Jarosław Dudycz: Wyrok zdrowego rozsądku

Środowisko kibicowskie, to znaczy: gorliwi stadionowi działacze i aktywiści, silne zaplecze polskich klubów piłkarskich, w zasadzie nie ma rysu przestępczego. W sensie prawnym komuna kibicowska jest czysta jak łza. Oglądam w telewizji kolejkę za kolejką naszej ekstraklasy, muszę uznać, że regularne wojny na stadionach to rzadkość, olbrzymia większość zagorzałych miłośników piłkarstwa nie biega z maczetami, nie kopie ludzi, nie strzela. Trup wcale nie ścieli się gęsto.

Jeśli nawet dochodzi do wymiernych aktów agresji, na tyle konkretnych, żeby się je dało ująć paragrafem i uruchomić machinę sądową, to wtedy dziwnie trudno bandytę złapać za rękę, być konsekwentnym, wskazać mu miejsce w więzieniu. Zakazy stadionowe to błahostka, nikt się tym nie przejmuje. Jarosław Kaczyński w programie Tomasza Lisa bronił słynnego Starucha w ten właśnie deseń: że zakazy stadionowe zakazami, ale w sprawie dawnych ekscesów geniusza trybun, jak się Starucha czasami dowcipnie nazywa, nie było żadnego wielkiego wyroku sądu.

Prawo niczego nam o kibicach nie powie, czyżby więc środowiska kibicowskie były niewinne?       Tutaj dotykamy sedna sprawy: co innego  być przestępcą, i większość kibiców rzeczywiście nimi nie jest, a co innego mieć chore poglądy, dziwny charakter, niemoralny sposób myślenia. I w tym akurat kibice celują jak mało która grupa społeczna.

Prawo się im do skóry nie dobierze, ale oko człowieka wrażliwego już może. Patrzę na różnych kibiców, na ich komentarze w mediach, na wypowiedzi w Internecie, na to, jakie gesty czynią na stadionach, co krzyczą, jak się zrzeszają, jaki propagują model intelektualny. I to jest po prostu faszyzm pełną gębą, trzeba to powiedzieć otwarcie.

Przy czym faszyzm należy zdefiniować bardzo precyzyjnie, a zarazem szeroko: nie jest faszyzmem tylko sympatia do poglądów sensu stricto faszystowskich czy nazistowskich, ale każde takie postrzeganie świata, w którym wartość życia drugiego człowieka zostaje znacząco uszczuplona i zawężona, i tym samym uzależniona od jakiegoś bardzo ciasnego kryterium, które spełnia wyłącznie grupa definiująca rzeczone kryterium. W nazistowskich Niemczech to kryterium to była rasa aryjska, nikt spoza niej nie był pełnowartościowym człowiekiem, dla Niemców wymyślono w związku z tym plan rozwoju, dla nie-Niemców plan podporządkowania czy zagłady. W środowiskach kibicowskich kryterium antropologicznym jest sympatia do danego klubu, wierność mu na śmierć i życie, a co za tym idzie – poniżanie każdego, kto z tym klubem nie ma niczego wspólnego albo ma coś wspólnego z klubem antagonistycznym.

Nie trzeba więc głosić ściśle programu Hitlera, żeby móc być nazwanym faszystą, wystarczy tylko używać tego samego mechanizmu. Zagorzali kibice niewątpliwie tym mechanizmem operują. Ich świat jest mało pojemny i biało-czarny (chciałoby się powiedzieć: biało-czerwony), opiera się na absolutnym, samowystarczalnym uczuciu do piłkarskiej drużyny, innych kierunków nie zna, inne dykcje, stany emocjonalne i poglądy są mu obce. Obca mu jest wszelaka różnorodność i wahania, jakakolwiek niepewność, wszystko ma charakter dogmatu, za który kibic jest gotowy umrzeć. Zdanie, że Wisła czy Legia, czy Lech, czy co tam jeszcze – pany, to jak doktryna, o tym się nie dyskutuje, kibic siebie nie pyta, co to znaczy. On to w sobie uformował od dziecięcia. Łeb urwie każdemu za próbę drążenia tego, za próbę zwrócenia mu uwagi, że może być inaczej, za zasugerowanie, by spojrzał szerzej.

To jest podróż w jedną stronę, ciągle po jednym torze. Podróż uparta i naiwna. Przy czym mamy tu do czynienia z pewnym oszustwem, widzieliśmy to także u nazistów. Mianowicie nie było u nich tak, że Niemcy sobie wybrano do wielbienia, a inne rzeczy po prostu odrzucono w drodze selekcji. Nikt z nazistów nie twierdził, że trzeba dokonać zawężenia poznawczego i aksjologicznego do Niemiec, to się kształtowało raczej w przeciwnym kierunku, w ten sposób, że pysznie uznano, że wszystko, co może być dobre i słuszne, jest na pewno niemieckie. Miało to zatem charakter pewnego aksjomatu ontycznego: jeśli cokolwiek istnieje dobrego, to na pewno jest niemieckie. Nie ma nie-niemieckiego dobra.

I to samo u kibiców. Dochodzi do niesamowitego uproszczenia i redukcji bodźców i narracji, ale tak się o tym mówi, jakby dochodziło do rozszerzenia, do poznania jakichś wyższych rejestrów świata, niemal mistycznej prawdy. Klub to pełnia. Jak coś nie jest klubem, to nie istnieje. Parodiując filozofa: Klub jest, nie-klubu nie ma. Cała życiowa aktywność i potencjał kibica, wszystkie możliwości, wyrażają się w odniesieniu do klubu. Klub jest i matką, i ojcem, bratem, przyjacielem. Jest kosmosem, religią, prawem i moralnością. Słowem, wyczerpuje całą energię kibica, pochłania całe jego wnętrze. kibic niczego prócz klubu nie potrzebuje i dziwi się – bo przecież poza klubem nie ma zbawienia – że są ludzie, którzy mogą świat widzieć inaczej. Choć raczej kibic-fanatyk nie tyle się dziwi, co nienawidzi.

Dlaczego nienawidzi? Bo skoro wszystko zostało sprowadzone w jego głowie do klubu, skoro akcent na klub jest tak duży, skoro klub to jedyne dobro, to siłą rzeczy wszelkie sytuacje nie-klubowe stają się automatycznie anty-klubowe, są złem. Skoro klub jest pełnią, to wszystko inne musi być tępione jako uszczuplające tę pełnię. Kibic walczy o klub, bo po prostu wydaje się mu, że świat mógłby nie uszanować jego klubu, mógłby nie docenić jego wartości, sprzeciwić się jej. Kibic, strażnik klubu, walczy o klub-najwyższą wartość z różnymi – w jego odczuciu – szumowinami i podludźmi, którzy nie dostrzegli siły klubu i jego wspaniałości, nie są więc godni szacunku, zasługują może nawet i na śmierć. Nazistom, z tego ich wielkiego nadmuchania niemieckości, też się wydawało, że Żydzi przeciw tej niemieckości spiskują, szykują zamachy, podważają niemiecki ład i chcą Niemców gnębić.

Mamy więc do czynienia z osobliwą dynamiką problemu: najpierw dokonuje się przerzucenie całości swoich przeżyć i stanów uczuciowych na bardzo wąski obszar, obszar klubu piłkarskiego, który jest jednym z miliardowych elementów świata, a staje się oczkiem w głowie, a potem widzimy niespotykane wręcz pompowanie pojęcia klubu, rozszerzanie jego granic i reinterpretowanie, nadawanie mu patologicznej głębi. W tym miejscu widać już pomału, jaką naturę ma to faszystowskie kibicowanie, co to za zjawisko.

Przypomina to mianowicie bardzo sytuację kliniczną nerwic i mechanizm krystalizowania się lęku. Zwróćmy uwagę, że z dużych i trudnych, źródłowych przeżyć biorą się na ogół przeżycia wąskie i jednowymiarowe, ale niezwykle sugestywne, które pozwalają wyprzeć ze świadomości właśnie ten źródłowy problem. Z wielkiej traumy czy z szeroko pojętych trudów życia może wyniknąć na przykład jakaś obsesja, fobia, zachowania dysocjacyjne, szereg innych objawów nerwicowych. Zawsze w nerwicy idzie o to, że duże sprowadzone zostaje do mniejszego, a potem to mniejsze zaczyna zajmować coraz więcej miejsca, szarogęsić się, panoszyć w ustroju, bo z mniejszym łatwiej sobie organizmowi radzić.

Możemy mieć do czynienia z sytuacją człowieka, którego, dajmy na to, matka zamykała w ramach praktyk wychowawczych w szafie, biła go, ale dziś ten człowiek nie przeżywa niczego specjalnego w związku z matką, ma z nią pozornie dobre relacje, niczego z nią nie tłumaczy, nie oskarża jej, nie wyjaśnia starych spraw, w ogóle o nich nie pamięta, tylko po prostu boi się ciemności. Skąd takie przerzucenie, dlaczego sytuacja nie określa się wobec matki, która jest przyczyną problemów? Dlaczego lęk krystalizuje się gdzie indziej? Z prostego powodu: łatwiej jest radzić sobie z ciemnością, niż z matką, żywą i złożoną strukturą. Światło zawsze sobie można zapalić, ale trudno oświetlić mroki relacji z drugim człowiekiem. Lęk przed ciemnością to po prostu mechanizm obronny.

Z czasem, jeśli nie dochodzi do rozwiązania sytuacji pierwotnej, lęki się piętrzą, jeden lęk kryje drugi, powstają zespoły nerwic, może dojść do skrzywienia osobowości, do włożenia pewnego gorsetu, którego najprawdopodobniej już nigdy w życiu się nie zdejmie.

W sytuacji kibiców, z tymi ich miłościami do klubów piłkarskich, jest dokładnie w ten sam sposób. Słuchałem i czytałem rozmaite opowieści kibiców. To ludzie bardzo słabi i wydrążeni, głęboko doświadczeni przez życie, na różne sposoby upokarzani w dzieciństwie, wywodzący się ze środowisk obojętnych na los dzieci, lekceważących potrzebę ich gruntownego wychowania. Całość swoich cierpień i niedostatków, dawne szyderstwa grupy koleżeńskiej, obojętność rodziców, niejednokrotnie też przecież biedę, marazm blokowisk, krystalizują teraz w przewartościowaniu klubu, w nadawaniu mu rys imperialnych, mocarstwowych, w obronie klubowego, jak o nim myślą, świętego imienia. Cała walka tych słabych dzieciaków z jakąś życiową słabością sprowadzona została do walki o klub, do chorego poczucia siły, do zabarykadowania się wewnątrz faszystowskiego światka, w którym kibic ze swoim klubem jest bożkiem, a wszyscy inni nie dorastają mu do pięt.

Fanatyczni kibice to po prostu ludzie głęboko fałszujący prawdę o sobie, odreagowujący swoje trudne losy, tak sobie definiujący świat, żeby w końcu to oni byli górą, a nie inni. Kibic w końcu, bo w dzieciństwie ani nigdy potem nie miał ku temu okazji, chce się poczuć człowiekiem, dlatego to człowieczeństwo instrumentalizuje, upraszcza, gra nim, uzależnia od małych spraw, łatwo wyróżnia siebie, innych depcze. To się niewątpliwie nadaje do psychoterapii, potrzebuje poważnego przepracowania tych oryginalnych sytuacji, od których kibic ucieka w ułudną metafizykę klubu, która karmi zranione człowieczeństwo i która próbują nadać mu jakiś sens.

Im kibic dłużej się okłamuje, że klub jest sensem życia, im bardziej ucieka od swoich słabości w przekonanie, że klub to szczyt, a walka o niego to zbawcza siła oczyszczająca świat z brudu, tym więcej po drodze zbiera atrybutów faszystowskich i łączy się z różnymi kolegami po fachu. Stąd tak duża sympatia kibiców do nacjonalistów, vice versa zresztą, stąd hasła o wielkości danego klubu piłkarskiego po wielekroć łączą się z hasłami o Wielkiej Polsce tylko dla Polaków. Po prostu ciągnie swój do swego, idzie złoto do złota. Kibic się umacnia, szuka wszystkiego, co potwierdzi jego szablonowe myślenie, potrzebuje siły za wszelką cenę, im więcej jej ma, tym lepiej. Nie oszukujmy się: nic nie da komuś takiemu jak fanatyczny kibic tyle energii, co mitologia narodowa, co martyrologia, co różne prapolskie bajania. Stąd tak duże poparcie kibiców dla formacji Jarosława Kaczyńskiego.

Chciałbym, powoli zmierzając ku końcowi, poruszyć jeszcze jeden wyróżnik kibicowskiego faszyzmu. Kibicowi-faszyście, jak każdemu faszyście, wszystko zawsze będzie się kojarzyło z jednym, dlatego żadna dyskusja z tym środowiskiem nie ma żadnego sensu, ono potrafi używać tylko swoich kategorii. Wystarczy przejrzeć fora internetowe, by to dostrzec, jakakolwiek krytyka kibicowskiego zachowania i kibicowskiej wizji świata kończy się – to cytaty – następująco: „kurwa, chuju, pewnie jebanej Legii kibicujesz” albo „tak pierdolisz, bo pewnie z Ruchu jesteś”.

Kibic-faszysta, jak widać, wszystko rozumie tylko na gruncie świata, który sobie stworzył, jego myślenie tego świata nigdy nie przekroczy, bo to jest jedyny świat, w jakim kibic potrafi funkcjonować. Kibic musiałby przestać istnieć jako kibic, żeby być zdolnym do rozmowy.

Może i na tych ludziach nie ciąży wyrok sądu, ale zdrowy rozsądek powinien tu wydać jednoznaczny wyrok: są to ludzie przeznaczeni do gruntownej resocjalizacji, do uczenia się świata od nowa, wykorzystywanie ich w grze politycznej jest karmieniem ich nerwic. Jarosław Kaczyński karmić rozmaite nerwice uwielbia, to od lat jego polityczny modus operandi.

 Jarosław Dudycz

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com