Marian Marzyński: L’Chaim! („To Life”) – 5

2013-01-23.

Moją ucieczkę z getta zorganizowali przyjaciele ojca, socjaliści z aryjskiej strony.  Przyszła do nas do getta kobieta, której nazwiska nigdy nie poznaliśmy. Ojciec dał jej odziedziczony po swoich rodzicach złoty zegarek, aby w razie potrzeby przeznaczyła go na łapówkę.

Moje pierwsze wyraźne wspomnienie 5-letniego dziecka: po przejściu  na aryjska stronę Warszawy zatrzymują nas szmalcownicy. Broniąc się przed nimi, kobieta podchodzi do granatowego policjanta prosząc, żeby nas zaaresztował i sprawdził,   czy jesteśmy Żydami. Zamawia dorożkę, którą wspólnie z policjantem odjeżdżamy do komisariatu.  W dorożce, moja przewodniczka knebluje mi usta. Bo krzyczę: „ja chce do getta, ja chcę do mamy”. W komisariacie zegarek dostaje komisarz policji, który wypuszcza nas z aresztu, tuż przed godziną policyjną. Biegniemy do mieszkania cioci Frani, siostry mamy, którą ukrywa jej aryjski mąż.

Tydzień później matka ucieka z getta przez budynek sądów na Lesznie, do którego  można było wejść od strony żydowskiej, a wyjść na stronę aryjska. Nasz kuzyn, policjant żydowski, wprowadza ją do sądu udając, że  otrzymała wezwanie.  Wujek Oleś, mąż cioci Frani, czeka na nią w środku, i przeprowadza  na drugą stronę. Po wyjściu z sądów zatrzymują  ich szmalcownicy.  Moj wujek, świetnie znający niemiecki, udaje agenta gestapo mówiąc im, ze moja matka nie jest Żydówką., A jeżeli nie wierzą, to niech pójdą z nim do budynku gestapo w Alei Szucha. Dochodząc tam, wujek Oleś zostawia matkę na ulicy, a sam udaje, że wchodzi do biura przepustek, Widząc to, przestraszeni szmalcownicy-kryminaliści uciekają. Po stronie aryjskiej matka znajduje  pracę służącej w tym domu u pary nauczycieli- alkoholików, dla których musi zdobywać środki do życia, sprzedając na targu pieczywo.

Z matką mieszkać nie mogłem.  Jej chlebodawcy nigdy by mnie nie zaakceptowali. Ona była blondynką o niebieskich oczach, mój żydowski wygląd był niebezpieczny dla nas obojga.  Matka umieszczała mnie przy rodzinach, którym za każdy dzień mojego pobytu trzeba było płacić. Miała trochę złota i platyny,   po moim dziadku dentyście.  Wystarczyło tego na ukrycie mnie w kilkunastu różnych miejscach;  w żadnym z nich nie bylem dłużej niż tydzień. Gdy bawiąc się na podwórku z innymi dziećmi, usłyszałem jak któryś z sąsiadów powiedział: „nie znam nikogo z ich rodziny z takim wyglądem”, musiałem znikać.

Skończyły się pieniądze, zostaliśmy z matką bezdomnymi. Dnie spędzaliśmy w warszawskich kościołach, a noce na podłogach różnych sklepów   po ich zamknięciu. Gdy zatrzasnęły się wszystkie  drzwi, matka pojechała windą na ostatnie piętro jednej z eleganckich warszawskich kamienic na Mokotowskiej.  Otworzyła okno  z zamiarem, że zabierze mnie ze sobą. Nie starczyło jej odwagi.

Teraz jedynym rozwiązaniem było porzucić mnie na ulicy, abym stracił tożsamość. Swoim wyglądem mógłbym przypominać dziecko cygańskie. Ktoś polecił znajomego, pracującego w opiece społecznej, która umieszczała bezdomne dzieci w sierocińcach. Matka przyprowadziła mnie na podwórko domu, gdzie znajdowało się biuro Rady Głównej Opiekuńczej. Pewien człowiek miał mnie rozpoznać po tabliczce, która matka powiesiła mi na szyi: „Nazywam się Maryś, moi rodzice nie żyją”. Dala mi moją ulubioną bułkę posypaną cukrem i obserwowała jak wchodzę na  podwórko. Bała się, że wrócę. Stałem jednak spokojnie i czekałem.   Podszedł do mnie pijany mężczyzna i zabrał do swojej piwnicy.  Był to dozorca tej kamienicy , mieszkający w biedzie, z piątką dzieci.  Mnie upatrzył sobie na swoje szóste.  Człowiek z opieki społecznej zadzwonił do matki i powiedział, że na podwórku mnie nie znalazł.  Jej plan się zawalił.  Straciła mnie.

Dozorca rzucał się z siekierą po pijanemu na swoją żonę, ja bylem jedynym, który potrafił go rozbroić. Po paru tygodniach dozorca zaczął zadawać mi pytania, na które nie powinienem  był odpowiadać. Kim jestem? Gdzie są moi krewni?  Podałem mu parę adresów, pod którymi ukrywałem się wcześniej  w Warszawie i tam mnie zaprowadził. Wystraszeni ludzie mówili, że mnie nie znają.  Ale pewna kobieta wpuściła mnie  i zadzwoniła do matki,   która w ten sposób dowiedziała się, że żyję.  Nazywała się Krysia Baranowa. Przed wojna pracowała z moim ojcem w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Krysia obiecała mojemu ojcu, ze zrobi wszystko, aby uratować życie jego jedynego syna. Ostatni raz widziałem ją 30 lat temu. Taka nakręciłem scenę:

– Maryś! Ty jesteś – słuchaj – spojrzenie, budowa, oczy… Wszystko jak ojciec. 

Pamiętam ten balkon. Stałem tu kiedyś, gdy ktoś przechodzący ulica  nazwał mnie Żydem. „Tak”, odpowiedziałem, „jestem Żydem, zabierzcie mnie z powrotem  do getta”.

Matka Krysi sprowadziła księdza, który w tym pokoju ochrzcił mnie i moją matkę. Otrzymaliśmy dwie fałszywe metryki: nazywaliśmy się Marian Koczyrski i Zofia Marianna Różańska. Po chrzcie matka Krysi objęła moja matkę i powiedziała: „Bronko, strasznie się cieszę, że już nie śmierdzisz Żydem.”  Po latach próbowałem tłumaczyć matce, że były to słowa sympatii i otuchy, ale dla niej było to bolesne i takie pozostało do końca jej życia.

– Powiedz mi, czy ty kochasz trochę tę Polskę? Czy ją już zapomniałeś?
– Ale dlaczego mam ja…? Dlaczego każdy ciągle  jest  pod podejrzeniem, że  nie kocha  Polski?
– Głuptasie…
– Powiedz mi, dlaczego ciągle to nierozsądne pytanie: czy kochasz Polskę?
– Rozsądne, rozsądne!
– Wiesz, kogo się kocha? Krysię, Basię, Zosię, matkę, kocha się ludzi.  Powiedz mi, co to jest  Polska? Bo ja nie wiem. Wiesz, kto mówi o Polsce?  Najwięcej  nacjonaliści,   rządy, które  chcą utrzymywać ludzi w  dyscyplinie. Ja kocham ludzi. Każdy człowiek, który ukrył mnie nawet przez jeden dzień, był cudownym człowiekiem, bo mógł albo powiedzieć nie, albo  wydać mnie Niemcom. Powiedz mi, dlaczego wyście to wszystko robili?
– A gdybym ja się znalazła w takiej sytuacji, czy ja mogłabym pytać drugiego człowieka,  to jest ludzki obowiązek i nie róbmy z obowiązku cnoty, synu kochany. Kiedy giną ludzie,  czy nie  jest   obowiązkiem drugiego człowieka wyciągnąć rękę i podać mu ją?

Krysia przyprowadziła mnie do domu na Krakowskim Przedmieściu, tuż przy wejściu do Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie mieszkał ksiądz Józef Kamiński, kapelan kościoła Świętego Rocha. Jego gosposia, Antonina Kaczorowska, chciała zaopiekować się wojenną sierotą.  Kościelna metryka miała świadczyć, że nie jestem Żydem.  Niedługo potem, ksiądz i  jego gospodyni,   odkryli prawdę, ale zatrzymali mnie i postanowili zrobić ze mnie chrześcijańskie dziecko, Ksiądz był moim pierwszym nauczycielem religii, a ja jego dobrym uczniem.

Zza firanki  obserwowałem  niemieckich oficerów spacerujących  pod jego oknami. Podnosząc rękę,  robiłem znak krzyża świętego, błogosławiąc zło.  5- letni orędownik  pokoju. Udający, że czyni cuda.

Pani Antosia stała się moją ciocią.  Po raz ostatni widziałem ją , gdy odwiedzałem  Polskę w  1981 roku. Opowiedziała mi, jak kiedyś w kościele św. Marcina w Warszawie   miała  widzenie.  Najświętsza Maria Panna poleciła jej zaopiekować się  małym chłopcem. Ostatni  raz rozmawialiśmy o tym 30 lat temu. Taka rozmowę zarejestrowała moja kamera:

– Bardzo się modliłam, gdy  powiedziała mi to  Matka Boża… Dobrze, ja się nim zaopiekuje..
– Mną?
– Tak.
– I uważała pani, że to o mnie chodzi?
– Tak.

Zaoferowałem jej pisemne świadectwo, aby mogła otrzymać medal sprawiedliwych wśród narodów świata.  Odmówiła jednak, mówiąc, że była to sprawa osobista, między nią a Bogiem.

Marian Marzyński

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Walter Chełstowski 2013-01-23
  2. jotbe_x 2013-01-24
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com