Marian Marzyński: L’Chaim! („To Life”) – 6

2013-01-25. Ksiądz Kamiński zorganizował dla mnie kryjówkę do końca wojny, w sierocińcu Braci Orionistów w Łaźniewie, 20 kilometrów od Warszawy Było tu nas 45 sierot. Ja byłem najmłodszy. Tylko ksiądz dyrektor wiedział o moim pochodzeniu. Kiedy Niemcy odwiedzali sierociniec, ukrywał mnie za ołtarzem. W wieku lat 6 otrzymałem komunię świętą i stałem się oddanym ministrantem, ulubieńcem księży. Po wieczornym nabożeństwie zasypiałem czasami przy ołtarzu, a wtedy ksiądz brał mnie na ręce i zanosił do łóżka. Dziś nie ma juz sierocińca, a kościół odwiedzają miejscowi ludzie.

Gdy filmowałem tu 30 lat temu, żyła jeszcze jedna z zakonnic.

– Pamięta mnie siostra?
– Pamiętam, synku, pamiętam.
– Ja miałem 5-6 lat, teraz mam 44, stary byk jestem.
– Ojej, Jezus kochany! Nie można tak mówić.
– No stary koń, mam dwoje dzieci. Ja tu byłem… przyjeżdżała tutaj taka ciocia moja, taka pani Antonina Kaczorowska, która była gospodynią księdza Kamińskiego.
– Aha, pamiętam.
– Czy siostra wiedziała o tym, że ja byłem żydowskim dzieckiem?
– Coś tak jakoś… trochę.
– Ja byłem prawdopodobnie jedynym żydowskim dzieckiem, które ukrywało się tu.
– Coś tam pamiętam. Ktoś tak mówił.
– Księża mi tu uratowali życie.

Wchodzimy do dawnej jadalni sierocińca.

– Siostro, tutaj było eleganckie wejście, wchodziło się tędy..
– Tak, tutaj.
– A do naszych sypialni to się wchodziło na górę.
– A to z tamtej strony.
– Myśmy dostawali czarny chleb.
– No tak.
– A księża dostawali biały. I ja chodziłem do księży i brałem tak na paznokieć, przylepiałem sobie takie małe kruszynki białego chleba i zjadałem. A potem siostra dala mi kawałek białego chleba.
– O, Boże kochany…

Dzisiejszą mszę świętą odprawi biskup Bronisław Dąbrowski, który był moim nauczycielem w sierocińcu. Przyjechał z Warszawy, żeby poświęcić nowy budynek domu starców. Gdy mu się przedstawiam, podchodzi do nas siostra, która mnie pamięta.

– Siostra szafarka!  Witamy siostrę kochaną! Siostra pamięta tego wychowanka?
–  Pamiętam.

W getcie chciałem zostać strażakiem kiedy dorosnę. Tutaj moim jedynym celem było zostać księdzem. Imponowałem innym chłopcom mówiąc po łacinie, w języku mszy. Wdychanie zapachu kadzidła, dotykanie szat księdza, gdy pomagałem mu się ubierać do mszy, to były moje rozkosze. W mojej dziecięcej wyobraźni było dwóch Bogów: żydowski był gigantycznym mężczyzną w ogromnych butach na ziemi i z głową wysoko w chmurach, drugi, ten polski, był dużo niższy, miał wzrost księdza, to był Bóg, któremu służyłem. Imponowała mi władza którą dysponował, jego boska siła czynienia cudów. Sam chciałem ją opanować, żeby uczynić cud własnego przeżycia. Czy ta dziecięca filozofia była oznaką dojrzałości w wieku lat siedmiu, gdy zrozumiałem, że kłamstwo jest kluczem do mojego przetrwania?

Minęły dwa lata. Skończyła się wojna. Mieliśmy rekolekcje. Spacerowałem po parku z innymi chłopcami, odmawiając różaniec. Nagle podeszła do mnie stara, wychudzona  kobieta:

– Maryś!, To ja, twoja matka!
– Nie wiem kim  pani jest, moja mamusia była piękna i młoda.
– Maryś, to ja, nie pamiętasz cioci Frani, twoich wujków? Przypomnij sobie…to ja, twoja mamusia…chcę cię zabrać do Warszawy.
– A czy będzie pani miała pieniądze, żeby mnie utrzymać? Mnie tu jest  dobrze, księża dają mi jedzenie, ja tu mam szkołę, ja nie chcę z panią jechać.

Tydzień trwało zanim matka mnie przekonała, że była moją matką. W Warszawie poprosiłem ją, żeby zabrała mnie do kościoła, abym mógł służyć do mszy. Ołtarz był bardzo wysoki. Gdy podawałem księdzu wodę i wino, upuściłem jedną z ampułek na ziemię i wtedy zrozumiałem: zostałem odkryty, Bóg już mnie nie chce..

Mam 44 lata.  Słucham kazania biskupa Dąbrowskiego:

– I tam gdzie panoszył się grzech, obfituje teraz łaska, za to Panu Bogu dziękujemy, razem z naszym miłym gościem, panem Marzyńskim, który jako mały chłopiec tutaj przebywał i akurat zjawił się w dniu, w którym my taką uroczystość obchodzimy. Czy to nie jest opatrzność boska? Czy Pan Bóg nie kierował jego krokami, żebyśmy mogli się spotkać i razem Panu Bogu podziękować, bo dobry jest…

W 1981 roku,  nieżyjący dziś arcybiskup Bronisław Dąbrowski, szef episkopatu polskiego, drugi w hierarchii kościoła, zabrał mnie ze sobą na pielgrzymkę do Częstochowy. Nie była to zwykła pielgrzymka. Pół miliona ludzi zjechało tu, a niektórzy przyszli pieszo, żeby dać poparcie ruchowi „Solidarności”. Arcybiskup przedstawił mnie innym dostojnikom kościoła jako żydowskiego chłopca, uratowanego przez kościół katolicki, wiadomość ta trafiła do Lecha Wałęsy. Nie mam wątpliwości, ze  ta teatralna inscenizacja, jaką tworzy kościół, z jej kostiumami i rekwizytami, wszystko to miało wpływ na moją przyszłość jako filmowca. Skończyła sie jednak narzucona mi, dla utrzymania mnie przy życiu,  wiara.

Po wojnie ksiądz Kamiński był kapelanem zakonu na Nowym Mieście w Warszawie. Gdy wyjeżdżałem z Polski w 1969 roku, jeszcze żył. Spotkałem się z nim, żeby mu podziękować. Przechowuję  list, który on w marcu 1945 roku napisał do mojej matki, w odpowiedzi na jej podziękowania:

„Droga Pani, Pani wdzięczność  za opiekę nad Marysiem jest źle skierowana. Winna być ona zwrócona pod adresem pani Antoniny Kaczorowskiej, tej prostej, niewykształconej kobiety, która wypełniała swój chrześcijański obowiązek ofiarowując dziecku swoją czystą miłość, którą Maryś odwzajemnił. Pani Kaczorowska bez ustanku narażała dla niego swoje życie. Teraz, kiedy wojna się skończyła i może Pani zająć się sama wychowaniem dziecka, mam nadzieje, że nie zmarnuje on tej siejby w swoim sercu i wyrośnie na dobrego człowieka”.

Pamiętam jak w sierocińcu braci Orione oglądaliśmy łunę nad warszawskim gettem i jak ludzie mówili „żydki się palą”. Wiedziałem, że został tam mój ojciec. O jego śmierci dowiedziałem się od matki zaraz po wojnie. W getcie wepchnięto go do bydlęcego wagonu odjeżdżającego do obozu śmierci. Udało mu się zabrać ze sobą trochę narzędzi stolarskich. Gdy tylko pociąg ruszył, przystąpił do piłowania dziury w podłodze wagonu. Pociąg zwolnił. Ojciec, wraz z innymi, wyskoczył.  Uciekli do lasu.

To było prawdopodobnie miejsce, w którym wyskoczyli. Skontaktowali sie z dróżnikiem, który wysłał pocztówkę do mojej matki, podając miejsce pobytu ojca w lesie pod Puławami. Mieszkając w Polsce, wiedziałem gdzie był ten las, ale nigdy nie miałem odwagi, żeby tu wejść. Matka przyjechała zobaczyć się z nim. Grupa Żydów, wędrująca po lesie bez przewodnika, skazana byłaby na śmierć. Ojciec i jego towarzysze czekali na przyjście polskich partyzantów, do których chcieli się przyłączyć. Czy wiedzieli juz wtedy, że niektóre z tych oddziałów nie przyjmowały Żydów, a nawet ich rozstrzeliwały? Matka odwiedziła go jeszcze dwa razy. Wciąż czekali na partyzantów. W czasie ostatniej wizyty ojciec dal matce swój szwajcarski zegarek i powiedział, że będzie dla mnie, jeżeli uda mi się przeżyć. Kiedy matka odjeżdżała pociągiem z pobliskiej  stacji, usłyszała  w lesie strzały. Jeszcze raz potem wróciła do tego lasu i dowiedziała się od dróżnika, że wszyscy zostali zabici, wśród nich mój ojciec. Nie wiedziano kto do nich strzelał. Niemcy do tych lasów bali się wchodzić.

Mam ten zegarek, pokazuje  11:30.  Ojciec chciał żebym go nosił, gdy przeżyję. Nigdy go nie nosiłem, bo nie chciałem pamiętać. Nie wiem co z nim zrobić, moje dzieci go nie potrzebują. To był ojciec, który postanowił mnie nie obrzezać, bo w roku 1937 przeczuwał już zagładę.  Było nie do pomyślenia wśród Żydów,  żeby nie obrzeżać małego chłopca, ale on tego nie zrobił, bo nie chciał żebym nosił znak, że jestem Żydem i dzięki temu żyję. To był jego pomysł, zrealizowany przez matkę. Byłem ich jedynym dzieckiem, on zorganizował moje przeżycie, był mózgiem tej operacji, sam zginął, ale po stronie aryjskiej. Na przekór wszystkiemu uratowaliśmy się my: matka i ja. Mojego ojca zabito gdy miał 37 lat, tylko dlatego, że był Żydem. Czasami jestem zły na siebie, że nic nie zrobiłem, żeby uchronić go od śmierci.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Walter Chełstowski 2013-01-25
  2. jotbe_x 2013-01-26
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com