Alina Kwapisz-Kulińska: Zszywki nie płoną

2013-01-24. Miesiąc po śmierci AJW.

Aleksander Jerzy Wieczorkowski w „Po prostu”

Wspomnienie o współpracy Aleksandra J. Wieczorkowskiego z „Po prostu” powinien opisać Ryszard Turski, ostatni redaktor naczelny tego tygodnika. Pisma legendarnego, które znikało z historii dwa razy. Raz za sprawą decyzji PZPR i Władysława Gomułki, pierwszego sekretarza partii, która nie mogła dopuścić do żadnych reform i nie wahała się zlikwidować tytuł, który do nich nawoływał, a protesty zastopować milicyjną pałką. Drugi raz – po wznowieniu już w wolnej Polsce, w III RP. AJW towarzyszył pismu, zamieszczając w nim świetne poważne artykuły, właściwie eseje, i nieliczne, niestety, felietony, w których celował i z których był znany najbardziej. Choroba nie pozwala Ryszardowi opowiedzieć o tej drodze. Zastąpię go ja, jako skromny świadek historii.

Aleksandra J. Wieczorkowskiego chcę przypomnieć tak, jak go poznałam. Był to krótki okres wychodzenia tygodnika, wznowionego po roku 1989.

Krótko o tym szczególnym piśmie

Spotkałam się z kilkoma błędnymi zdaniami na temat tej drugiej edycji. Wedle jednego, przekazywanego ustnie, wyszły zaledwie cztery numery. W rzeczywistości ukazało się sześćdziesiąt. Według drugiego, niestety opublikowanego w książce o prasie po 1989, wydawanie pisma miało być szczodrze podsypane dolarami. Autorowi (J. Dziedzic) najwyraźniej się pomyliło ze „Spotkaniami” M. Iłowieckiego. W rzeczywistości „Po prostu” żyło tylko z mizernych złotówek, pochodzących ze sprzedaży egzemplarzowej.

Tygodnik o znamienitym tytule, wciąż wówczas żywych tradycjach, odtworzony i stworzony zarazem na nowo, w wyniku starań zasłużonych członków legendarnego zespołu, w tym Stefana Bratkowskiego, ale głównie Ryszarda Turskiego, ukazywał się od lutego 1990 do kwietnia roku 1991. Wydawanie pisma, swoją drogą, warto będzie kiedyś opisać. To była partyzantka, nie biznes. Może dlatego łatwiej było zachować niezależność? Choć, z drugiej strony, na pewno łatwo było paść. Ostatni numer „Po prostu”, czyli 60., ukazał się z datą 4–11 kwietnia 1991. Był w nim świetny tekst Aleksandra J. Wieczorkowskiego. Żegnał pismo. Teraz dostrzegam, że tak, jak żegnał w którymś z felietonów zasłużoną audycję radiową, w której brał udział: „Muzykę i aktualności”. Szło nowe. Inne. Ale czy lepsze?

Pierwszy tekst pana Aleksandra – wszyscy przechodziliśmy wtedy na „ty”, ale nie wiem, czy tę formę by podtrzymał, nie zdążyłam Go o to spytać – ukazał się w 7. numerze „Po prostu”. Pamiętam jego pierwszą wizytę w redakcji, u Rysia Turskiego, w jednym skromnym pokoiku przy ul. Kruczej, kątem przy jakimś urzędzie. Przystojny pan, o ujmującym sposobie bycia, elegancki w angielskim stylu, przyniósł maszynopis, entuzjastycznie przyjęty. A trzeba wiedzieć, że komputery nie pozostawały wtedy w powszechnym użyciu. Maszynopis był już wyższą szkołą techniki. Niektórzy bowiem przynosili teksty w rękopisach. Zanosiło się je do przepisywania pani maszynistce, mieszkającej przy Opaczewskiej. No i stamtąd odbierało. Tyle kolorytu.

Przytoczę zdanie, które rówieśnikom pana Aleksandra nie było obce. „Rękopisy nie płoną”, pocieszał się Michaił Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”. Zszywki nie płoną, na dowód została gruba zszywka „Po prostu”. W niej pierwszy z tekstów, podpisanych Aleksander J. Wieczorkowski. Miał tytuł 

„Leczenie paranoi”.

Znajdziemy w nim wszystkie cechy jego tekstów: inteligencję, błyskotliwość, paradoks i prowokację oraz mówienie wprost. Nawiasem, te cechy pamiętam z felietonów, które ogłaszał w latach 80. w „Przeglądzie Technicznym” jako Sylwester Thim. W „Po prostu” mógł pisać pod swoim nazwiskiem, choć zdaje się jest kilka krótkich, złośliwych tekścików, ogłaszanych pod pseudonimem.

Na poważnie pisał o naszych polskich biedach. O zagrożeniach. Oto cytaty z tego tekstu o polskiej paranoi i możliwościach jej leczenia. Aktualne czy przebrzmiałe?

„… Sowietyzm zostawił nam w spadku mentalność, ów swoisty zespól anomii, której oparły się jedynie jednostki. Gdyby anomią dotknięci byli tylko członkowie establishmentu, gdyby stopień skażenia paranoją był uzależniony od przynależności partyjnej i pozycji w hierarchii władzy – sprawa byłaby prosta. Niestety, wszyscy żyliśmy w bagnie i nikt nie uchronił w stopniu stuprocentowym swych płuc przed działaniem metanu.

Tym metanem sowietyzmu jest świadoma lub podświadoma niewiara w skuteczność działania według jednych i tych samych norm i kryteriów. Polak nie czuje się podmiotem swojego losu. Doświadczenie nauczyło go, że jest igraszką, przedmiotem w sieci działających nań sił, których kierunek i natężenie są nieodgadnione.

(…) Polakowi odebrano podstawę normalnej, w sensie biologicznym, egzystencji organizmu żywego; podstawę, jaką jest przekonanie, że określone zachowanie najczęściej prowadzi do określonego skutku”.

Czyż to nie pokutuje w Polakach do dziś? Czyż nie z tego wywodzi się osławione pytanie „Panie premierze, jak żyć?”. Niektórzy wciąż oczekują na nie odpowiedzi, a i są inni, gotowi jej rodakom udzielić. Jako premierzy. Aleksander Wieczorkowski w swojej publicystyce przed nimi przestrzegał. Tropił ich bezbłędnie. A opisywał bez taryfy ulgowej.

Kolejny tekst z numeru 8. ma wiele mówiący tytuł 

„Ani prawica, ani lewica”.

Opisuje fałsz nazewniczy i metodologiczny, jakiemu – począwszy od punktu zero, czyli od wybuchu wolności po wyborach z VI 1989 – uległa polska scena polityczna. Tekst traktuje o tym, co Autor dostrzega, a co chyba i dzisiaj pokutuje:

„…widzę wielkie materii pomieszanie. Poglądy z kategorii etycznych, światopoglądowych, politycznych, społecznych i ekonomicznych, wspominki historyczne wreszcie, są dokładnie wymieszane, nie widać próby usystematyzowania, wprowadzenia jakiegoś ładu metodologicznego i logicznego”.

Dalej w tekście Autor podaje pytania podstawowe. Odpowiedź na nie pozwala wskazać, kto jest z prawa, kto z lewa. Oto jedno z pytań i odpowiedź na nie:

„5. Czy cel uświęca środki?

Nie – odpowiada lewica, w żadnym wypadku!!! Sama obrana droga świadczy o wartości celu i niejako go może uświęcić! Tak – odpowiada prawica. Jeśli przymus jest jedyną drogą wyprowadzenia narodu z chaosu, jaki sam wytworzył, to trzeba błądzących wziąć silną ręką za cugle, aby nie spadli w przepaść”.

A konkluzja?

„… Stwierdzam, że dla człowieka myślącego samodeklaracja jakiegoś działacza politycznego, że jest lewicowy, czy prawicowy – bardzo mało znaczy. Po przeżyciu faszyzmu i komuny osobiście, lub przynajmniej dzięki poznaniu niefałszowanej historii i prawdziwej literaturze, całościowe, jednobarwne ideologie mają znikomą siłę przyciągającą. Absolutyzm w podstawach etycznych i sceptycyzm wobec wszelkich prawd objawionych świeckiego autoramentu – oto co świadomej większości naszego społeczeństwa zda się najbardziej odpowiadać.

Komunizm, prócz rozlicznych nieszczęść, ma jedną, niezaprzeczalną zasługę: skompromitował wszelką ideologię społeczną, która by obiecywała stworzyć nowy wspaniały świat. (…)

Żądamy systemu samoregulującego się zgodnie z wbudowaną weń siecią homeostatów. Chcemy, aby system ów obsługiwali, jako nasza władza, ludzie przyzwoici – w tym sensie starym, konserwatywnym. Ludzie uczciwi, prawi, spolegliwi, pozbawieni owych charakterystycznych dla epoki ideologii cech przywódczych: samouwielbienia, przekonania o swej nieomylności, pychy. Ludzie, którzy w zależności od sytuacji społeczno-ekonomicznej będą raz trochę na lewo, raz – na prawo, ale też trochę, mądrze oscylując wokół centrum. Czymże jest Centrum? To miejsce bez demagogii, bez obietnic, bez pustosłowia, oratorstwa i retoryki. To sprawne zarządzanie, po ludzku, fachowo i rzetelnie. Utopia?!”

Tekst był pisany w określonym kontekście historycznym. Dzisiaj kontekst się zmienił. Ale na pewne pytania odpowiedzi pozostają takie same.

Zmianami w postkomunistycznej świadomości kulturalnej zajął się Aleksander J. Wieczorkowski w tekście zatytułowanym:

„Długie bolesne przebudzenie”.

Zarysowuje w nim, jak sam nazywa, „repetytorium z komunistycznej kultury” (w jego ujęciu jest właściwie antykulturą), aby zakończyć obrazowo tak:

„W komunistycznej kulturze jedną z najważniejszych kategorii był diabeł. On to, przybierając postać najrozmaitszą, jednostkową lub grupową – przeszkadzał w zbudowaniu świetlanej przyszłości. Diabłem byli m.in. kułacy, reakcjoniści, Mikołajczyk, Hupka i Czaja, rewizjoniści, dogmatycy, syjoniści, warchoły, KOR-wcy, siły międzynarodowej reakcji, Kuroń i Modzelewski, komandosi, taternicy, pisarze, studenci, kler, imperializm amerykański, partyjne struktury poziome, w końcu – Solidarność. Diabłami na czas krótki stali się, niewątpliwie ku własnemu zdumieniu – Gierek, Jaroszewicz i Maciej Szczepański.

A dalej, jakże aktualnie, proroczo wręcz:

„Nie powinno zatem budzić zdziwienia, ze dla wychowanków kultury komunistycznej diabły nadał brużdżą. Dla jednych będą to stare, dobrze już zużyte przez komunę diabły syjonizmu, czyli po prostu – Żydzi i masoni. Dla innych – przeciwnicy krzyża w koronie, nauki religii w szkołach i uznania Polaka-katolika za najwyższy stwór dobrego Pana Boga. (…)

Wszędzie, gdzie dostrzeżemy uproszczoną wizję świata i odgórne podziały na białe-czarne, jak również obietnicę, że prostym cięciem można wszystko zmienić na lepsze – tam zwycięstwo za grobem komunistycznej kultury! Tam manifestuje się pogarda dla jednostki, dla osoby ludzkiej, którą widzi się jedynie jako nosicielkę funkcji, którą spełnia w mrowisku. Tam kwitnie zamiast sprawiedliwości opartej na prawie – sprawiedliwość społeczna będąca niczym innym jak bezprawiem w imię wyższych, ponadprawnych racji. Gdziekolwiek domaga się odpowiedzialności zbiorowej, której zakres i formę określa prokurator, tam – witaj komuno!”

I znowu mocne słowa, niestety, wciąż i wciąż aktualne:

„Można się było spodziewać, że wystarczającą odtrutką na kulturę komunistyczną stanie się kultura chrześcijańska, oswobodzona z totalitarnych więzów (…). Niestety (…) Nasz powszechny katolicyzm okazał się zdominowany przez ducha Torquemady i Savonaroli, nie zaś Kazania na Górze. (…) Stąd przykry widok posła, który powołując się na swój chrześcijański światopogląd zaczyna używać krzyża niby młotka…”.

Te gorzkie oceny – a potem miało być znacznie gorzej, aż po dziś – pan Aleksander pisał deklarując się jako „katolik, sam grzeszny i pełen winy”.

Z bloku tekstów, mniejszych i większych, jakie zamieścił w „Po prostu”, zaznaczę jeszcze ważki głos w sprawie odradzającego się wówczas w pełnej krasie antysemityzmu. Tekst za długi, aby go cytować, znakomicie charakteryzuje polski fenomen – antysemityzmu bez Żydów. Ma tytuł: „Antysemityzm – próba diagnozy”, mieści go 30. nr „Po prostu” z 6 września 1990. W „Studiu Opinii” zamierzamy go przytoczyć w całości.

Nie cytuję tu także tekstów doraźnych, odpowiadających na sprawy związane z bieżącą wówczas polityką. Są i o OKP, i o Lechu Wałęsie, i o instrumentalnym posługiwaniu się wartościami chrześcijańskimi (zbitka, która wtedy rozpoczęła smutną karierę). Jakkolwiek w każdym z nich, nawet szybko pisanych, na potrzeby chwili, znajdziemy myśl głębszą, ponadczasową. Obok erudycji i zjadliwego dowcipu, tych cech, które są oczywiste dla każdego, kto był czytelnikiem tekstów pana Aleksandra lub słuchaczem jego felietonów radiowych.

A oto tekst z ostatniego numeru „Po prostu”.

O moralności politycznej na przykładach

Nie mogę sobie odmówić zaczęcia omawiania artykułu od przytoczenia analizy dotyczącej pewnego ugrupowania, które wprawdzie nazwę zmieniło, ale pod nowym szyldem pozostawiło serca bijące charakterystycznym rytem. AJW wyłapywał go bezbłędnie i potrafił opisać bezkompromisowo. Bo go nienawidził, a nienawidził, bo nie był człowiekiem letnim i dobrze wiedział, jakie niesie zagrożenie:

„Obawa ta” – a wtedy chodziło o ważne, bo pierwsze naprawdę demokratyczne wybory, obawa dotyczyła niewyłonienia w nich prawdziwej reprezentacji społeczeństwa – „wynika z coraz częściej wydobywających się (…) antydemokratycznych apeli. Celują w nich PC (…) oraz ZChN, ugrupowania najlepiej zorganizowane i zdyscyplinowane, które zdają sobie sprawę, że na demokratycznej drodze nie zdobędą większości parlamentarnej.

Taktyka (… [ich]) jest identyczna: pochlebiając społeczeństwu, że jest arcydojrzałe do demokracji, ograniczyć chcą maksymalnie możliwość wolnego wyboru. Taktyka jest wzorowana na sprawdzonej w praktyce metodzie stosowanej przez komunistów na etapie eliminowania przeciwników politycznych: przedstawiania siebie jako ratunku przed śmiertelnym zagrożeniem, jakie stanowią dla narodu siły wsteczne, kontrrewolucyjne. Komuniści nigdy nie walczyli na racje, na argumenty sprawdzane intelektualnie czy praktycznie, ich metoda polegała na zohydzeniu przeciwników. jako ludzi moralnie nikczemnych, działających z najniższych pobudek. Stąd nie warto było polemizować z poglądami (…)

Przyglądając się zabiegom propagandowym PC i ZChN trudno nie zauważyć tamtych źródeł inspiracji. Zwłaszcza ZChN, obwołując się jedynym prawomocnym reprezentantem Chrystusa w Polsce, przedstawia swoich przeciwników politycznych włącznie na płaszczyźnie moralnej, jako – nie owijajmy w bawełnę – Antychrystów.

Natomiast PC znalazło sobie równie nośny argument w walce politycznej: wszyscy jego przeciwnicy to albo komuna, albo kryptokomuna, lub przynajmniej sympatycy realsocu. Tak więc kto nie popiera Księżycowych Braci (…), ten chce cofnąć koło Historii i pogrążyć Polskę w odmętach bolszewizmu!

Jedni i drudzy kierują swoje ataki ad personam, obejmując nie tylko poszczególnych polityków ogniem rażenia, ale i całe ugrupowania (…). Jest w nim oczywiście nomenklatura usadowiona w kapitalistycznych przedsiębiorstwach i obracająca miliardami. (…) Hasła antynomenklaturowe pełnią rolę czysto ideologiczną, a nie prokuratorską, mają działać na emocje. Identyczną rolę pełni nagonka na byłych partyjnych i osoby, które w swoich dziedzinach zawodowych osiągnęły jakiś stopień kariery za komunizmu. Z tym, że wywlekanie życiorysów odbywa się nader wybiórczo. Jeśli zgłosiło się akces do PC –
W sumie klimat polityczny Polski AD 1991 niebezpiecznie zaczyna przypominać to, co starsze pokolenia przeżyło na przełomie lat 1948/1949, gdy PPR po wchłonięciu i pacyfikacji PPS, już pod nowym szyldem, rozpoczęła polowanie na czarownice. I tak, jak dziś – kryteria doboru wroga były ustalane arbitralnie. Doszło nawet do paradoksalnej sytuacji, że hak w życiorysie ułatwiał karierę, gdyż czynił karierowicza bezbronnym wobec posiadaczy teczek personalnych”.żadna weryfikacja nie grozi. (…)

Dzisiaj szyldy partyjne są zmienione. Zaszły pewne rekonfiguracje. Na scenie pozostało dawne Porozumienie Centrum jako partia Prawo i Sprawiedliwość (gdy się zna obie partie, ich nazwy brzmią jak pomysł z dobrego felietonu). Teczki personalne zamieniono na teczki z IPN-u. Nawet lepiej pełniące rolę maczugi. Tylko metody pozostały te same. I walka o władzę w imię całościowej sanacji państwa, rzekomo gnijącego. Od dwudziestu lat.

Tekst, w którym Aleksander J. Wieczorkowski opisywał scenę polityczną w roku 1991, a pochylał się nad moralnością polityków tego czasu, ma tytuł „Główka dinozaura”. Metaforę skonstruował na podobieństwie społeczeństwa postkomunistycznego do bezwładnego cielska dinozaura. Długą szyją miały być struktury NSZZ „Solidarności”, malutką główką – partie polityczne. Jak dziś by skonstruował metaforę pan Aleksander? Może w miejsce Solidarności – choć się stara, pozostaje na marginesie, niekiedy tylko hałaśliwym – by podstawił środowisko pewnego koncernu religijno-medialno-politycznego?

Zakończenie tekstu bolesne:

„Pozostawione samemu sobie społeczeństwo, nie widząc znikąd pomocy w rozwiązywaniu konfliktów, które trwają i narastają poza zasięgiem informacji publicznej [tekst zatrącał też o ówczesne media, ich strukturę oraz poziom informacji] i poza zasięgiem władzy – może wykonać desperacki krok donikąd, byle dalej od bagienka, w którym tkwi na podobieństwo dinozaura.

Jak wiemy, dinozaury nie przeżyły”.

Artykuł ukazał się w ostatnim numerze „Po prostu” z 18 kwietnia 1991. Tytuł zniknął ze sceny. Jego naczelnemu redaktorowi, Ryszardowi Turskiemu, mimo zabiegów, nie udało znaleźć się w kraju wydawcy, gotowego współfinansować pismo tak niezależne. Współfinansować, bo mieliśmy szanse na spore pieniądze z pewnej fundacji zagranicznej, wspierającej niezależną prasę. Nikt z rodzimych wydawców nie chciał jednak dopełnić kwoty swoim udziałem.

Internetu wtedy jeszcze nie było. Każdy z zespołu i współpracowników poszedł w swoją stronę. Gdy nazwisko Aleksandra J. Wieczorkowskiego ujrzałam na stronie Studia Opinii, chciałam się z nim przywitać, spytać, czy ma swoje artykuły z „Po prostu”. Cieszyłam się na to spotkanie. Ale już do niego nie doszło. Odkąd zaczęłam przychodzić na redakcyjne spotkania, On już na nich nie bywał. Słyszałam tylko komunikaty ze szpitala, pełne zresztą humoru, który nie opuścił pana Aleksandra do końca.

Na szczęście nie płoną rękopisy, nie płoną zszywki starych czasopism, no i jest internet. Każdy, kto chce, może przyłożyć do współczesności teksty Aleksandra J. Wieczorkowskiego. Można znaleźć z nich diagnozy tego, co nas otacza. Wciąż cenne.

Alina Kwapisz-Kulińska

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. bisnetus 2013-01-24
  2. Magog 2013-01-24
  3. andrzej Pokonos 2013-01-25
  4. Magog 2013-01-25
    • andrzej Pokonos 2013-01-26
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com