych i obrony, po zamachu wojskowym torturowany w obozie koncentracyjnym. Kissinger uchylał się od wezwań organów śledczych Francji, Hiszpanii, Chile i Argentyny w kwestii Operacji Condor. Rodzina generała Rene Schneidera, byłego dowódcy chilijskich sił zbrojnych, złożyła w sądzie w Waszyngtonie pozew przeciwko Kissingerowi, twierdząc, że wydał on zgodę na morderstwo generała, bo odmówił on udziału w puczu Pinocheta.

W 2002 roku Christopher Hitchens opublikował książkę pod tytułem „The Trial of Henry Kissinger” (Proces Henry Kissingera) z tezą, że Kissinger to zbrodniarz wojenny i gdyby nie to, że był szefem amerykańskiej dyplomacji i gdyby nie jego świetne koneksje, podzieliłby los Slobodana Milosevica i trafił przed trybunał w Hadze. Hitchens przypomina nie tylko Chile, Laos, Kambodżę, Wietnam, ale także krwawą inwazję Wschodniego Timoru dokonaną w 1975 roku przez Indonezję za wyraźnym przyzwoleniem Kissingera (i prezydenta Forda).

W tym roku ujawniono treść kolejnych taśm z archiwum Nixona. Po spotkaniu Nixona i Kissingera z Goldą Meir w 1973 roku, gdy premier Izraela prosiła o pomoc dla sowieckich Żydów, Henry powiedział do prezydenta: „Emigracja Żydów ze Związku Radzieckiego nie jest celem amerykańskiej polityki zagranicznej. I jeśli wsadzą Żydów do komór gazowych w Związku Radzieckim, nie jest to sprawa Ameryki. Może kwestia humanitarna”.

Kwestionuje się także koncepcje Kissingera wyrażane po odejściu z rządu. W 1989 roku wpadł na pomysł, który doczekał się etykietki „Jałta II”. Chodziło z grubsza o tajny układ z Kremlem, na mocy którego Moskwa zezwoliłaby na liberalizację w Europie Wschodniej w zamian za obietnicę Ameryki, że nie wykorzysta tego przeciwko Kremlowi – np. nie będzie próbowała wyłuskać krajów satelickich z Układu Warszawskiego.

Pomysłem tym Kissinger podzielił się z Michaiłem Gorbaczowem. Ostatni gensek uznał go za księżycowy, bo ZSRR już się słaniał na ostatnich nogach, ale zważywszy na osobę pomysłodawcy, szukał drugiego dna. W Departamencie Stanu ekspert ds. spraw sowieckich wyraził to treściwie: „Po co kupować coś, co historia daje ci za darmo?”.

Kissinger tylko przez osiem lat szeptał do ucha lokatorów Białego Domu, lecz głębokie korzenie zapuścił mit, że przez całe dziesięciolecia to on był naczelnym architektem świata. Mechanizm tej fatamorgany był prosty i genialnie zarazem przewrotny. Niczym orszak za monarchą podążała za nim bezustannie kawalkada kamer, fleszy i dziennikarzy zauroczonych i chętnych do produkcji hymnów pochwalnych. A gdy znikał tajemniczo, co czasem praktykował, ekscytacja tylko rosła. Co za nowy majstersztyk szykuje ludzkości Henry?

Mimo rewolucyjnych zmian na świecie od czasu, gdy Heinz zmienił się w Henry’ego, Kissinger zdaje się niewzruszony w przekonaniu o nadrzędności porządku i interesu nad uniwersalnymi wartościami humanistycznymi.

Andrzej Lubowski

Tekst był publikowany z niewielkimi skrótami w “Gazecie Wyborczej”

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com